Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Grażyna Borkowska

Nierozważna i nieromantyczna

W poezji Poświatowskiej miłość jest zasadą istnienia, funkcjonującą na różnych poziomach biologicznej organizacji, przez co upodobnia nas do innych form życia. Jest rytuałem; połączeniem indywidualnych potrzeb i ogólnych reguł istnienia; połączeniem dążenia prywatnego, intymnego z porządkiem uniwersalnym.

1. Historia choroby

Halina Poświatowska, z domu Myga, urodziła się w Częstochowie w roku 1935. Mygowie byli niezwykłą rodziną - kochającą się, oddaną sobie i piękną. Ojciec, wysoki i przystojny, nieprzeciętnej urody matka, trzy śliczne dziewczynki i beniaminek - Zbyszek. Elżunia umarła w dzieciństwie, Halina w ’45 roku zachorowała na anginę, która przerodziła się w zapalenie stawów i uszkodziła serce. Tak zaczął się dramat przyszłej poetki, historia jej choroby, pobyty w szpitalach, tygodnie spędzone w łóżku, wyjazdy do sanatoriów, ataki duszności, nerwowe załamania.

W Krakowie leczył Halinę profesor Julian Aleksandrowicz; z jego inicjatywy i przy pomocy wielu ludzi dobrej woli Polonia amerykańska zebrała pieniądze na wyjazd chorej do USA, na ratującą jej życie operację. Zabieg udał się, rekonwalescencja postępowała szybko, przed Haliną było kilka lat lepszego życia. Lżej oddychała, mogła chodzić, zwiedzać świat i pracować. Nie ukrywano jednak przed nią, że wada serca jest poważniejsza niż przypuszczano; że dolegliwości mogą wrócić.

Śpieszyła się więc. Chciała nadrobić stracony czas i zainwestować w siebie na przyszłość. Pokonując opór najbliższych i własne obawy, czy poradzi sobie z angielskim, którego właściwie nie znała, postanowiła uczyć się, tutaj, w Stanach. Skończyła z wyróżnieniem ekskluzywny Smith College. Później odrzuciła jednak stypendium umożliwiające podjęcie studiów i wróciła do Polski. Tak jak kiedyś zaskakująca była jej decyzja o pozostaniu w USA, tak samo teraz zaskoczyła wszystkich decyzją o powrocie.

Są w opublikowanych listach poetki szczątkowe informacje tłumaczące te wybory. Jakieś dwa lata po operacji Halina zaczęła odczuwać pierwsze symptomy pogorszenia. Zaczęły wracać duszności, osłabienie, obrzęki. Wracała z nikłą nadzieją na odzyskanie zdrowia. Deszczowe lato roku 1961 nie wpływało dobrze na jej samopoczucie. Była przygnębiona, smutna. Tęskniła za Nowym Jorkiem, za darowanymi jej latami względnego spokoju. Mimo tych kłopotów Halina skończyła studia filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim i dostała etat asystencki w Zakładzie Filozofii Przyrody. Wiązało się to z obowiązkiem prowadzenia zajęć ze studentami. Poświatowska umiarkowanie lubiła swoje dydaktyczne obowiązki. Z czasem zdała sobie sprawę, że przekracza to jej siły. Kiedy wiał halny, dusiła się. Otwierała szeroko okna i wdychając zimne powietrze ratowała się przed omdleniem.

Przez cały czas pisała, wyjeżdżała na wakacje, czasami dalekie i forsowne. W roku 1966 spędziła kilka jesiennych miesięcy na stypendium w Paryżu. Wyjazd ten był szaleństwem. Halina odczuwała ostre dolegliwości krążeniowe, nie mogła chodzić, całymi dniami leżała. Spotkany przypadkowo Roman Ingarden, promotor jej pracy magisterskiej, był przerażony stanem poetki. Nie skróciła jednak pobytu ani o jeden dzień, choć jak ognia bała się perspektywy leżenia we francuskim szpitalu.

Latem roku 1967 zapadła decyzja o drugiej operacji. Przeprowadzono ją w klinice w Warszawie w pierwszych dniach października. Halina żyła jeszcze tydzień po zabiegu.

2. Matka i córka

To, co uderza w biografii Haliny Poświatowskiej, to jej upór, brawurowa odwaga, szaleńcza zachłanność wobec życia. Naprawdę, mimo ciężkiej choroby żyła tak, jak chciała. Trudno powiedzieć, czy to choroba spotęgowała tę zachłanność, czy ów apetyt na życie był cechą pierwotną. Tak czy inaczej Halina nie rezygnowała z niczego, co sprawiało jej przyjemność: ani z pisania, ani z miłości, ani z romansów, ani z podróży, ani z nawijania włosów na papiloty, troski o urodę. Uważano, że zmiana trybu życia może przynieść chorej pewną ulgę, przedłużyć jej życie. Ale Halina nie prowadziła takich kalkulacji. Nie umiała żyć inaczej.

Ludzi to fascynowało i zarazem drażniło. Słysząc o chorobie Poświatowskiej, o zagrożeniu jej życia, spodziewali się zobaczyć osobę złamaną i naznaczoną cierpieniem. Spotykali tymczasem piękną kobietę o fascynującej twarzy z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, szarozielonymi oczami, inteligentną i błyskotliwą. Śmiała się głośno, zaczepnie, mówiła wysokim, ostrym głosem, odważnie nazywała swoje pragnienia i potrzeby. Nie pasowała do żadnych schematów. I była najwyraźniej oswojona ze swoją innością, tożsama ze swym losem, zmobilizowana wewnętrzną energią, prawie szczęśliwa.

W biografiach pisarki sporo mówi się o mężczyznach jej życia. Niektórzy, jak mąż poetki Adolf Poświatowski, Ireneusz Morawski, Jan Adamski, wymienieni są z imienia i nazwiska. Wiadomo jednak, że Poświatowska miała bardzo wielu bliskich znajomych, czasami przygodnych, czasami zupełnie nieudanych. Nie wnieśli do jej życia nic poza cierpieniem.

Stanowczo za mało pisze się o kimś, komu zawdzięczała bardzo dużo, kto niósł jej bezwarunkową pomoc, kto sam mógł fascynować otoczenie. Myślę o matce Haliny, Stanisławie Mygowej. W polskiej kulturze mamy zadziwiająco mało pozytywnych wzorów matczyności intymnej, zadziwiająco mało pozytywnych relacji matka - córka. Stosunek Stanisławy Mygowej do pięknej i utalentowanej córki był w istocie wyjątkowy. To zrozumiałe, że opiekowała się chorym dzieckiem. Subtelność i dalekosiężna mądrość tej opieki wykraczała już jednak poza stereotyp macierzyński. Matka rozumiała pomoc dosłownie, jako zastępowanie córki w tych działaniach, którym fizycznie nie umiała sprostać. Starała się np. o różne dokumenty wyjazdowe dla Haliny, choć nie była przekonana, czy np. wyjazd do Paryża jest dla niej korzystny. Wielką próbą miłości była decyzja córki o czasowym pozostaniu w Stanach. Matka użyła wówczas swoich nacisków, by wymóc decyzję o powrocie: "A ja piszę wielkimi literami - skarżyła się w liście do aktorki, Ludmiły Waluszewskiej - podkreślam, robię co mogę, zaczynam grozić nawet, tylko że to groch o ścianę. Zdaje się, że przestanę pisać, aby zmusić do zajmowania się swoimi interesami" (cyt. za książką Marioli Pryzwan). W końcu ustąpiła, tak jak ustępowała zawsze; ustąpiła ze słodko-gorzkim poczuciem klęski i triumfu. Była bezsilna, a to dowodziło siły Haliny, jej żywotności, umiłowania życia.

Stanisława Mygowa była także idealną powiernicą swej córki. Nie była zazdrosna o licznych adoratorów, nie była też zgorszona. Przyjmowała ich w swoim domu, rozumiała, że są ważnym elementem życia Haliny. Trudniej jej było zaakceptować ślub z chorym Adolfem Poświatowskim. Przekonana o twardym uporze i tym razem ustąpiła. Pielęgnowała swego zięcia. Przywiozła córce wiadomość o jego śmierci. Nie konkurowała z jej przyjaciółmi i kochankami. Była pewna swego miejsca w sercu Haliny, swego oddania, swego pierwszeństwa. Została z córką w Krakowie także w to ostatnie lato 1967 roku. Było dla odmiany upalne. Wszyscy rozjechali się na wakacje. Stanisława Mygowa spędzała je w klinice, przy łóżku córki. Pojechała z nią także do Warszawy. W przeddzień operacji Halina nie chciała nikogo widzieć poza matką. Były ze sobą w dwu najważniejszych chwilach - w momencie narodzin i śmierci.

3. Poezja

Zadziwiająco dużo zrobiła też Stanisława Mygowa dla poezji Haliny (i trzeba od razu dodać, że dzisiaj opiekę nad spuścizną Poświatowskiej przejęła jej siostra, Małgorzata Porębska, Margosia). Rozbudziła w córce chęć pisania, które początkowo spełniać miało funkcje czysto terapeutyczne. Z czasem, przekonana o talencie Haliny, zmieniła się w maszynistkę, agenta, posłańca. Pertraktowała z wydawnictwami, porządkowała zapiski, korespondencję, recenzje. Miała też wyjątkowe wyczucie stylu i formy. Jej rzucane w listach uwagi, że Halina pisze coraz lepiej, były bardzo ogólnym, ale ważnym i trafnym rozpoznaniem krytycznym.

Ponieważ w istocie Halina Poświatowska pisała z tomiku na tomik coraz lepiej. W "Hymnie bałwochwalczym" (1958) i w wierszach poprzedzających książkowy debiut poetka posługuje się po równi poetyką bezpośredniego wyznania i stylizacyjnym kostiumem. Pisze o sobie, ale pisze też o Heloizie, Berenice, Scheilii, Nefretete, Julii, Beatryx, Carmen, Aurelii, Otellu i Desdemonie, czarownicach prowadzonych na śmierć. Te wiersze pachną poetyckim konceptem, szlachetną sztucznością poezji napisanej przez oczytaną autorkę. W tym czasie rodzi się powoli typ wiersza stanowiącego znak rozpoznawczy poezji Poświatowskiej: strofa napisana w pierwszej osobie, rozpoczęta mocnym akcentem: jestem, piszę, pragnę, mówię, przynosząca dramatyczne wyznanie tęsknot miłosnych i egzystencjalnych niepokojów. Właściwym tłem dla tych wierszy nie są znaki kultury i atrybuty miejskości, ale swojski pejzaż lub jego elementy: krzak czeremchy, topola, rzeka, niebo, księżyc. Tym prostym zabiegiem Poświatowska osiąga efekt spotęgowanej ważności. Miłość rozgrywa się zawsze w wymiarze kosmicznym, pomiędzy niebem a ziemią, pośród spraw ostatecznych. Było to znacznie bardziej wymowne i dramatyczne niż stylizowany kostium bohaterek literackich i historycznych, który miłosne cierpienie zamykał w granicach historii ludzkiej.

Tymczasem w wierszach Poświatowskiej miłość, tak jak życie i śmierć, nie dotyczy tylko świata ludzkiego. Miłość jest zasadą istnienia, funkcjonującą na różnych poziomach biologicznej organizacji. Przez to miłość upodobnia nas do innych form życia. Często spotkać więc można w wierszach poetki wyznanie podobne do tego:

"w twoich doskonałych palcach
jestem tylko drżeniem
śpiewem liści
pod dotykiem twoich ciepłych ust"

("Hymn bałwochwalczy")

Nie jest to jednak, jak pisali krytycy, czysty biologizm czy somatyzm. Nie chodzi przecież o to, by pozbawić miłość duchowości. To odniesienie do drzew i liści jest innym sposobem uświęcenia Erosa. Uświęceniem bardziej pierwotnym niż wyniesienie duchowe. Uświęceniem rytualnym. W poezji Poświatowskiej miłość jest rytuałem; jest połączeniem indywidualnych potrzeb - owo "pragnę" - i ogólnych reguł istnienia; jest połączeniem dążenia prywatnego, intymnego z porządkiem uniwersalnym. Tym, jak się zdaje, rytualnym charakterem miłości można tłumaczyć częste w poezji Poświatowskiej sytuacje przyglądania się miłosnemu zbliżeniu, które oczywiście nie mają nic wspólnego z voyeryzmem:

"i szybciej niż płynie woda
wziąłeś moje ręce i skrępowałeś je
pocałunkami
a potem - była czeremcha
i czeremcha
patrzyła - " 

("Hymn bałwochwalczy")

Rytuał nie może spełniać się bez świadków. Rytuał miłosny jest aktem egzystencjalnej więzi ze światem przyrody. Zawsze przekracza granice doznania indywidualnego. Jest także aktem ofiarniczym, wyzwalającym uczucia o silnym natężeniu: ból i ekstazę.

W późniejszych tomikach poezji ("dzień dzisiejszy", 1963; "Oda do rąk", 1966; pośmiertny tom "jeszcze jedno wspomnienie", 1968) Poświatowska wydobywa podobieństwo miłości i śmierci. Oba akty egzystencjalne prowadzą w stronę pozaindywidualnego. Oba są przerażające w swej imperatywności, oba w jakimś sensie zagrażają podmiotowi, choć w różnym stopniu, oba są niechciane i upragnione. Oba się uzupełniają:

"ptaku mojego serca
z opuszczonymi skrzydłami
nie szarp się
nakarmię cię ziarnem śmierci
zaśniesz"

("jeszcze jedno wspomnienie")

Interesujący jest stosunek Poświatowskiej do innych poetek uprawiającym lirykę miłosną. Na ogół przeciwstawia się ją zarówno bardziej wystylizowanej Pawlikowskiej, jak i bardziej dosłownej Świrszczyńskiej. Wydaje się, że na podkreślenie zasługują także podobieństwa. Jest ich zadziwiająco wiele. Z Pawlikowską autorkę "Hymnu bałwochwalczego" łączy szukanie siły w pozaindywidualnym porządku przyrody i wynikająca stąd nieostateczność śmierci. Poświatowska wierzy, tak jak jej wielka poprzedniczka, że można:

"rozgarniając kwitnącą ziemię
odgrzebać kłącze pocałunków
jak kłącze traw"

("jeszcze jedno wspomnienie")

W duchu późnej Świrszczyńskiej brzmią takie wiersze jak ten, mówiący o erotycznym napięciu, niezależnym od spełnienia:

"nie wiem co kocham bardziej
ciebie czy tęsknotę za tobą
czy pocałunki czy pragnienie pocałunków"

("jeszcze jedno wspomnienie")

Trzeba jednak od razu dodać, że ten ostatni wiersz nie jest najbardziej typowy dla Poświatowskiej. Własną seksualność rozpoznaje poetka najczęściej jako potrzebę fizycznego kontaktu. Kochankowie pełnią funkcję muz, a ich ciała stają się przedmiotami najtkliwszych opisów męskiej urody w całej polskiej literaturze. "twoje biodra / zadowoliłyby smak estetyczny / rozkapryszonych księżniczek" - napisze poetka w jednym z wierszy.

Można zatem powiedzieć bez wielkiej przesady, że poezja Poświatowskiej łączy w sobie, mieszając we właściwych proporcjach, różne elementy kobiecej liryki miłosnej: zauważalne nie tylko w poezji Pawlikowskiej, ale także w wierszach Szymborskiej wyjście poza antropocentryzm, bliską Świrszczyńskiej kreatywność kobiecego erotyzmu, który nie zawsze dąży do spełnienia fizycznego, czasami zamienia się w poezję, w wiersz - okręt, płynący po niezmierzonym oceanie słów:

"zamknięta w łupinie drewna
jestem cudownie wolna
nie kocham nikogo
i niczego"

("Oda do rąk")

Poświatowska posługuje się tymi elementami, niektóre z nich współtworzy. Krańcowo niesentymentalna, a nawet nieromantyczna wprowadza do poezji polskiej nowy element - motyw ciała zrytualizowanego, uświęconego w misterium miłości i umierania.

4. Po latach

Wiersze Haliny Poświatowskiej wznawiano kilkakrotnie w różnych wyborach i antologiach. Cieszyły się i cieszą niezmienną popularnością. Spora jest także lista prac poświęconych poetce. Wyróżniają się tutaj trzy monografie: Małgorzaty Szułczyńskiej "Nie popełniłam zdrady", 1990; Jana Pieszczachowicza "Walka z niebytem", 1992; oraz Izoldy Kiec "Halina Poświatowska", 1997. Sporo interesujących informacji biograficznych przynosi też książka Marioli Pryzwan "ja minę, ty miniesz...", 1994. Wszystkie te prace, wyjąwszy może książkę Pieszczachowicza, ograniczoną do opisu świata poetyckiego, cechuje pewna nieumiejętność rozdzielenia biografii i twórczości. Pieczołowicie gromadzona wiedza o życiu poetki przysłania często rzeczywistą skalę jej talentu, autonomię poetyckich dokonań. Ta biografia zobowiązuje, jeśli nawet zdrowy rozsądek podpowiada, że nie zawsze śmiertelnie chorzy piszą piękne wiersze. Dlatego często w krytycznych pracach pojawia się mniej lub bardziej jasno wyrażona sugestia, że to przyspieszony rytm życia wyznaczał wielkość sztuki, że to obecność konkretnego mężczyzny, ambitnego literata Ireneusza Morawskiego, skłoniła Poświatowską do napisania wspaniałej "Opowieści dla przyjaciela", że poetka pięknie pisała, bo cierpiała. Nie jest to zwykły błąd w sztuce, ale niefortunne zmieszanie różnych postaw krytycznych: empatii i dystansu.

W tych sformułowaniach kryje się także niewiedza. Żadna z autorek, mimo budzących szacunek starań, nie dysponowała pełną informacją biograficzną, żadna nie miała dostępu do pełnego korpusu tekstów, listów, wspomnień. Wszystkie zaś w - kierowanym do rodziny - geście wdzięczności za okazaną pomoc podejmowały dyskretne milczenie w sprawach drażliwych, intymnych, spornych.

Dlatego 4-tomowa edycja dorobku literackiego Poświatowskiej jest tak ważna. Teksty literackie są prawie w komplecie. Chociaż nie wszyscy adresaci zgodzili się na publikację listów Poświatowskiej, zamieszczona korespondencja dość przekonująco pokazuje talent epistolarny poetki. Halina Poświatowska należała do mistrzów tego gatunku. Równie świetna jest eseistyka pisarki, reportaż, proza. Publikacja Wydawnictwa Literackiego przychodzi w szczególnym momencie. Nie przewartościowuje legendy. Otwiera natomiast, w znacznie większym stopniu niż inne cząstkowe publikacje, na wielogatunkową, wybitną twórczość.

Halina Poświatowska, "Dzieła", t. 1 i 2: Poezja. Wstęp A. Nasiłowska. Redakcja i nota wydawcy M. Rola. Wydawnictwo Literackie Kraków 1997; t. 3: Proza. Redakcja i nota wydawcy M. Rola. Kraków 1998; t. 4: Listy. Redakcja M. Rola i B. Górska. Współpraca M. Porębska. Tłum. z angielskiego listów do Caroline Karpinski M. Peretz. Kraków 1998.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć życie poezja choroba miłość seksualność Halina Poświatowska szpital wada serca Adolf Poświatowski Ireneusz Morawski Jan Adamski Stanisława Mygowa Eros