Pekao
Opoka - Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Abp Józef Życiński

Logika ran

Wiadomość o śmierci Herberta dotarła do mnie, kiedy w ramach wakacyjnego porządkowania zaległych listów zabierałem się do podziękowania mu za nadesłany przed miesiącem egzemplarz "Epilogu burzy". Autor przysłał mi ten tomik, dziękując za mój wcześniejszy list. Informowałem w nim, że studenci ATK wymienili mi na pierwszym miejscu jego nazwisko, kiedy zapytałem ich podczas wykładu, kto z żyjących Polaków stanowi dla nich najwyższy autorytet moralny, jeśli ograniczymy uwagę do kręgu osób świeckich. Herbert z kolei w przysłanym "Epilogu burzy" zadedykował mi wiersz o szukającym św. Tomaszu Apostole, który w przedziwnej logice Chrystusowych ran odnajduje to, czego brakło logice racjonalnych uzasadnień. Odczytując w osobistej perspektywie tę pamiętną scenę Ewangelii, napisał:

Wskazujący palec Tomasza
prowadzi z góry ręka Mistrza.

Ręka Mistrza poprowadziła autora tych słów w świat nowego Sensu, gdzie nie ma już ani krzyczących ran, ani zwątpienia wyrażanego zmarszczeniem czoła. Mój nie napisany list włączyłem w tajemnicę Chrystusowych ran, ofiarując najbliższą Mszę świętą za poetę, który uczył nas świadectwa wielkiej godności, wolnej od roztkliwiania się nad własną samotnością czy bólem życia.

W perspektywie rozłąki wspominam z nową zadumą moje pierwsze, gimnazjalne fascynacje poezją Herberta. Uczyła ona samotnych wędrówek w świecie mówiącym "obcą mową" i ceniącym wyżej od łaciny "barbarzyński okrzyk trwogi". Uczyła gorzkiego realizmu w pejzażu rozczarowań i zdrad. Nie była to jednak gorycz pięknoduchów celebrujących osobiste frustracje. Nawet gorycz wśród łez odsłania u Herberta twarz godności i duchowego piękna. Jak w dedykowanym Elzenbergowi wierszu

"Do Marka Aurelego":

zdradzi cię wszechświat astronomia
rachunek gwiazd i mądrość traw
i twoja wielkość zbyt ogromna
i mój bezradny Marku płacz.

Uczył żyć w obliczu zdrady, bez pomnikowej stylizacji na niezłomnych, ale z poczuciem sensu i harmonii, które nie tracą piękna nawet w pejzażu z Judaszem przeliczającym srebrniki. Nauka ta nabierała szczególnej mocy w pamiętne dni stanu wojennego. Przygotowywałem wówczas numer "Znaku" poświęcony filozoficznemu świadectwu prawdy. Do dyskusji na ten temat zaprosiłem m.in. ks. prof. Mariana Jaworskiego, dzisiejszego arcybiskupa Lwowa, ks. prof. Tischnera, prof. Stróżewskiego, prof. Izydorę Dąmbską. Ta ostatnia przyniosła na nasze spotkanie ostatni list od Herberta z dedykowaną jej "Potęgą smaku". Przenosiliśmy się w przestrzenie duchowej wolności, słuchając o wnuczętach Aurory, które słał w teren samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce. Zastanawialiśmy się, jak długo jeszcze będą cieszyć się zinstytucjonalizowanym zachwytem: "parciana retoryka", "dialektyka oprawców", pojęcia jak cepy. Nie przewidywaliśmy, że tak szybko przeminie tamta epoka. Nie przewidywaliśmy jednak również wtedy, że po parcianej logice nadejdzie szybko okres świetności logiki salonów, której polityczna poprawność kieruje się wartościami zgoła innymi niż te z horyzontu Herberta. W nowych warunkach salonowy savoir vivre szybko zabronił kpić z leninowskich kurtek i wspominać o tym, że w pejzażu ze stanem wojennym działały także jakieś wnuczęta Aurory, nie zaś platoniczni patrioci kochający wyłącznie Ojczyznę, rogatywki i naród. Przy odrobinie wysiłku oprawca pojawiał się jako "życzliwy inaczej", zaś kontemplowanie urody koniunktiwu nigdy nie stało się atrakcyjnym zajęciem dla wpływowych środowisk ceniących rozgłos, pragmatykę i sukces.

W świecie przedziwnych układów i płaskich towarzyskich przepychanek Herbert mógł znów spotkać zaskakującą formę "barbarzyńskich okrzyków" i usłyszeć nową postać "obcej mowy". Do tego, że nie rozumiano jego klasycznej łaciny, zdążył się już przyzwyczaić wcześniej. Był przecież czas, kiedy pryncypialni ideologowie pisali mu przedwczesne nekrologi, informując o "wymierającym pokoleniu Herbertów i Słonimskich". Był czas, gdy w warszawskiej "Kulturze" Artur Sandauer karcił go jako "zachodniofila", nieczułego na urok polszczyzny. Podobną odpowiedzialność za słowo okazywali także początkujący krytycy, nazywając go "Stańczykiem polskiej poezji". Było jeszcze tyle innych oznak nowszych kompleksów środowisk, które nie potrafiły wyjść poza ciasne kapliczki wzajemnej adoracji. Ciasnota kapliczkowo-salonowych przestrzeni ułatwia długą pamięć i służy pogłębianiu kompleksów. Te ostatnie mogą z kolei służyć doskonaleniu techniki zadawania ran. Pan Cogito nigdy jednak nie bał się ran. Przy odpowiednim spojrzeniu mogą one przecież jednoczyć palec wątpiącego Tomasza i rękę Boskiego Mistrza w poszukiwaniu najgłębszego Sensu.

Spoglądając na całość życia w "Brewiarzu", pisanym w poczuciu bliskiej śmierci, odnotowywał ze smutkiem:

porwane akordy
źle zestawione kolory i słowa
jazgot dysonans
języki chaosu.

W tym samym wierszu wyrażał przed Bogiem tęsknotę za tym, "by skonać spokojnie u twoich nieodgadnionych kolan". Boże kolana, nawet jeśli nieodgadnione, kojarzą się z kolanami matki, na które drapie się dziecko powracające ze swoich pierwszych wypraw w świat. W perspektywie tego powrotu do matki mniej bolą rany i mniej groźnie wyglądają przyniesione siniaki.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: patriotyzm moralność etyka Herbert poeta łacina