Ponad 600 ludzi przebywa w katolickiej parafii w Gazie. Większość nie chce wyjeżdzać

„W mrocznych dniach, w dniach trudności, kiedy ktoś doświadcza Golgoty – i to prawdziwej Golgoty – trwanie przy kimś ma znaczenie” mówi proboszcz z Gazy ks. Gabriel Romanelli.

Ponad 600 ludzi przebywa obecnie w katolickiej parafii w Gazie, było ich 700, ale część wyjechała. Większość jednak nie chce opuszczać tego miejsca. Mówią, że po co mają uciekać na południe, gdzie w mniejszych miasteczkach nie ma niczego – ani prądu, ani gazu, ani wody. Na taką sytuację wskazuje tamtejszy proboszcz, ks. Gabriel Romanelli. „Oni wybrali pozostanie przy Jezusie” – podkreśla dosadnie kapłan.

W wywiadzie przygotowanym przez Łaciński Patriarchat Jerozolimy duchowny wspomina normalną posługę sprzed ostatniej wojny dla jego małej trzódki. Katolicy w Strefie Gazy stanowili wtedy zaledwie ok. 1/10 z niewiele ponad 1000 chrześcijan. Cała ludność terytorium liczy ponad 2 mln, więc skala jest naprawę przytłaczająca dla wyznawców Chrystusa.

W obecnym czasie, podczas ciągłego zagrożenia życia i zdrowia, zebranym w parafii ludziom, nie tylko katolikom, duże wsparcie duchowe dawały konkretne znaki z zewnątrz – od patriarchy Jerozolimy, kard. Pierbattisty Pizzaballi, czy od samego Ojca Świętego. Ich bliskość jest bardzo ważna – zaznacza ks. Romanelli. I dodaje: „bo przecież w mrocznych dniach, w dniach trudności, kiedy ktoś doświadcza Golgoty – i to prawdziwej Golgoty – trwanie przy kimś ma znaczenie”. Wskazuje, że porusza tu szczególnie okazana troska przy świadomości wielu obowiązków pełnionych przez hierarchów.

Kapłan nawiązuje także do apelu przywódców Kościołów regionu, aby ograniczyć publiczne obchody okołobożonarodzeniowe do samych liturgii. Duchowny bardzo rozumie tę decyzję. Podkreśla, iż wielu mieszkańców Gazy próbowało wrócić do swoich domów, znajdując tylko ruiny. „Szok był bardzo duży, tak samo jak smutek, bo nawet jeśli są bardzo wierzący, nie oznacza to, że nie odczuwają smutku. To rzecz naturalna: sam Jezus Chrystus, Bóg wcielony, płakał” – zaznacza ks. Romanelli. Podkreśla jednak ufność tych osób w Bożą opatrzność. Ale to słuszne, żeby nie organizować zgromadzeń – uważa. „To taki znak: «jakże moglibyśmy świętować wspólnie? W każdym miejscu są zmarli, zabici, ranni, pogrzebani pod gruzami…»” – mówi kapłan.

Duchowny jednocześnie wskazuje na podejmowanie m.in. poprzez życie liturgiczne przygotowań do sedna Świąt: „przyszykowanie się na przyjście Jezusa do naszych serc, do naszego życia”.

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama