Pekao
Opoka - Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

"Tygodnik Powszechny" nr 27/2009


Łukasz Musiał

NIEDOKOŃCZONY PROJEKT

Było w nim coś potwornie smutnego, (...) myślę, że to najsmutniejsza istota ludzka, jaką kiedykolwiek spotkałem w życiu, i słowo »smutek« wydaje mi się bardzo słabe: powinienem raczej powiedzieć, że było w nim coś zniszczonego, coś całkowicie zdewastowanego”. Słowa te nie odnoszą się bynajmniej do Michaela Jacksona, lecz do jednego z głównych bohaterów powieści „Cząstki elementarne” Michela Houellebecqua. Jednak każdy, kto ma w pamięci zmieniające się oblicze zmarłego pop-króla, musi się zgodzić, że jeśli cokolwiek ono sobą wyrażało, to właśnie przede wszystkim smutek.

Skurcz mięśni

Kolejne wersje twarzy Jacksona żadną miarą nie były piękne. Najstarsi pamiętają jeszcze z lat 60. i 70. małego, czekoladowego murzynka o szerokim nosie i fryzurze afro. Słodki, czysty głos, wdzięczne ruchy dziecka, naturalność — choć tu i ówdzie wyzierała już maniera. Lecz w oczach małego Michaela nie gościł jeszcze cień.

I nagle cięcie: lata 80. Z tą twarzą coś się dzieje. Zaczyna tracić kolor, skóra wyraźnie jaśnieje. Zmienia się owal ust, kształt nosa, rysunek oczu. Ciało wprawdzie nie traci wigoru, a nawet przeciwnie, zda się, że rozsadza je jeszcze więcej energii niż dotąd, jednak taneczne kompozycje króla nowej epoki muzyki rozrywkowej zaczynają przypominać ruchy robota. Gwałtowne, gniewne, jak gdyby kanciaste, choć jest to kanciastość podskórna — wszyscy wszak mamy w pamięci zjawiskową płynność Jacksonowego moonwalk. Można oczywiście powiedzieć, że owa gwałtowność i gniew były obliczone na medialny efekt. Ale czy jest wyłącznie rzeczą przypadku, że trzy kolejne, najsłynniejsze albumy Jacksona nosiły nader zbliżone w swej wymowie tytuły — „Thriller” (1982), „Bad” (1987) i „Dangerous” (1991)?

Na swoich ówczesnych teledyskach — które, nawiasem mówiąc, właśnie dzięki niemu stały się w latach 80. odrębnym rodzajem sztuki — król Michael tańczy bez mała tak, jak gdyby chciał kogoś zabić. Obrót, gwałtowne zatrzymanie się, błyskawiczny wymach nogą, zsunięcie kurtki, skurcz mięśni twarzy. Tak, już wtedy Jackson toczył jakąś wojnę, choć większość z nas skłonna była uznać jego zachowanie za dziwactwa zblazowanego gwiazdora.

Wojna z twarzą

Od początku lat 90. Jackson stopniowo osuwał się w sferę pretensjonalnego kiczu, tak się przynajmniej zdawało. Jego nowe piosenki nie porywały. Mnożyły się spekulacje na temat lekomanii piosenkarza, jego problemów z kobietami i osobliwych ciągot ku dzieciom. Najgorsze jednak działo się z tą twarzą: chorobliwie blada skóra, nienaturalnie ostry nos, pomalowane czerwoną szminką usta, oczy schowane za wielkimi, czarnymi okularami. Twarz drażniąca, odpychająca, ba, wręcz odrażająca. Z trudem można było dostrzec na niej uczucia, jak gdyby Jackson z uporem szaleńca zmazywał z niej wszelkie ludzkie ślady. To była wojna, bez wątpienia. Wojna z własną twarzą, z własnym ciałem, własną physis.

Jaki był jej ostateczny cel, nie do końca wiadomo. Patosu w niej było niewiele, więcej z operetki lub co najwyżej opery mydlanej. Czy Jackson chciał, jak mówili niektórzy, upodobnić się do Diany Ross? Czy może, jak mówili inni, nazywając go współczesnym Piotrusiem Panem, pozostać wiecznym dzieckiem? Jakkolwiek by się rzeczy miały, to, co z biegiem lat powstało z człowieka zwanego Michaelem Jacksonem, Michaela Jacksona przypominało jedynie w niewielkim stopniu. To „coś” było raczej jakimś monstrualnym work in progress, upiornym projektem biologicznym, 25 czerwca 2009 r. urwanym być może dopiero w pół drogi. Czymś między istotą ludzką a cyborgiem, mężczyzną a kobietą, dzieckiem a dorosłym, hetero- a homoseksualistą, białym a czarnym. W pewnym sensie Jackson zmierzał ku wyznaczonemu przez siebie ideałowi piękna, takiego, które zdoła się oprzeć czasowi.

Nowy, lepszy człowiek

„Ideał piękna, takiego, które zdoła się oprzeć czasowi” — to oczywiście w skrócie program najbardziej podejrzanego projektu wszech czasów — eugeniki. Zdyskredytowana przez narodowy socjalizm i Shoah, początki miała całkiem niewinne. Był to system poglądów głoszący możliwość doskonalenia człowieka dzięki stworzeniu warunków umożliwiających rozwój jego cech dodatnich, zaś uniemożliwiających dziedziczenie ujemnych. I tyle.

Nic innego nie miał na myśli choćby Platon, gdy pisał o działalności państwowej, która tka „tkaninę”, przeplatając charaktery mężne i rozważne: „Umiejętność królewska zaprzyjaźnia je, harmonizuje i doprowadza do współżycia, a współtworzywszy tkaninę najwspanialszą i najlepszą ze wszystkich tkanin, obejmuje tę swoją plecionkę i zespala wszystkich ludzi w państwach: niewolników i wolnych”.

Jeśli te słowa przywodzą komuś na myśl program nowożytnego humanizmu, ma rację. W kontrowersyjnym eseju „Reguły dla ludzkiego zwierzyńca” Peter Sloterdijk niedwuznacznie sugeruje, że humanizm i eugenika wyrastają z jednego korzenia, a jest nim proste i dobrze nam wszystkim znane marzenie o nowym, lepszym człowieku. Ów nowy, lepszy człowiek powstanie wtedy, gdy wszyscy poddamy się projektowi „poskramiająco-tresująco-wychowawczemu”, który odbierze nam naszą pierwotną „dzikość”, a tym samym postawi w bezpiecznej odległości od królestwa natury. Bo to w niej, jak wiemy, króluje niepodzielnie cierpienie i śmierć. Odwołując się do modnego dziś pojęcia rozpowszechnionego przez Giorgio Agambena, można by śmiało rzec, że chodzi tutaj w istocie o sięgający samego rdzenia kultury zachodniej projekt biopolityczny, o to, by „wziąć się w garść”, poddać się systematycznej samohodowli.

Nieśmiertelność

To projekt stary jak świat, w rzeczy samej. Nie zdołała go zdyskredytować nawet bestialska lekcja XX-wiecznej historii. Co najwyżej zmieniły się nazwy: nie ma już słowa o eugenice. Mówi się za to o ustawicznym kształceniu, o ekologicznym żywieniu; o suplementach diety; o fitnesie; o botoksie; o permanentnym makijażu; o operacjach plastycznych.

Na te ostatnie może sobie pozwolić niewielu. Lecz uboższa reszta również ma do wyboru kilka niezłych wyjść, choćby stosowanie przeróżnych „pachnideł” (kremów, dezodorantów, perfum) czy regularne poddawanie się torturom depilacji. Zwłaszcza ten ostatni zabieg należy uznać za przypadek w dziejach eugeniki bez mała egzemplaryczny. Bo czymże jest obsesja na punkcie usuwania z ciała niemal wszystkich włosów, jak nie próbą zapomnienia, że jesteśmy częścią natury i że nas również czeka śmierć? Wszak z największą gwałtownością usuwa się włosy z tych organów, które przypominają nam o naszym zwierzęcym pochodzeniu...

Wszystkie te działania, na wielką skalę i na małą, świadczą wyłącznie o jednym. Że człowiek nie porzucił marzenia o doskonaleniu siebie. Doskonalimy się na potęgę, wszyscy i cały czas, choć najczęściej bezwiednie. Nie ma w tym zresztą nic złego, w gruncie rzeczy każdy chciałby przecież zyskać życie wieczne, czyli tak mocno „wziąć się w garść”, by oddalić od siebie to, co nieuchronne. O sile tego marzenia świadczy ostatnio — na innej płaszczyźnie — popularność powieści przywołanego już wyżej Houellebecqua. W „Cząstkach elementarnych” i „Możliwości wyspy” dał on wyraz trudnej — ale jednak — wiary w to, że ludzkość pozbędzie się w końcu, za sprawą klonowania, swego największego wroga — śmierci. Powstanie nowy gatunek, postludzki, pozbawiony płci i nieśmiertelny. Nie będzie cierpienia, nie będzie troski o przyszłość, świat przestanie być zimny. Będzie „gładki, jednorodny i ciepły jak pierś kobiety” („Cząstki elementarne”, przeł. Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska).

***

Patrząc na wielokrotne cielesne przemiany Michaela Jacksona, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ów smutny człowiek bez reszty oddał się realizacji utopijnego projektu, który miał go zaprowadzić dalej niż kogokolwiek przedtem. Że zaordynował sobie bezlitosny program eugeniczny, pragnąc stać się przykładem zadziwiającej ewolucji w skali mikro, której zakres nie obejmowałby już całych tysiącleci i setek pokoleń, ale ograniczałby się do jednego życia i jednego człowieka. „Beat it, no one wants to be defeated”. „Zwalcz to” — śpiewał Jackson w słynnej piosence z roku 1983 — „nikt nie chce być pokonany”.

Pamiętam, wszyscy śmialiśmy się później z tej komiksowej walki Jacksona. 25 czerwca odpowiedziało nam jego ostatnie spojrzenie: „upokorzone i smutne spojrzenie chorego zwierzęcia, które oddala się od sfory, opiera głowę na łapach i cicho wzdycha, ponieważ wie, że jest dotknięte chorobą i nie może oczekiwać od swoich braci litości” (Michel Houllebecq, „Możliwość wyspy”, przeł. Ewa Wieleżyńska). 

Łukasz Musiał jest adiunktem w Instytucie Filologii Germańskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz członkiem zespołu Pracowni Pytań Granicznych na tej uczelni.


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć choroba smutek murzyn czarny Michael Jackson showbiznes król pop operacje plastyczne