Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Dorota Szwarcman

Śpiewy na koniec wieku

Festiwal Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu

W końcu sierpnia do Jarosławia z roku na rok zjeżdżają coraz większe tłumy. W tym roku liczba przyjezdnych przekroczyła trzy setki, a na koncerty chodzą przecież też miejscowi, kościoły pękają więc w szwach.

Publiczność z całej Polski i z zagranicy, w większości bardzo młoda, o festiwalu dowiaduje się najczęściej pocztą pantoflową - od znajomych, przez młodzieżowe duszpasterstwo, przez środowiska młodzieżowych zespołów uprawiających muzykę dawną gdzieś w Świeradowie czy Elblągu, przez środowiska kultury alternatywnej związane z Teatrem Wiejskim "Węgajty". Co ich przyciąga? To, że nie jest to zwykły festiwal, lecz o wiele więcej. Tu nie tylko chodzi się na koncerty, ale pracuje się razem nad chorałem gregoriańskim, który potem śpiewa się na nieszporach; mieszka się, spotyka i muzykuje z najwybitniejszymi artystami Europy związanymi z muzyką dawną. Tegoroczny, szósty już festiwal (po raz trzeci w Jarosławiu, przedtem w Starym Sączu) odbył się w dniach 23-30 sierpnia, ale miał w niedzielę swe przedłużenie w Krakowie: w dominikańskiej bazylice św. Trójcy liturgię według zasad sprzed siedmiu wieków odtworzył 40-osobowy zespół pod kierownictwem słynnego francuskiego muzyka i muzykologa, założyciela i szefa Ensemble Organum Marcela Pérčsa; śpiewali też w krużgankach lirnicy. Projekt ten, zwany Septuaginta, został wpisany w program Krakowa 2000, w szerszy projekt "Siedem tradycji" (więcej pisał o nim w numerze 36 "TP" Maciej Kuziński".

Marcin Bornus-Szczyciński, dyrektor festiwalu, zapragnął w tym roku zmienić jeszcze bardziej jego formułę. Jest bowiem przeciwnikiem formy koncertu - uważa, że to forma sztywna i martwa, słuchacz siedzi jak na torturach, otrzymując w zamian porcję muzyki "dostosowaną statystycznie do możliwości jego odbioru". Postanowił więc w tym roku skrócić koncerty do godziny. Jednak właśnie na tym festiwalu znalazły się dowody na błędność jego poglądu. Dwa koncerty były po prostu genialne, oba zresztą całkowicie różne od siebie: inauguracyjny występ zespołu Mala Punica, grającego z ujmującą lekkością i prostotą trudne, spekulatywne dzieła Johannesa Ciconii (przełom XIV i XV w.), oraz zamykające festiwal hiszpańskie "Cantigas de Santa Maria" wykonane przez zespół Micrologus z niesamowitym ogniem, z wyraźnymi inspiracjami muzyką ludową. Oba te wybitne włoskie zespoły zagrały w Polsce po raz pierwszy. Koncert mijał jakby w jednej sekundzie i wszyscy czuliśmy rażący niedosyt obcowania z ich sztuką. Choć może tak właśnie jest lepiej?...

Koncerty skrócono także dlatego, że poprzedzającą je godzinę przeznaczono dla śpiewu lirników. Lirnictwo odradza się ostatnio w naszej części Europy. Najbardziej na Ukrainie, gdzie cechy lirników i dudziarzy istnieją już w Kijowie, Charkowie i Lwowie. Mychajło Chaj, w cechu kijowskim Lirnik Stefan (w cywilu wykładowca konserwatorium), zaprezentował najbardziej dynamiczną i emocjonalną formę tego specyficznego głoszenia pieśni. Inny, bardziej powściągliwy w emocjach był Aleś Łoś z Białorusi; ciekawe, że niektóre jego pieśni miały tę samą treść (choć nie muzykę) co pieśni polskie zaprezentowane przez Janusza Prusinowskiego (opowieść o dwóch braciach - złym bogaczu i biednym Łazarzu) oraz Annę i Witolda Brodów z Węgajt (o nieczystej wodzie i dzieciobójczyni). Przed jednym z koncertów wystąpił też Taivo Niitvaegi, szef zespołu Linnamuusikud z Tallina, który śpiewał akompaniując sobie na dudach i cytrze te same estońskie pieśni religijne i ludowe, które w poprzednich latach prezentował ze swym zespołem.

Znamienne, że ta sztuka przypominana jest właśnie teraz. Większość pieśni lirników mówi o marności ludzkiego żywota, o nieuchronności śmierci, o biedzie ("od Kijowa do Krakowa każda bida jednakowa" - Mychajło Chaj), o potępieniu grzeszników, o końcu świata. Katastroficzne nastroje powracają zawsze ze zdwojoną siłą w momentach trudnych do ogarnięcia rozumem. Takim momentem tradycyjnie był koniec wieku. A cóż dopiero koniec tysiąclecia?

W takich czasach, szukając punktu oparcia, powraca się również nieraz do korzeni religii samej w sobie. Festiwal jarosławski wpisuje się w ten wątek od początku istnienia, zaznajamiając publiczność z tradycjami praktyk muzyczno-religijnych. Rozszerzeniem tego nurtu był w tym roku projekt Septuaginta. Rok temu Marcel Pérčs z Ensemble Organum zaprezentował tu specyficzną tradycję śpiewu dominikańskiego według traktatu Hieronima z Moraw "De Musica" z 1270 r. Koncert wzbudził wiele emocji i kontrowersji, nie przypominał bowiem chorału gregoriańskiego takiego, jaki znamy dziś: powolny śpiew urywa się co chwila, zdobiony ornamentami w stylu jakby orientalnym. W tym roku zaplanowano bardziej "powszechny" powrót do tej tradycji. Nie udało się co prawda, jak projektowano pierwotnie, ściągnąć do Jarosławia siedemdziesięciu dominikanów (na tę właśnie liczbę mnichów przewidziana została liturgia zawarta w ostatecznej formie antyfonarza dominikańskiego Humberta de Romanis z roku 1256); ostatecznie śpiewało około czterdziestu mężczyzn, nie tylko mnichów, ale i z "pospolitego ruszenia". Nie udał się też ambitny projekt prowadzenia modłów w kościele przez całą dobę, od północy do północy. Samo doświadczenie było jednak niezmiernie ciekawe, zarówno dzięki odmienności i szczególnej logice tego stylu, jak i dzięki kontaktowi z tak wspaniałym artystą jak Pérčs. Powstało jednak szczególne niebezpieczeństwo: młodzi ludzie studiujący zasady Hieronima z Moraw zaczęli patrzeć jakby z pewną pogardą, a co najmniej sceptycyzmem, na tradycje późniejsze. Na festiwalu wystąpił też znakomity czeski zespół Schola Gregoriana Pragensis, który śpiewał chorały pochodzące z VIII-XV w., ale wszystkie jednakowo, w stylu obowiązującym dziś: płynnymi, długimi frazami. Szef zespołu David Eben uzasadnia tę koncepcję ciągłością tradycji - i przecież też ma swoją rację. Trzeba pamiętać, że taki projekt jak Septuaginta - to swoiste zajęcia praktyczne z antropologii kulturowej, a nie odkrywanie jedynej prawdy, czy to religijnej (choć niesie większe zrozumienie tekstu), czy artystycznej (znamienne, że Pérčs do dziś nie zarejestrował na płycie wyników swych badań!).

Tę tradycję próbuje się dziś z trudem odnawiać. W ramach projektu "Siedem Tradycji" związanego z Krakowem 2000 ma też zostać odtworzony oryginalny śpiew franciszkanów, benedyktynów i innych krakowskich zakonów. Ale w Jarosławiu pojawili się też ludzie, którzy swe najdawniejsze tradycje kultywują do dziś. Jednym z największych i najbardziej przejmujących wydarzeń festiwalu było spotkanie z moskiewskimi staroobrzędowcami. Ci ludzie nie występują nigdy na koncertach, śpiewu używają wyłącznie do modlitwy, a modły wypełniają im niemal cały dzień. Odrzucili wszelkie reformy - także w dziedzinie muzycznej, śpiewają więc zawsze jednogłosowo, z najstarszych zapisów. Po raz pierwszy w swej historii zdecydowali się przyjechać na festiwal muzyczny, o co organizatorzy starali się już od kilku lat. Brak tu miejsca, by rozpisywać się o historii starowierów, o tym, jak przechowali swe tradycje w grupkach rozrzuconych po rubieżach sowieckiego imperium. Ich śpiew w cerkwi greckokatolickiej był dla uczestników festiwalu podróżą w inny świat, a ich opowieść na spotkaniu następnego dnia - opowieścią o wierności.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: koncert cerkiew Jarosław Festiwal Pieśń Naszych Korzeni muzyka dawna Ensemble Organum Marcel Pérčs Mala Punica lirnictwo greckokatolicki
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W