Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Z Pawłem Łozińskim rozmawia Katarzyna Jabłońska

PODWÓRKOWY KRONIKARZ


Katarzyna Jabłońska: - Zrealizował Pan 6 filmów dokumentalnych i jeden fabularny. Czy sięgnął Pan po fabułę dlatego, że dokument okazał się niewystarczającą formą wypowiedzi?

Paweł Łoziński: - Kiedy zdawałem do szkoły filmowej byłem przekonany, że chcę robić wyłącznie filmy dokumentalne. Wydawało mi się, że to, co niesie rzeczywistość jest najciekawsze. Właściwie teraz też tak uważam. Za fabułę wziąłem się z ciekawości; chciałem spróbować swoich sił, zobaczyć, czy potrafię, czy to mnie interesuje. Nie było to łatwe.

Kamera to ja

- Trudniejsze niż dokument?

- Fabuła to scenariusz, aktorzy, duża ekipa. Tutaj mozolnie wypracowuje się autentyczność, którą w filmie dokumentalnym przynosi samo życie. W dokumencie, jeśli oswoi się bohaterów, nie spłoszy się ich, ma się to wszystko i jeszcze cudowne dialogi, których nie wymyśli żaden scenarzysta. A poza tym w trakcie jest zawsze dużo niespodzianek, życie zawsze coś podrzuca. Można nawet liczyć na jakiś cud.

- W fabule nie można?

- Można liczyć na inwencję aktorów, pomysły kogoś z ekipy i to się często sprawdza. Jednak w fabule wszystko, od początku do końca, jest nieprawdziwe: sztuczne dekoracje, sztuczne emocje, łzy z gliceryny.

- Chociaż sztuczne, są przecież po to, żeby opowiedzieć o czymś prawdziwym.

- Pewnie, że tak i jeśli historia jest ciekawie opowiedziana, pięknie zagrana, wtedy widzowie w nią wierzą. Widzą sztuczne łzy i sami się wzruszają. A potem wychodzą z kina i mówią sobie "szkoda, że to był tylko film", albo - to ostatnio coraz częściej - "jak dobrze, że to nie zdarzyło się naprawdę". W dokumencie opowiedziana historia z definicji jest prawdziwa i wydaje mi się, że właśnie dlatego wyjątkowo silnie działa na widzów. Dokument, który teraz robię, dzieje się na moim podwórku - na warszawskim Powiślu. Bohaterami są moi sąsiedzi: Wiesio - były dozorca, obecnie na rencie, Pan Szymański - emerytowany fryzjer, Pani Ania - konkubina Wiesia. Od ponad pół roku śledzę, co im się przytrafia, towarzyszę w ich codziennych sprawach. Sam, małą kamerą cyfrową, robię zdjęcia, nagrywam dźwięk, nie mam ze sobą żadnej ekipy. Dzięki temu udaje mi się uzyskać rzadką rzecz - prawdziwie intymny kontakt z moimi bohaterami. Kamera to ja, bohaterowie mówiąc do mnie mówią do kamery - takie ,,kino oko". Mimo różnych przeszkód i dramatów film zmierza chyba do dobrego końca. Czekam tylko na puentę.

- Brak Panu na nią pomysłu?

- Czekam, aż mi ją ześle los. Nie chcę w tym filmie niczym sterować. Mam ten luksus, że kamerę trzymam w domu. Jeśli coś się dzieje, zbiegam cztery piętra w dół, już jestem na podwórku i kręcę. W normalnym filmie dokumentalnym, pewnych rzeczy nie daje się uchwycić, albo uchwycić jest bardzo trudno. Trzeba by czatować na nie z kamerą tygodniami, miesiącami. Nikogo na to nie stać, zwłaszcza dziś. Dlatego trzeba, jak mówią mistrzowie filmu dokumentalnego, rzeczywistość "zagęszczać", czyli kreować różne sytuacje, wpuszczać w nie bohaterów. Ja akurat w tym filmie niczego nie muszę zagęszczać. Śledzę to, co przynosi życie. Jestem podwórkowym kronikarzem. Idę za swoim bohaterem. Pukam rano i pytam: "Wiesiu, co dzisiaj robimy?" On mówi: "możemy się przejść nad Wisłę". Ja mówię "dobra" i on mnie prowadzi.

- Może więc trzeba zaufać rzeczywistości także w sprawie puenty, może sama ją wyreżyseruje?

- Nie mam innego wyjścia. Czekam na cud.

- W dokumencie nie ma zawodowego aktora, tutaj bohaterem jest prawdziwy człowiek. Ile można o nim opowiedzieć?

- Mój bohater, Wiesio, postawił sprawę jasno, sam wytyczył granicę. Powiedział: "za dużo chciałbyś wiedzieć". Pewne sprawy są nie do filmu, są prywatną sprawą Wiesia i nigdy mi o nich nie opowie, nawet jeżeli przyjdę bez kamery. To jest godność i poczucie wstydu. Dziś należy to jednak do rzadkości. Co chwila w telewizji, czy w radiu słyszę o czyimś pierwszym kochanku, czy ostatnim orgazmie. To jest właśnie pornografia, kiedy ktoś przed nami w takich sprawach otwiera duszę.

jak zwierzęta

- A co z tymi, którzy sami nie potrafią takiej granicy wytyczyć, są bezbronni wobec kamery?

- Kiedy człowiek, którego filmuję jest bezbronny, wyłączam kamerę. Nie interesuje mnie robienie filmów z pozycji siły. Wiem, że to jest kuszące, bo kiedy trzyma się kamerę w ręku można mieć wrażenie, że to daje pewną władzę nad bohaterem oraz pozorny dystans wobec sytuacji, w której się nie uczestniczy, tylko po prostu filmuje. Nic bardziej mylnego.

- Pan wie, kiedy trzeba wyłączyć kamerę?

- Kiedy patrząc na coś zaczynam się wstydzić, wyłączam kamerę. Czasem powinno się po prostu odłożyć kamerę, żeby pomóc. Są też przypadki mniej oczywiste. Czy mogę filmować swojego bohatera w sytuacjach, które źle o nim świadczą? Zawsze jest pokusa, żeby filmować. Wszystko zależy potem od tego, w jaki sposób ten materiał zostanie użyty: za czy przeciw bohaterowi. Bohaterowie dokumentu to nie aktorzy, dają swoją twarz i prywatność. Ekipa kończy film i zaczyna następny, a oni zostają. Trzeba uważać, żeby ich nie skrzywdzić, żeby film, w którym się znaleźli, nie zaburzył im życia, żeby nie mieli po nim kłopotów z sąsiadami, rodziną, sami ze sobą. Oglądam dużo filmów, w których realizatorzy posunęli się, moim zdaniem, za daleko.

- Czy Ewa Borzęcka w "Arizonie" posunęła się za daleko?

- Jest to film zrobiony bez serca. Nieszczęśliwi ludzie z PGR-u zostali przez panią redaktor z Warszawy pokazani jak zwierzęta, jak taplające się w błocie świnie. Powinienem im współczuć, ale są w tym filmie tak obrzydliwi, że ich nie lubię. Tak zostali pokazani, wierzę, że w rzeczywistości są inni. Po co w ogóle robić film o ludziach, których się nie lubi? Któryś z krytyków napisał, że "Arizona" to diagnoza społeczna. Chyba raczej diagnoza dziennikarskiej bezmyślności. Nie wiem, po co ten film został nakręcony. Czasami lepiej dochodzi się do prawdy, kiedy potrafimy zatrzymać się krok wcześniej. Po co pokazywać rzeczy oczywiste, albo straszliwe - podpalających się czy skaczących z dachu ludzi? Nie wiem, czemu to ma służyć.

- Może chodzi o to, żeby było atrakcyjnie, poza tym - jak dowodzą sondaże - widzowie chcą właśnie takie rzeczy oglądać.

- Mam nadzieję, że nie wszyscy. Inaczej trzeba będzie zmienić zawód, albo też skoczyć z dachu na znak protestu. Taka atrakcyjność mnie nie pociąga. Interesuje mnie raczej podglądanie zwykłego życia. Dokument to dla mnie własne spojrzenie na świat, historia prawdziwa, opowiedziana tak, że znaczy trochę więcej niż to, co widać w jej pierwszej warstwie. Wydaje mi się, że tą nazwą błędnie określa się dzisiaj wszystkie produkcje telewizyjne, oparte na rejestracji rzeczywistości, a więc reportaż, relację czy film oświatowy. Istnieje takie myślenie, że im więcej włoży się do filmu, tym bardziej będzie atrakcyjny. Uważam, że dobrze skonstruowany film dokumentalny, idący w głąb tematu, widzowie przeżyją mocniej niż taki, który jest jak kolorowy wachlarz - otwiera się przed nimi, potem zamyka i jest po wszystkim.

wątpliwości i pytania

- Dlaczego podglądanie zwykłego życia jest ciekawe?

- Interesują mnie drobne, błahe - z pozoru tylko nieważne - sprawy. Okazuje się, że z takich małych zdarzeń składa się życie. W filmie, który teraz robię, niewiele się dzieje, ale to "nic-nie-dzianie się" wydaje mi się bardzo interesujące. Myślę, że to, co na pozór wydaje się nudne, jeżeli się uważniej przyjrzeć, może stać się ciekawe. Bohaterowie filmu, moi sąsiedzi, są zwykli, ale jednocześnie niezwykli, bo mają w sobie naturalność i to "coś", co sprawia, że na ekranie przyciągają uwagę.

- Czy Pan chętnie patrzy na to, co dzieje się dookoła?

- Chętnie patrzę na takich bohaterów, jak Wiesio. Złości mnie natomiast świat wokoło. Przeszkadza mi wyjątkowe stężenie agresji. Ludzie tutaj, szczególnie w Warszawie, są agresywni i brutalni. To się udziela. "Dzień dobry" czy "przepraszam" to jakieś zapomniane słowa. Powiśle, dzielnica, w której mieszkam, jest trochę inne. Ludzie się lepiej znają. Tutaj weterani stojący całymi dniami pod sklepem "Społem" zawsze zapytają: "co słychać?". Nie przepadam za tym miastem. Na prowincji, w małych miasteczkach czy na wsiach, na szczęście jeszcze jest inaczej.

- Kieślowski pisał, że najważniejszą powinnością twórcy w latach 70. był opis rzeczywistości. Co jest powinnością twórcy lat 90.?

- Dzisiejszy świat jest już co prawda opisany, ale wydaje mi się, że dosyć niechlujnie i powierzchownie. Można starać się robić to lepiej niż np. telewizja. Ludzie mają dziś wyjątkowo dużo wątpliwości i pytań. Myślą, jak odnaleźć się w zupełnie nowym systemie wartości, w którym liczy się, żeby być maksymalnie wydajnym i jak najwięcej za to potem konsumować. Akurat tak się złożyło, że mnie na razie bardziej interesują ludzie, którzy z różnych powodów w tym wyścigu do sukcesu nie biorą udziału. Ale być może konsumenci to też ciekawy temat.

- Pana interesują ci, którym się nie wiedzie, generalnie jednak kino zagubiło solidarność z człowiekiem skrzywdzonym. Może zresztą to nie kino ją zagubiło, ale ludzie, a film jedynie odzwierciedla tę sytuację?

- Myślę, że nie jest tak źle. Znam wielu reżyserów, którzy, jak mówił Krzysztof Kieślowski, stoją po właściwej stronie. Kłopot w tym, że nie bardzo wiadomo, jak się do tego świata zabrać. Wielu ludzi ma kłopoty z rozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego się dzieje. Sami nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć. Podobnie dzieje się w kinie. Stąd - myślę - ten festiwal atrakcji w kinie, a filmy o życiu milionera, albo ludzi w upadłym pegeerze to dwa bieguny tego samego problemu.

- Innym przejawem tego festiwalu atrakcji jest ekspansja w kinie poetyki teledysku - opowiadanie w bardzo szybkim tempie.

- Tempo opowiadania powinno być dostosowane do historii. Skoro tempo życia ludzi starszych, o których opowiadam, jest powolne, ja się do ich rytmu dostosowuję. Film jest fotografowany i montowany w zgodzie z ich rytmem, a nie z moim. Sam żyję trochę szybciej, ale wszystko polega właśnie na tym, żeby dostosować się do nich. W teledysku nie ma nic złego. Wszystko chyba zależy od tego, o czym się opowiada. Szybko montowany film może być nudny i dłużyć się, a powolny może być ciekawy. Forma jest ważna, ale chyba nie zastąpi treści.

 

Paweł Łoziński - ur. 1965 r. Ukończył wydział reżyserii łódzkiej Szkoły Filmowej. Jego debiut - pełnometrażowy dokument "Miejsce urodzenia" (1992 r.) zdobył wiele prestiżowych nagród w kraju i za granicą. Pracował jako asystent Krzysztofa Kieślowskiego przy filmie "Trzy kolory: Biały". Zrealizował dla BFI polski odcinek serii "Sto lat kina" (wg pomysłu Kieślowskiego). Jest także autorem dokumentu "Sławomir Mrożek przedstawia" oraz telewizyjnego filmu fabularnego "Kratka". Ten ostatni film, prezentowany na festiwalu PFF w Gdyni w 1996 r., wyróżniony został nagrodą za najlepszy debiut.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: film godność kino dokument scenariusz fabuła kamera poczucie wstydu Arizona Ewa Borzęcka