Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Małgorzata Musierowicz

FRYWOLITKI (89)

czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!

Jeśli kobieta ma na imię Carmen, a w dodatku urodziła się w Salamance, jeśli pracując naukowo stworzyła fascynujące książki o hiszpańskich obyczajach miłosnych w wieku osiemnastym i w naszych czasach, jeśli jej powieść otwiera dedykacja: "Dla Juana Carlosa Equillona, za metodę usta-usta, którą ratował Kapturka i mnie, zagubionych na Manhattanie pod koniec owego okropnego lata" – jest rzeczą oczywistą, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, że mamy co czytać wczesnym popołudniem i wieczorem, kiedy za oknem cicho sypie śnieg, zmierzch barwi go na fiołkowo, a latarnie uliczne rysują na nim różowawe kręgi.

Od pierwszej chwili nasze uczucia należą do Sary Allen, piegowatej dziesięcioletniej dziewczynki, która wraz z tatą hydraulikiem i zrzędzącą mamą mieszka na czternastym piętrze brzydkiego bloku w centrum Brooklynu. To jest bardzo niezależna i śmiała osoba, ta Sara, i wcale nas nie dziwi, że o wiele bardziej niż matkę, piekącą w kółko tort truskawkowy, kocha Sara swą babcię, byłą artystkę musicalową. Babcia mieszka sama na Manhattanie, ma w domu okropny bałagan, pali skręty i przepada za likierem gruszkowym. Jest ruda, lubi ubierać się w suknię z zielonego jedwabiu, tańczyć przy dźwiękach starych piosenek i malować oczy przed potrójnym lustrem. Tata Sary mawia o babci "ta sprytna jaszczura".

"Kapturek na Manhattanie" Carmen Martin Gaite (Muza, VIP, 1999, przekład Carlos Marrodan Casas) to piękna i niezwykła książka, a Sara Allen ma coś wspólnego z naszą drogą Pippi Langstrumpf (choć wcale nie jestem pewna, czy książka pani Carmen przeznaczona jest dla dzieci, czy dla dorosłych, czy dla jednych i drugich, a mam pewność, że pani Astrid pisała tylko dla dzieci). Sara Allen jest, jak Pippi, twarda, tajemnicza i dobra, bezwzględna w swojej szczerości i wzruszająca w swoim wszechogarniającym współczuciu.

Sara umiała mówić płynnie i wyraźnie, zanim jeszcze opanowała sztukę chodzenia. Błyskawicznie nauczyła się czytać i pisać, a pierwsze napisane przez nią słowa to były: rzeka, księżyc i wolność. Miała zaledwie trzy lata, kiedy zaczęła zadawać dziwne pytania – na przykład, co to znaczy, że się umiera, i co to jest wolność. W wieku lat czterech zrozumiała, że powinna zachować milczenie. "Stała się posłuszna i obojętna. Przekonała się, że marzenia można pielęgnować jedynie po ciemku i w sekrecie. Tymczasem próbowała jakoś przeżyć na swojej wyspie. Jak Robinson. I jak Statua Wolności". Bardzo wiele o tej Statui myślała, marzyła o tym, by skulić się w gnieździe, uwitym pomiędzy kolcami jej korony. Często wysyłała do przedstawicielki wolności, do bogini, której obrazem była Statua, myślowe telegramy, prosząc, by ją wydostała z tej niewoli, w jakiej żyje.

Co tydzień, w sobotę, matka zabierała Sarę do babci, na Manhattan. Sara była ubrana wtedy w czerwoną pelerynkę i niosła koszyk zawierający tort truskawkowy. A czasem zdarzało się, że Sarze wolno było pobyć u babci trochę dłużej – przy takiej właśnie okazji usłyszała opowieść o Statui Wolności: Statuę przywieziono do Nowego Jorku z Francji, a autor rzeźby, alzacki artysta, nadał twarzy bogini rysy swojej matki, bardzo pięknej kobiety.

W dniu swoich dziesiątych urodzin Sara została sama, ponieważ rodzice musieli pojechać na pogrzeb. I tego właśnie dnia wybrała się na Manhattan całkiem sama, kierowana przez swój głód wolności. Na Manhattanie poznała Miss Lunatic – bardzo starą, dziwną kobietę w łachmanach i wielkim kapeluszu, spod którego spadały jej na plecy bujne, śnieżnobiałe włosy, sięgające bioder. Miss Lunatic – która cechowała się zaskakującą umiejętnością przebywania w kilku miejscach równocześnie – zawsze ciągnęła za sobą pusty, staroświecki wózek dziecięcy. Miała wielu przyjaciół zarówno pośród możnych tego świata, jak pośród biedoty, żebraków, wielonarodowego tłumu zapełniającego Nowy Jork. Uwielbiano ją powszechnie, bo lubiła z ludźmi rozmawiać i wolała słuchać raczej niż być słuchaną. Mówiła, że dzięki temu zyskuje doświadczenie. "Ludzie się zmieniają. A każda osoba to osobny świat – lubię, jak mi opowiadają różne historie. (...) Wszyscy mieli jej coś do opowiedzenia i historie te towarzyszyły później miss Lunatic w samotnych wędrówkach; przez pewien czas trzymały się jej łachmanów niczym poświata złotych serpentyn, broniąc przed odejściem w całkowite zapomnienie. (...) Byli ludzie, którzy wyśmiewali się z niej, ale raczej odnoszono się do Miss Lunatic z szacunkiem, co wynikało nie tylko z tego, że nikomu nie czyniła krzywdy, była rozumna i potrafiła wyrażać się z dużą elokwencją – zawsze z leciutkim akcentem francuskim – ale i z tego, że mimo żebraczych łachmanów zdołała zachować, w ruchach i w owym specyficznym sposobie poruszania się z podniesioną głową, godność i niezależność, nie dopuszczając do jakichkolwiek odruchów lekceważenia czy litości. Zawsze brała odpowiedzialność za swoje czyny i odnosiło się wrażenie, iż zamieszana jest tylko w to, w co zamieszana być chciała".

Chodziła podśpiewując (na ogół był to ten sam, stary hymn alzacki), a kiedyś, doprowadzona przed oblicze komisarza dystryktu Harlem (wmieszała się w bójkę i otrzymała kilka ciosów nożem, lecz z jej ciała nie trysnęła ani kropla krwi), zeznała, że przybyła do Nowego Jorku w roku 1885, kiedy to sprowadzono Statuę Wolności. Komisarz, znając jej wszędobylskość, zaproponował, by została płatnym informatorem policji, lecz ona odrzuciła tę propozycję z oburzeniem, dodając, że pieniądze jej nie interesują "stały się bowiem celem samym w sobie i uniemożliwiają nam radowanie się z drogi, którą przemierzamy".

Komisarz wtrącił, że bez pieniędzy trudno żyć.

– Ale co nazywacie życiem? – padła replika Miss Lunatic. – Dla mnie żyć to znaczy nie spieszyć się. Wszystkiemu spokojnie się przyjrzeć, zastanowić, wysłuchać cudzych zmartwień, być ciekawym świata i ludzi, być wrażliwym, nie kłamać, dzielić się z żywymi szklanką wina albo kromką chleba, z dumą wspominać nauki zmarłych, nie pozwolić, by nas poniżano lub oszukiwano. (...) Ludzie tak poważnie traktują zarabianie pieniędzy po to, żeby żyć, że w rezultacie zapominają żyć. (...) Wolność i pieniądze są pojęciami przeciwstawnymi, podobnie jak wolność i strach.

Miss Lunatic mieszkała we wnętrzu Statui Wolności i znała – ona jedna – tajemne wejście do Statui, prowadzące przez pewien właz parkowego hydrantu. Była bardzo stara i żyła tylko siłą woli, jak Rycerz Nieistniejący. Zaczynała już odczuwać zmęczenie i myślała "o nieustannych przemianach, jakim podlegają ludzie i rzeczy, o pożegnaniach, o wszystkich ciężarach, jakimi czas nieubłaganie obciążał ludzkie plecy. Najchętniej przerzuciłaby swoje najsekretniejsze ciężary na kogoś młodszego i godnego przejęcia całego dziedzictwa".

Sarę Allen, zagubioną z koszyczkiem w podziemiach metra, spotkała więc w samą porę.

"W oczach Sary pojawił się błysk ulgi i zaufania. A Miss Lunatic, która już od dawna nie spotkała tak czystego i otwartego spojrzenia, poczuła, jak od płomieni tego niespodziewanego ogniska ciepło przenika do jej serca".

Od tej chwili zaczynają się najpiękniejsze partie książki. Przyjaźń małej dziewczynki i starej kobiety to w ogóle jest wspaniały temat literacki i cudowne zjawisko życiowe. Pani Carmen też to wie i opisuje tę przyjaźń w natchnieniu. Wprowadza nadto wątek "Słodkiego Wilka", czyli Edgara Woolfe’a, Króla Tortów, zabawia się mieszaniem baśni, mitów, aluzji i skojarzeń, przez cały czas prowadząc od niechcenia, a konsekwentnie, czystą i szlachetną w tonie opowieść.

W finale książki widzimy Sarę Allen, która nocą dociera w pobliże Statui, wrzuca otrzymaną od Miss Lunatic starożytną, zielonkawą monetę do szczeliny przy włazie hydrantu i odczytuje z karteczki ofiarowanej jej przez starą przyjaciółkę słowa Pico della Mirándoli:

"Nie uczyniłem cię ani niebiańskim, ani ziemskim,

ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, abyś

sam w sposób wolny i godny ciebie

nadał sobie taki kształt, jaki zechcesz".

"(...) płyta włazu odsunęła się i Sara, wyciągnąwszy przed siebie ramiona, rzuciła się w dół, natychmiast porwana przez prąd chłodnego powietrza, który niósł ją ku Wolności".

Tak brzmi ostatnie zdanie tej książki, napisane w Madrycie, 28 lutego 1990, w Środę Popielcową. W dziewięć lat później, dokładnie w Popielec, oglądam widniejący pod tym zdaniem rysunek: dziewczynka z uśmiechem wskakuje, głową naprzód, do czarnego otworu w ziemi.

Nie wiadomo dlaczego chce mi się płakać, ponieważ myślę, że ona umrze.

Lecz chyba pani Carmen chciała nam przekazać coś innego: że kto kocha wolność i wolności służy – ten nie umiera nigdy.


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny 9/1999

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: dziecko recenzja felieton książka Kapturek na Manhattanie Carmen Martin Gaite
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W