Co się stało w Irlandii? Szukanie winnych, gdy lud jasno opowiedział się przeciw temu, co forsują elity

Irlandczycy 8 marca przeważającą większością odrzucili propozycje przeredagowania części konstytucji z 1937 roku. Narracja budowana przez „dyżurne” autorytety wokół zaskakującego wyniku irlandzkiego referendum rzuca wiele światła na to, jak łatwo jest zanegować jasny głos obywateli, gdy nie zgadza się on z wersją forsowaną przez elity.

Referendum przeprowadzone w Irlandii 8 marca tego roku nie jest pierwszym, w którym konsultowano z obywatelami ważne tematy o charakterze etyczno-światopoglądowym. Tym razem jednak „coś poszło nie tak” – czyli Irlandczycy nie dali się zmanipulować narracji płynącej ze strony postępowych elit i powiedzieli stanowcze nie próbom redefinicji małżeństwa oraz negacji roli kobiet w społeczeństwie.

Wcześniejsze referenda (2015 – w sprawie małżeństw osób tej samej płci oraz 2018 – w sprawie aborcji) były szeroko chwalone przez liberalno-lewicowe media, a Irlandię stawiano jako wzór dla całego świata: oto obywatele przedstawili swoje zdanie w kwestiach światopoglądowych, trzeba więc traktować ich głos jako zobowiązujący.

Chwalony był także sam sposób przeprowadzenia referendum. Tak zwane „zgromadzenie obywatelskie” (citizens’ assembly) odpowiedzialne było za przygotowanie pytań i sporządzenie wytycznych. W przypadku Irlandii było to 99 losowo dobranych obywateli, którzy debatowali we własnym gronie, jak przedstawić konkretne kwestie, korzystając z materiałów dostarczonych przez ekspertów. Zarówno rządy, jak i progresywni aktywiści na całym świecie okrzyknęli Irlandię wzorem tego, jak radzić sobie ze spornymi kwestiami, uznając ją za współczesne wcielenie koncepcji demokracji deliberatywnej, której początki sięgają starożytnych Aten.

Tym razem referendum przygotowane było w identyczny sposób, a jednak jego rezultaty okazały się całkowicie odmienne od oczekiwań „postępowców”. Stąd w wiodących mediach zaczęły się pojawiać liczne głosy ekspertów i autorytetów, podważające wartość referendum, a także sensu zwoływania kolejnych „zgromadzeń obywatelskich”. Innymi słowy – gdy wyniki głosowania są zgodne z postulatami liberałów, wtedy demokracja jest czymś wspaniałym. Gdy jednak lud nie zgadza się z oświeconą elitą – trzeba go skarcić i odebrać mu głos. W ten sposób „demokracja” staje się jedynie pustym hasłem, które jest po prostu przykrywką dla wprowadzania radykalnych zmian podyktowanych przez lewicowo-liberalne lobby.

Irlandczycy w dniu 8 marca tego roku przeważającą większością odrzucili propozycje przeredagowania części irlandzkiej konstytucji z 1937 roku. 67% głosowało przeciw rozszerzeniu definicji rodziny o „trwałe związki”. Jeśli chodzi o zastąpienie odniesienia do roli kobiet w życiu rodzinnym: „kobieta poprzez swoje życie w domu udziela państwu wsparcia, bez którego nie można osiągnąć dobra wspólnego” nowym sformułowaniem, sprzeciw był jeszcze bardziej stanowczy: 74% głosowało przeciw. Frekwencja wyniosła 44%.

Eoin O’Malley, profesor polityki na Dublin City University (DCU), który w 2011 był członkiem grupy ekspertów zakładających We the Citizens i propagatorem zgromadzeń obywatelskich, dziś nagle zmienia zdanie o 180 stopni, twierdząc, że zgromadzenia te zostały zdominowane przez organizacje pozarządowe, przez co stały się „niereprezentatywne”. Jego argumentacja jest tak pokrętna, że nawet nie warto jej cytować. Sprowadza się do tego, że ludzie, którzy mają „mocne” poglądy zdominowali debatę, a eksperci dobrani byli niewłaściwie (czyli nie po myśli lewicowych aktywistów).

Kolejny profesor tego samego uniwersytetu, David Farrell, który doradzał zgromadzeniom obywatelskim w Irlandii, Belgii i Wielkiej Brytanii stwierdził, że tegoroczne referenda podważyły całą pracę zgromadzenia. Cytując dosłownie jego własną wypowiedź: „Jaki jest sens tworzyć sformułowania, które nie odzwierciedlają tego, co zostało zalecone?” Krótko mówiąc, zgromadzenie obywatelskie ośmieliło się myśleć po swojemu, nie wypełniło odgórnych zaleceń, trzeba więc dać obywatelom po łapach i kazać im milczeć. A jeśli chcą mówić, niech się uczą od bardziej postępowych krajów, które Farrell podaje Irlandczykom za wzór, mówiąc, że „Irlandia przestała być już pionierem”.

Inni eksperci doszukują się winy nie w samym zgromadzeniu obywatelskim, ale w niewłaściwej „polityce informacyjnej” rządzącej koalicji, która niewystarczająco jasno wyjaśniła obywatelom, jak mają głosować. Według The Guardian propozycje zostały „rozwodnione, tak że poparcie dla postępu podzieliło się, a wielu wyborców było zdezorientowanych”. Innymi słowy, propaganda była niewystarczająco mocna i wyborcy mogli naprawdę powiedzieć, co sądzą, a nie poddali się narracji postępowych polityków. To grzech niewybaczalny i trzeba teraz Irlandczyków nauczyć, jak mają myśleć.

Te wszystkie eksperckie enuncjacje mają niewielką wartość merytoryczną, są jednak cenne, aby ukazać mechanizm działania „postępowców”. Przed wielu laty został on przedstawiony w polskiej komedii „Kingsajz”, słowami nadszyszkownika Kilkujadka: „polokoktowcy nas nie kochają. Ale my ich będziemy tak długo kochać, aż oni nas wreszcie pokochają”. Tłumacząc to na „nasze”: „ci, którzy mają zdrowy rozsądek, nie poddają się propagandzie i odrzucają ją. Ale my tak długo będziemy im wciskać do głów tę propagandę, aż skapitulują i w nią uwierzą”. Irlandia jest tu dobitnym przykładem, że tak właśnie postępowcy realizują swoją agendę. Dobrze uczyć się na przykładach innych krajów – oby tym razem Polak okazał się mądry przed szkodą, a nie po szkodzie.

« 1 »

reklama

reklama

reklama