Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Stanisław Barańczak

Protokół procesu

Zbigniew Herbert w swojej wielkiej poezji dokonał kilku wynikających z siebie logicznie rzeczy, których dokonać w komplecie i w sposób konsekwentny, a zarazem tak nie ukrywany i dla wszystkich myślących czytelników otwarty, potrafił tylko On. Pierwszą z tych rzeczy, uczynioną na samym początku, było to, że ze swojego odruchu moralnego uczynił kwestię smaku. Postawiony twarzą w twarz, czy raczej rzucony na kolana przed pozbawionego twarzy idola totalizmu, powstał natychmiast, otrzepał starannie spodnie, przyjął "postawę wyprostowaną" (nie żeby chciał kogoś prowokować - po prostu w domu nauczono go, aby się nie garbił) i powiedział uprzejmie: - Bardzo przepraszam, ale to bóstwo mi się nie podoba. Jest brzydkie, nieproporcjonalnie skonstruowane, pomalowane w gryzące się ze sobą kolory, a zacinający się megafon w jego brzuchu wygłasza zdania, którym z punktu widzenia bogactwa słownictwa i urozmaicenia składni można wiele zarzucić.

I odszedł, aby zająć się pisaniem wierszy o rzeczach piękniejszych i uczciwszych: gładkich kamykach i nie dających się przepołowić drewnianych kostkach. To było jego pierwsze rewolucyjne odkrycie: że piękno etyczne, które zachwala jako swoją największą atrakcję Nowa Rzeczywistość totalizmu, na mocy jakiejś niepojętej reguły nigdy nie bywa sprzężone z pięknem estetycznym. Przeciwnie - aspekt estetyczny Nowej Rzeczywistości cechuje nieodmiennie silna brzydota i nie krępujący się niczym kicz. "Kwestia gustu!" - rzuciłby lekceważąco przedstawiciel (podobno) większości, którą Place Konstytucji i powieści produkcyjne (podobno) zachwycały. "Potęga smaku!" - odrzuciłby najspokojniej On, gdyby chciało mu się wdawać w dyskusję nad kwestiami tak oczywistymi. I w tak oczywisty sposób dającymi się logicznie odwrócić: bo jeśli estetyczna strona totalizmu była w stanie wzbudzić taki wstręt, to może i strona etyczna ukrywała jakieś szkielety w swojej monumentalnej szafie?

Do drugiego podstawowego dla Jego poezji odkrycia doszło tuż po pierwszym. Po roku 1945 wielu ludzi znalazło się w położeniu duchowym, dla którego brak jeszcze było nazwy: dopiero później zaczęto ujmować problem w kategoriach rozmaicie nazywanego wydziedziczenia, rozumianego nie tylko jako dosłowne i przemocą dokonane pozbawienie mienia, ale również - jako pozbawienie prawa wstępu do odziedziczonego i "prywatnie" wciąż ważnego świata wartości. Przed odartymi w ten sposób z ich dziedzictwa poetami rysowały się w zasadzie dwie perspektywy: pokornie stłumić w sobie "głos wewnętrzny", głos sumienia mającego swój estetyczny odpowiednik w smaku, i przyznać, że Nowa Rzeczywistość istotnie pięknieje nam w oczach z każdym dniem - albo całkowicie się z tej rzeczywistości wycofać i ogłaszać utwory poświęcone czemukolwiek innemu, byle nie jej.

Drugie odkrycie Herberta polegało na tym, że pomiędzy - czy raczej ponad - udziałem i wycofaniem się dostrzegł jeszcze jedną, najtrudniejszą możliwość. Odmowę udziału (takiego, jakiego by sobie życzyli powojenni mocodawcy i kontrolerzy kultury), ale i odmowę wycofania się (które zapewne byłoby im jeszcze bardziej na rękę). Inni poeci krajowi - mówię tu (zdając sobie zresztą sprawę z wielkich uproszczeń) o pierwszym powojennym dziesięcioleciu - albo brali (z rzeczywistym czy udanym entuzjazmem) Nową Rzeczywistość za swoją, pomijając milczeniem fakt, że znaleźli się w niej drogą przymusowej rekrutacji, albo odwrotnie, udawali, że do Nowej Rzeczywistości wcale się nie wprowadzili. Pośród poetów żyjących w PRL Herbert był pierwszym, który dostrzegł, że obie te postawy stanowią dwie strony tej samej monety wydziedziczenia. Poeci to natury wrażliwe i drażliwe, a cechą kogoś o takiej naturze jest, że jeśli należący mu się spadek po rodzicach przywłaszczy sobie przemocą jakiś zuchwały brutal, pokrzywdzony woli udawać (dla zachowania twarzy) albo że, tak naprawdę, spadek był dla niego tylko kłopotem i że po jego utracie "żyt’ stało łuczsze, żyt’ stało wiesieliej", albo że do żadnego formalnego odebrania odziedziczonych dóbr bynajmniej nie doszło: prawda, dostęp do nich jest może trochę utrudniony.

Herbert w tym momencie czyni rzecz nieoczekiwaną, ale u podstaw mającą prosty odruch zdrowego rozsądku: zadaje kłam obu stronom naraz. Nie, nie żyje wam się lepiej: przecież was obrabowano. Nie, nie jesteście już pełnoprawnymi właścicielami ogrodu: przecież w jego furtach zainstalowano nowe zamki nie wręczając wam kluczy. A przy tym wszystkim - utraciliście coś, co wam się prawnie należy; staliście się więc ofiarami bezprawia i im prędzej zdacie sobie z tego sprawę, tym dla was zdrowiej.

A co robi ofiara bezprawia w świecie, który wmawia nam wciąż, że właśnie na fundamencie prawa stoi? Ależ to również jasne. Pozywa winowajcę bezprawia do sądu. Z żądaniem zwrotu zagrabionego dziedzictwa i odszkodowań za poniesione straty moralne.

I to jest trzecie, największe odkrycie Herberta. Wszystkie dalsze - jego archetypalny obraz-autoportret "barbarzyńcy w ogrodzie", jego sięgnięcie raczej po wieloznaczną ironię niż po jednoznaczny sarkazm jako główną broń zaczepno-odporną, jego wielofunkcyjna, igrająca dystansami i stopniami przezroczystości maska, jaką jest Pan Cogito - były już tylko - mistrzowsko wykonywanymi - konsekwencjami technicznymi. Ale cała jego poezja to protokół procesu wytoczonego przez pojedyncze ludzkie ja wszystkim naraz siłom, które usiłują jednostkę wyzuć z tego, co jej się prawnie należy. Z jej człowieczego dziedzictwa człowieczych wartości.

Mam w swojej pamięci kącik, z którego czas z pewnością nigdy nie usunie kilku wspomnień bardzo wyspecjalizowanego rodzaju: wspomnień kilkorga poetów czytających publicznie - przy rozmaitych okazjach - swoje pojedyncze wiersze, te, które z tych czy innych powodów stanowią czy stanowiły dla nich teksty szczególnie ważne. Czesław Miłosz czytający wiersz "Dlaczego?". Seamus Heaney czytający wiersz o przypadkowej ofierze zamachu bombowego w Ulsterze, "Casualty". James Merrill uczestniczący w próbach swojego przeniesionego na scenę wielkiego poematu o rozmowach ze zmarłymi. Wisława Szymborska nie czytająca ("za osobiste"), mimo próśb publiczności, wiersza o kocie w pustym mieszkaniu. Zbigniewa Herberta czytającego wiersze słuchałem zaledwie parę razy, ale jedna z tych okazji miała wymiar symboliczny. Był początek roku 1980 i poeta powrócił w sprawach prywatnych na krótko do kraju, po wieloletnim pobycie na Zachodzie. Umożliwiło to jego udział - pierwszy do owej pory - w zebraniu redakcji "Zapisu" (zebraniu oczywiście w mieszkaniu prywatnym, u Jacka Bocheńskiego). Herbert przybył punktualnie i oznajmił, że ma specjalnie dla nas nowy wiersz. Po czym ten wiersz oczytał. Była to - "Potęga smaku". Jej pierwsze publiczne odczytanie. Pamiętam, że zanim ktokolwiek się odezwał, wszyscy patrzyliśmy po sobie długą chwilę. Co myśleli inni, mogłem tylko zgadywać, ale mnie samemu - pamiętam wyraźnie - przemknęło w owej chwili przez głowę zdanie dotyczące mającego niebawem nastąpić powrotu Herberta na Zachód: "Będzie nam Ciebie w kraju brakowało, Zbyszku".

Będzie nam Ciebie brakowało na tym świecie, Zbyszku.

31 lipca 1998



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: piękno poezja moralność felieton Herbert poeta totalitaryzm potęga smaku