Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Zbigniew Mentzel

Czerwony kapturek

(wersja Sadkowskiego)

Z dziennika "Mój rok 1998..."

Wacław Sadkowski, rocznik 1933, publicysta i krytyk literacki, długoletni redaktor »Trybuny Ludu« i »Literatury na Świecie«, członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej do samego końca jej istnienia, napisaną na emeryturze autobiografię "Mój sposób na życie" (Wydawnictwo "Iskry", 1998) rozpoczyna od pewnego wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, wydarzenia, które miało go - jako człowieka - ukształtować raz na zawsze.

"Na parę miesięcy przed wojną [...] matka zabrała mnie do Teatru Wielkiego na dziecięcą popołudniówkę: wystawiano adaptację bajki o Czerwonym Kapturku. Zaraz po zajęciu wykupionych przez nią krzeseł oceniłem odległość, jaka je dzieliła od sceny, jako niebezpiecznie bliską. Tak: rad byłem oczywiście z tego, że akcję sceniczną będzie dobrze widać i słychać, ale ponieważ znałem dokładnie treść bajki, ogarnęło mnie głębokie zaniepokojenie (podkreś. - ZM)".

Uznawszy za "fakt bezsporny", że w trakcie każdego z dotychczasowych przedstawień "myśliwy strzelał do wilka i kładł go na miejscu trupem", sześcioletni Wacuś uznał jednak za możliwy całkiem inny przebieg spektaklu: gdyby myśliwy spudłował albo tylko zranił wilka i rozjuszone zwierzę rzuciłoby się do ucieczki poprzez widownię - znalazłby się na jego drodze bezbronny.

"Przyjąłem też za niewykluczone, że myśliwy chybi celu tak niefortunnie, że zamiast w wilka pocisk ugodzi we mnie. Decyzję podjąłem natychmiast [...] W stosownym momencie (kiedy wilk nakładał już na głowę babciną szlafmycę i układał się w pościeli) oświadczyłem matce, że za »małą potrzebą« - jak się wtedy mawiało - muszę wyjść do toalety i w zamkniętej przed wszelkimi niedyskretnymi spojrzeniami kabinie odliczałem minuty potrzebne myśliwemu do opanowania sytuacji. Po powrocie na widownię stwierdziłem z ulgą, że i tym razem oko go nie zawiodło".

Zdaniem Sadkowskiego - albo raczej, jak zaznacza, któregoś z jego przyjaciół - to właśnie owego dnia, w Teatrze Wielkim, na spektaklu "Czerwonego Kapturka", w przyszłym redaktorze, sumiennym, odpowiedzialnym pracowniku "frontu ideologicznego" po raz pierwszy objawiły się niepospolite zdolności do "kalkulowania ryzyka" i przeprowadzania "rachunku prawdopodobieństwa", zdolności przydatne, a nawet niezbędne każdemu, kto w rządzonym przez "czerwoną" władzę państwie "rozumnie przeżyć" chciał do emerytury, a więc zachowywać się i postępować tak, by "nie naruszać zasady primum non nocere, a w miarę możności wykonywać pożyteczne czynności i zawody, zapewniające życiowe minimum".

Na parę miesięcy przed wojną babcia zabrała pięcioletniego Jacka Kuronia do Teatru Wielkiego na dziecięcą popołudniówkę: wystawiono adaptację "O dwóch takich, co ukradli księżyc". "W pewnym momencie - wspomina Kuroń w autobiografii - kiedy czarownik wsadzał Jacka i Placka do worka, zerwałem się i z rykiem ruszyłem na scenę, żeby ich ratować. [Zdarzenie to] uważam za swoje największe życiowe osiągnięcie. Wszystko, co robiłem potem, jest tylko powtórzeniem tamtego". Ponieważ rówieśnikom Sadkowskiego zdarzało się, jak wiemy, dokonywać wyboru innego "sposobu na życie", nasuwa się pytanie, co i kogo miał na myśli, pisząc o "histerycznym pozerstwie", które w "czerwonej" Polsce niweczyło wytrwałe wysiłki "ograniczające obcą interwencję i doktrynerskie naciski". Przyznając, że od wczesnego dzieciństwa cechowała go ostrożność, może nawet i tchórzostwo, Sadkowski z naciskiem podkreśla, że to jego właśnie postępowanie było racjonalne, bo uzasadnione sytuacją: gdy myśliwy mierzy z fuzji, zawsze można znaleźć się na linii strzału.

Każdy, kto choć raz przeczytał "Czerwonego Kapturka" (cóż dopiero ktoś, kto, jak Sadkowski, zna treść bajki dokładnie), dobrze wie, że podczas całej akcji nie pada tam ani jeden strzał. Na widok śpiącego wilka, który pożarł babcię i jej wnuczkę, myśliwy odkłada nie nabitą nawet jeszcze fuzję, nożyczkami rozcina wilkowi brzuch, a później napełnia go ciężkimi kamieniami. Prawda była zatem taka, że w teatrze Sadkowski na sam widok wilka umierał już ze strachu i zamiast oglądać spektakl, wolał siedzieć w ubikacji. Przedstawioną przezeń "racjonalizację" wydarzenia, kalkulację ryzyka, balistyczne ekspertyzy etc. - włożyć trzeba między bajki.

Poza jednym bodaj zdaniem ("Gołoledź czyni mnie bezradnym") wszystko, co Sadkowski napisał w swej autobiografii, wydaje się równie fałszywe, obłudne, żałosne i politowania godne. W szczególności dotyczy to usilnych zapewnień, że nigdy, przenigdy nie wyrzekł się "wewnętrznej wolności" i pozostał wobec siebie "szczery". Dorastający u progu lat pięćdziesiątych syn przedwojennego fabrykanta, kształcony starannie w katolickim domu (jako "ulizanego ministranta" sportretował go Tadeusz Borowski w pamiętnym opowiadaniu "Kłopoty pani Doroty"), "wolny" był - zapewnia - zarówno w roku 1952, gdy zrywał współpracę z "Tygodnikiem Powszechnym" i innymi pismami katolickimi ("hipoteza Boga przestała mi być potrzebna w tym właśnie czasie i nigdy już potem nie odzyskała dla mnie atrakcyjności"), jak i w roku 1968, gdy nie zdecydował się wystąpić z partii, która właśnie rozpętała rasistowską histerię ("dość miałem poczucia wewnętrznego dyskomfortu, wywołanego »opuszczeniem tonącego (wówczas!) statku« - prasy katolickiej w roku 1952 - a po wtóre uznałem za swój obowiązek do końca wykorzystywać możliwości działania, jakie otwierała przede mną przynależność do partii"). "Wolny" był, ma się rozumieć, także w roku 1982 i później, gdy po rozwiązaniu Związku Literatów Polskich "dał się wybrać" do zarządu nowej, podporządkowanej władzom stanu wojennego organizacji ("Do »Zlepu« wstąpiłem - przeciw temu stowarzyszeniu, i to nie na schizofrenicznej zasadzie »jestem za, a nawet przeciw«, tylko po to, by owego stowarzyszenia literackiego nie zdominowali czarnopodniebienni rewanżyści i karierowicze")...

Sadkowski - typowa, jak powiedziałby Ludwik Flaszen, Spocona Mysz pod Gigantofonem - powiększa liczne już grono osób, które pisząc autobiograficzne wspomnienia z czasów PRL-u, swój zwierzęcy strach, swój oportunizm i swe kunktatorstwo podnieść usiłują do godności racjonalnej zasady, która w życiu publicznym bardziej pożyteczna jest niż inne ("czytelnik zechce docenić dworskość moich wyrażeń" - pisze w podobnych przypadkach Leszek Kołakowski). Tupetu wystarczyło mu jeszcze na tyle, by oznajmić, że w miarę ustępowania takich jak on ze sceny - "życie publiczne w Polsce dziczeje".

Mimo rozpaczliwych retuszy z autobiografii Wacława Sadkowskiego wyłania się portret gogolowskiego czynownika, który bilans swego życia z satysfakcją podsumował w końcu zdaniem, w rzeczy samej godnym Gogola: "Otóż nie tylko nigdy w życiu nie napisałem żadnego podania o pracę, ale też nigdy z żadnej pracy mnie nie wyrzucano".

Czerwony Kapturek pękłby ze śmiechu.

sobota, 10 października



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: recenzja Jacek Kuroń Wacław Sadkowski Jacek i Placek Czerwony Kapturek
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W