Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Bartłomiej Dobroczyński

"RZECZ ROCKOWA" KONTRA "RZECZ MYŚLĄCA"?

Spory – polemiki

Schlebianie popularnym gustom w imię politycznej poprawności jest niezbyt szlachetnym postępkiem, ale szydercze obśmiewanie tychże gustów oraz przyrównywanie twórców mało wyrafinowanej sztuki do małp – niewiele bardziej na miano szlachetności zasługuje.

Kompetentne, a zarazem dobrze napisane teksty poświęcone muzyce są równie rzadkie jak jednorożce, nic zatem dziwnego, że tryptyk Stefana Riegera "Łabędzi śpiew muzyki" ("TP" nr 1, 3, 8/99) wzbudził moje gorące zainteresowanie. Z jego autorem łączy mnie przekonanie, że muzyka jest najważniejszą rzeczą na świecie. Czy to w tunice dionizyjskiego szału, czy też spowita w chiton apollińskiej powściągliwości – muzyka Absolutem jest i basta. Albo, przynajmniej, Absolutowi najbliższa. Mistrz Eckhart twierdził, że w niebie bardziej uszczęśliwi nas to, co będziemy słyszeli, niż to, co ujrzymy. Poza tą piękną wiarą, dzieli nas jednak z twórcą "Łabędziego śpiewu muzyki" bardzo wiele. Przede wszystkim stosunek do skromnej sztuki rock-and-rolla.

subtelne, a nieuprzedzone umysły

Z prawdziwym rockiem (mówię: prawdziwym, bo istnieją liczne podróbki) jest trochę tak, jak z egzotyczną pięknością, dziką i władczą, a do tego biegłą w arkanach wiedzy tajemnej: jednych mężczyzn pociąga i kusi, bo powab jej nieodparty, niczym poematów Dżelalad din-Rumiego, inni jednak – boją się boginki śmiertelnie. Rozgłaszają więc, że jest ona zła i brzydka, a do tego na każdym kroku wypominają jej niskie pochodzenie. No i twierdzą, że szkodzi roślinom...

Stosunkowo łatwo jednak wykazać, że – o horribile dictu! – istnieją subtelne, a nieuprzedzone umysły, które potrafią docenić jej dzikie wdzięki. Ryszard Przybylski, autor "Cienia jaskółki", jednej z najlepszych książek o Chopinie, oraz członek Sekretnej Loży Czcicieli Monteverdiego – tak pisał: "Wielki Rock był niezwykłym i oryginalnym stylem muzycznym, równie twórczym jak stile reppresentativo, barok, klasycyzm wiedeński, romantyzm, jazz (...), dodekafonia czy »muzyka awangardowa« drugiej połowy XX wieku". I dalej: "wbrew temu, co się na ogół sądzi – podtrzymywał indywidualną godność, chociaż gromadził tłumy; nasycał czułością do bliźniego, chociaż czasem był szalony, szydliwy, obłędny. (...) Była to muzyka ludzi, którzy odrzucili zgodę na manipulację ideami i uczuciami. Dlatego establishment polityczny, religijny i obyczajowy musiał ją zepchnąć w odmęt komercjalnego draństwa. Zakłamać i zneutralizować. Niewiele to pomogło, zostały bowiem nagrania, które są granatami z opóźnionym zapłonem".

Stefan Kisielewski udał się w swoim czasie na koncert rock-and-rollowy, gdzie w pomieszaniu i zdumieniu poddał się afrykańskiej magii: "Wiadomo było, że szykuje się jakiś skandal. Istotnie, gdy na estradę wkroczyło pięciu dryblasów o rozmyślnie idiotycznych minach z instrumentami w rękach, gdy podrygując w takt rockowej brutalnej sekcji rytmicznej ryczeć jęli baranimi głosami, szkicowo podtańcowując, względnie podgrywając na puzonie lub gigantycznie wzmocnionej elektrycznej gitarze, powitał ich wzmagający się ryk protestu i fala tupania, przechodząca przez salę jak grzmot. Wiele co starszych osób wyszło, plując za siebie. Tak trwało pół godziny. Po czym nagle stwierdziłem, że wszyscy nadal tupią, ale tupią jednakowo, jak jeden mąż do rytmu muzyki, że ja również tupię, aż sobie nogę odbiłem, że w dodatku walę rytmicznie po ramionach jakiegoś faceta siedzącego przede mną, a jakiś facet za mną robi to samo z moimi ramionami, że od czasu do czasu ryczę jak krowa i podrywam się z miejsca. Jednocześnie zrozumiałem, że jestem olśniony i przeżywam cuda, że kocham ten tłum, a tłum kocha mnie, że wszyscy razem, pod przewodem dryblasów z estrady, uczestniczymy w nie mającym sobie równych, jednoczącym nas wszystkich i porywającym misterium".

Nieoceniony znawca muzyki współczesnej, Nicolas Slonimsky, który dokonał transkrypcji twórczości Strawińskiego na metrum 4/4 – z pożytkiem dla rzesz dyrygentów – ostrzegał ferujących pochopne wyroki: "nie wolno lekceważyć ludzi praktykujących muzykę rock-and-rollową. Może nas i ogłuszają, lecz zdecydowanie posiadają owo je ne sais quoi, co sprawia, że tłumy ludzi tratują się nawzajem, by usłyszeć ich śpiew".

wróg jest wszędzie

Jak widać autorytety znajdują się po obu stronach barykady. Wprawdzie Carl Dahlhaus wybrzydza i Pablo Casals się krzywi, ale za to Zubin Mehta i Pierre Boulez dyrygują utworami Franka Zappy, a Kronos Quartet czy Nigel Kennedy grają kawałki Jimi Hendrixa w jak najbardziej rockowy i obłąkany sposób. Czy możemy wyrokować, którzy z nich mają bardziej bezpośredni dostęp do Platońskiego Świata Idei?

Jednak nie o to chodzi, kto jakiej muzyki woli słuchać. Jak długo bowiem nie szkodzi on tym innym, nie terroryzuje ich i nie ogłusza – jest to jego prywatna sprawa. Idzie raczej o to, co z tego wynika, że ktoś słucha takiego a nie innego ucieleśnienia piękna, prawdy i dobra. Przecież, podobno, muzyka to "podstawowy element edukacji", który "uczy nas, jak chodzić, jak się ruszać, jak nie wpadać na kredens zastawiony porcelaną i nie nadeptywać na odciski starszej pani"...

Tu zaczynają się schody... Mimo tego, że właśnie rock odbierany jest jako inkarnacja agresji i toporności, najbardziej zjadliwe i nie znoszące sprzeciwu (a równocześnie zadziwiająco powierzchowne) opinie estetyczne wychodzą spod piór miłośników muzyki klasycznej. Stanowczo nie jestem wielbicielem twórczości Zbigniewa Preisnera czy Paula McCartneya, nie przyszłoby mi jednak do głowy, żeby z tego powodu twierdzić, iż "z chwilą gdy małpa nauczy się rozłupywać orzech kamieniem, jest wirtualnie zdolna (...) do napisania oratorium Preisnera". Rozumiem, że to ma być tylko "zręczna" figura stylistyczna – której pogardliwą wymowę osładza epitet "wirtualnie" – ale jej obecność jest znacząca. Użycie tego typu sformułowań znacznie wykracza poza granice "aksjologicznej obrony koniecznej". Nie widzę też potrzeby rozgłaszania, że np. McCartney to muzyk nie pierwszorzędny ("gracie w trzeciej lidze") – bo ligi, zestawienia i rankingi są domeną "Brava" czy "Popcornu" i sprowadzenie dyskusji estetycznej w te obszary nie wróży zazwyczaj niczego dobrego. Nie odważyłbym się także określać jakiejkolwiek muzyki mianem "jazgotu, namiastki i szwindlu, zużytego oleju do konserwowania szprotek" – lub, co gorsza, mówić o niej w kategoriach "Rozpoznajmy wroga. Zadanie to ambitne, niemal ponad siły, gdyż wróg jest wszędzie". Miriady ludzi próbuje pisać muzykę opartą na tonice, dominancie i subdominancie, ale tylko nielicznym udaje się zaistnieć w świadomości słuchaczy na nieco dłużej. To także sztuka stworzyć zwykły popularny szlagier czy – dlaczego nie? – dobry kawałek techno. I nie widzę powodu, żeby okazywać temu lekceważenie. Chyba, że się nie znosi tych wszystkich "brzydkich ludzi", ale to jest wtedy historia osobistego resentymentu, a nie wołanie o edukację muzyczną. Nie przyszłoby mi wreszcie do głowy, żeby jako remedium na to, iż "świat w 90 procentach składa się z głuchych" – proponować wychowanie muzyczne, którego integralną częścią ma być zalecenie: "głaszcząc z włosem brać za pysk". Nie robiłbym też zarzutu Arvo Partowi czy Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu – których muzykę uwielbiam – z tego, że "listy przebojów, pomieszanie kryteriów, finansowe dywidendy z nieco podejrzanego przedsięwzięcia – nawet ich stawiają w dwuznacznej sytuacji". Zakrawa to na przewrotną aberrację, szczególnie, jeśli się te uwagi czyta chwilę po tym, jak ich autor chełpił się, iż Chopin jest słuchany dosłownie przez wszystkich (tak na marginesie: chyba raczej Michael Jackson?).

szyderstwa i natchnione moralizowanie

Czyżby miało się zatem okazać, że "prawdziwy rock" bywa o wiele bardziej dobrotliwy od "prawdziwej sztuki"? Uczy bowiem szacunku dla drugiego człowieka, ba, nawet zwykłej uprzejmości. Rocker Tuli Kupferberg, członek legendarnej grupy The Fugs, powiedział: "Zasada jest jedna: nie brać bezrefleksyjnie tego, co ci dają, nie kierować się w życiu kramarską racjonalnością, być kochającym, skłonnym do pomocy innym, uprzejmym... Tak, to podstawowa rzecz: uprzejmość". Natomiast "emocjonalna aura", w której zanurzony jest "Łabędzi śpiew muzyki" pozostawia gorzki posmak żółci. Odnoszę wrażenie, iż autor tryptyku – pod szyldem wysublimowanego estetyzmu i duchowych wtajemniczeń – skrywa pogardę dla "niedouczonego motłochu" i (zapewne uzasadnione) poczucie intelektualnej wyższości. Jeśli jednak wyłącznie takim głosem potrafi przemawiać do swych adwersarzy tradycja helleńsko-rzymska, judeo-chrześcijański personalizm oraz piękno, prawda i dobro – to, przyznam, nie zdziwię się, jeśli coraz więcej ludzi ograniczy swój respons do słynnej frazy jednego z bohaterów opowiadań Melville’a: "wolałbym nie". Może schlebianie popularnym gustom w imię politycznej poprawności jest niezbyt szlachetnym postępkiem, ale szydercze obśmiewanie tychże gustów oraz przyrównywanie twórców mało wyrafinowanej sztuki do małp – niewiele bardziej na miano szlachetności zasługuje.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego miłość do Gabrielego, Moralesa czy Messiaena nie jest powszechna. Od pewnego czasu myślę jednak, że odpowiedź jest stosunkowo prosta: żeby pokochać tak subtelną muzykę, trzeba się najpierw sporo o niej dowiedzieć. Zaś ci, którzy mogliby być nauczycielami – bo tę muzykę znają i kochają – nazbyt często stosują "politykę upokarzania", jako punkt wyjścia do zaplanowanego wobec maluczkich "procesu reedukacyjnego". Sam goły fakt, iż Bach, Schubert czy Chopin rzeczywiście "wielkimi kompozytorami byli" jakoś zupełnie ich nie satysfakcjonuje – oni muszą jeszcze wykreować licznych pokonanych. No i obwieścić wszem i wobec, że duszę każdego, kto myśli inaczej – spowija śmierdzący kokon, na który po równi składają się bezguście i zła wola. Rozumiem oczywiście, że w obliczu epidemii niezbyt wyrafinowanych idiomów muzycznych, obrońcy kultury wysokiej odczuwają dojmującą potrzebę restytucji obiektywnej hierarchii wartości. Staję jednak oniemiały w obliczu obieranej przez nich taktyki. Obawiam się, że wbrew szlachetnym intencjom przyspieszy ona tylko klęskę Prawdziwej Sztuki: niewiele da się bowiem dzisiaj osiągnąć przez protekcjonalny ton, szyderstwa i natchnione moralizowanie. Oczywiście, zawsze można sobie ponarzekać i ze łzą w oku wspominać przeszłe epoki, kiedy to wszystko wydawało się proste, "maluczcy" znali swoje miejsce w szeregu, a co ważniejsze, nie wynaleziono jeszcze elektrycznej gitary. Można też – wzywając na świadków dobre bogi – zastanawiać się, dlaczego minął wiek złoty. Chyba jednak nie tędy droga. Eklezjastes poucza: "Nie mów: »Jak to się dzieje, że dawne dni były lepsze niż obecne?« – Bo nieroztropnie o to się pytasz".


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny 9/1999

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: muzyka rock Stefan Kisielewski Nicolas Slonimsky Zbigniewa Preisner Paula McCartney
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W