Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jędrzej Morawiecki

Pamięć do twarzy

We wrocławskim Arsenale otwarto wystawę "Winni? Niewinni?"

Paski! Dlaczego są paski?! Dlaczego mają zasłonięte twarze? "Winni? Niewinni?". Winni są po prawej. Z zasłoniętymi oczami. Kto zasłonił? Cenzura! W telewizji pokazali trzaskającego drzwiami. Trzaskał ten, który jest po prawej. Dziennikarze kolejny dzień piszą o czarnych paskach. Organizatorzy wystawy zaczynają się niepokoić, bo chcieli, żeby mówić, ale nie tak. Chcieli zmusić do myślenia. Nie wyszło.

I

Wrocławski Arsenał zapełnia się tłumem dziennikarzy, polityków, ludzi kultury, wreszcie kombatantów, represjonowanych - tych, do których ekspozycja jest adresowana przede wszystkim. Zwiedzający pośrodku. Po lewej ofiary, więźniowie polityczni, straceni we Wrocławiu po wojnie. Po prawej sędziowie i prokuratorzy wojskowi. Mają zasłonięte oczy. Organizatorzy twierdzą, że musieli podporządkować się wymogom ustawy o ochronie danych osobowych. Innego zdania są niektórzy prawnicy, którzy uważają, że komisja źle zinterpretowała przepisy i że twarze można było pokazać.

Krzysztof Szwagrzyk, historyk, współorganizator, mówi, że wystawa nie miała być ekspozycją o paskach. Że media zainteresowały się tylko sensacją. A to miała być wystawa o tych, którzy skazywali i o tych, którzy byli skazywani. Wystawa o tamtych czasach.

II

Zbigniew Lazarowicz:

1947 rok. Stałem na pętli siódemki, na Karłowicach.

Nagle zobaczyłem dwóch ludzi. Obserwowali mnie. Przeszedłem na przystanek autobusowy. Poszli, krok w krok, stanęli za wiatą. Trzeba znów wrócić na tramwajowy. Oni za mną. Na coś czekają. Ojca przez cały czas nie ma, miał przyjść. Coś się stało. Wreszcie ruszył tramwaj, po zewnętrznej, wyskoczył wypluty z żelaznej pętli. Pomyślałem, że wejdę w ostatniej chwili, że złapię się pomostu, zacząłem biec za wagonem. Myśl zupełnie bezsensowna, naiwna. Ale coś przecież musiałem zrobić. Wskoczyłem. Oni za mną. Było już czterech, wcześniej nie zauważyłem. Dwóch na moim pomoście, dwóch na przeciwnym. Podeszli, wzięli pod ręce. "Jesteśmy z Bezpieczeństwa, panie Lazarowicz. Niech pan nie próbuje uciekać". "Nie jestem Lazarowicz". "A jak? Wolański?" "Nie jestem Wolański". "No to Kowalski". Milczenie. Dowód miałem wystawiony na Kowalskiego. Znali wszystkie nazwiska. Tramwaj znów zgrzytał, brał z drżeniem zakręt, nabierał prędkości. Zakręciło mi się w głowie, wszystko zaczęło wirować. Stuk kół, szyny, szyba w zaciekach, oni wokół mnie, ciasno, trzymają pod ręce, poczułem zamęt, strach, że będą bić, pytać o ojca, torturować, że to koniec. Będą lać, trzeba milczeć, zakatują na śmierć. To jedyne wyjście. Tak zrobił jeden z naszych na Gestapo, nie trwało tak długo, nie wydał, umarł szybko, prosto. Ja też tak zrobię. Byle nie wydać taty. Wyprowadzili mnie z tramwaju, wsadzili do czarnego citroëna, zawieźli. Potem było biuro, herbata, stukot maszyny, trzy dni pisania życiorysów. Za ścianą krzyk, nie wiadomo kto, płacz, uuuu, uderzenia, uuuuu, przeciągle, coraz głośniej, do biura wpadł ten z Warszawy, krzyczał, żeby przestali, że nie tutaj, żeby bili gdzie indziej. Potem spojrzał na mnie. "Myśli pan, że będziemy torturować, bić, ściągać paznokcie? Niech się pan nie boi. Nic nie będzie. Zresztą... Zaraz się pan zobaczy z ojcem".

Świat runął.

Ryszard Szczerkowski:

W Korei była wojna. W ZSRR był Stalin. Ja byłem na ulicy. A zaraz potem w knajpie, z kolegą z lasu. Spotkanie po latach. Ćwiartka wódki, cerata na stole, wokół gwar. Przed nami bar. Za nami młodzi, gimnazjaliści. Przysiedli się. Pytali, ja odpowiadałem. Zacząłem mówić, coraz więcej, taką już miałem słabość. Chciałem uświadamiać. Że źle, że wroga rzeczywistość, że zdrajcy, że komuna, że niedługo padnie. Chciałem wytłumaczyć. Musztardówka, cerata, musztardówka, wokół głosy, muzyka, za oknem ciągle ta sama ulica. Nagle oni z odznaką. "Pan wie, co to jest?" Nie wiedziałem. "Odznaka przyjaźni polsko-radzieckiej". "O ty skur...". Wstałem, za ceratę, do góry, za fraki, krzyk, wyrwałem odznakę razem z klapą, rzuciłem na podium orkiestry. Zrobił się szum. Po chwili byłem już na UB.

Ruta Czaplińska:

Czekał na mnie na chodniku. Wiedziałam, że będzie, wspominał mi o nim brat. Podobno od Henryka, miał coś przekazać. Podeszłam, ruszyliśmy, przez bramę, przez podwórko. Klatka schodowa, potem moje mieszkanie, służbowe, kuchnia, dalej trzy pokoje. Słońce, przeciąg. "To pani pokoik?" Coś mnie tknęło. Powiedziałam, że nie. Poprowadziłam go dalej. "Słucham pana". Wyciągnął z kieszeni legitymację. "Jest pani aresztowana". Poczułam się bardzo dziwnie. Jakąś duszność, zamknięcie, napór ścian. "Dobrze, to ja..." Nie wiedziałam, co robić. Jak się zachować. Nie mówili nam nic o drugiej stronie. Do tej pory mam to za złe naszym organizacjom i Londynowi. Kolega powtarzał: "Oni są, głupi, strasznie głupi. Wystarczy powtarzać w kółko to samo i wszystko będzie dobrze". Wcale tacy głupi nie byli. Koperta, pomyślałam o kopercie. "Dobrze, to ja... Nic dzisiaj nie jadłam, nawet śniadania, napiję się chociaż herbaty". Przeszłam do kuchni, chyba nic nie mogłam przełknąć, nie pamiętam. Zaczęłam skręcać kulki, kwity spadały bezgłośnie do skrzyni z węglem, miarowo, monotonnie, w milczeniu. I nagle dzwonek. On poszedł otwierać, przecież był tylko jeden. Ja wtedy pędem do ostatniego pokoju, wrzuciłam kopertę pod szafę. Przyszła kuzynka. Zapomniała bielizny do prania. Objęłam ją. Zaczęłam szeptać do ucha, że w pokoju mam rozliczenia, że koperta pod szafą, że trzeba zniszczyć. "Co pani..." "Nic, ja po prostu witam się z kuzynką". Ona przeszła, wzięła rozliczenia, spuściła z wodą, on nie zauważył, musiał mnie przecież pilnować.

To było 5 kwietnia w 1946 roku. O skoku przez okno jeszcze wtedy nie myślałam.

III

W środę wystawa jest nieczynna. Przyjeżdżają dziennikarze z Kujaw. Proszą, żeby mimo wszystko wpuścić, jechali cały dzień. Spisują listy, oglądają zdjęcia, chcą zobaczyć księgę wpisów, ale zabrał ją autor ekspozycji, na jeden dzień, podobno wpisy były bardzo drastyczne, chciał mieć dowód.

Ktoś rozpoznał na zdjęciu wiceszefa Rejonowej Prokuratury Wojskowej z tamtego okresu. Jest czynnym adwokatem. Nieoficjalnie wiadomo, że toczy się w jego sprawie wewnętrzne postępowanie Okręgowej Rady Adwokackiej. Dziennikarze znaleźli adres. Będzie migawka w telewizji: starszy mężczyzna w szlafroku krzyknie, potem trzaśnie drzwiami.

Krzysztof Szwagrzyk:

Nie chodzi o to, że media nie powinny się tym interesować. Chodzi o pewną kolejność. Najpierw należy mówić o rzeczach najważniejszych. Potem przyjdzie czas na widoczki z trzaskaniem drzwiami. Oczywiście to bardzo ładnie wygląda. Jako telewidz jestem za. Jako człowiek jestem przeciw.

IV

Ruta Czaplińska:

Dojechaliśmy do Warszawy. Nie mogli trafić, nie wiedzieli, gdzie jest Koszykowa. Ja im nie pomagałam. Krążyliśmy po mieście. W końcu stanęliśmy. Poszli po przepustki, chcieli mnie wszyscy odprowadzić. Zostałam sama z kierowcą. Była chyba czwarta. Zobaczyłam ludzi, tłum wylewający się na ulicę, po pracy, starsi, młodsi, mężczyźni, kobiety, w płaszczach, w swetrach... Chciałam krzyczeć, ostrzec ich, ludzie, oni tu są! Nie mogłam. Poczułam przerażającą bezsilność. Potem było śledztwo.

Ryszard Szczerkowski:

Na przesłuchaniu nikt mnie nie uderzył.

Zbigniew Lazarowicz:

Wszedł. W spodniach wojskowych i oficerkach. Żyd z Wilna. Ten sam, który zatrzymał mnie w tramwaju. Był dla mnie wyjątkowo życzliwy. Mówił zawsze przez "pan", nigdy na "ty", nawet "wy". Przychodził, pytał, czy mam jeszcze co palić, wyciągał srebrną papierośnicę, dawał całe garście. Kiedy rekwirowali mi wszystko, interweniował, pozwolił zostawić różaniec. Wspominam go, jak na tamte czasy, bardzo dobrze. Nic mi złego nie zrobił. Ale ja myślałem wtedy przez cały czas o ojcu.

Ruta Czaplińska:

Byłam zupełnie sama. Zostawili mnie na czwartym piętrze. Przez cały czas świeciło słońce. I wtedy o tym pomyślałam. Okno było otwarte. Wydawało się, że to takie proste, że wystarczy postawić nogę, nie, najpierw ręce, na parapet, biała farba, dłońmi, potem stopy, i wtedy można skoczyć. Ale zadzwonił telefon, ktoś przyszedł, zabrali mnie na przesłuchanie. Kazali mi się położyć, z wyciągniętymi rękami, zaczęli bić, po piętach, po dłoniach, po całym ciele. Nie wiem czym, może pasem ze skuwką, nie pamiętam, w każdym razem czymś, co raniło skórę.

Ryszard Szczerkowski:

"Panie kapitanie, ile ja dostanę". Ubek ścisnął mnie za ramię, potrząsnął. "Nie martwcie się, jak dobrze pójdzie, za cztery, pięć lat wyjdziecie". A potem bezpieka ode mnie odstąpiła. Wyszedłem z piekła, tak pomyślałem. Stanąłem przed prokuratorem wojewódzkim, podobno zresztą AK-owcem. Znowu pytam: ile? "Dziesięć, dwanaście lat". Poszły mi łzy. To po cholerę tutaj, jak mi na UB pięć dawali, ja do niego, a ten mi taką rakietę zasuwa. Niech cię szlag, do bani interes zrobiłem. Mam do niego wielki żal, że powiedział o tych dziesięciu latach. Zamiast: "Słuchajcie no, obywatelu, nie jest tak źle, wyjdziecie". Dobrego słowa mu zabrakło. Nie chciałem, żeby mnie wypuścił, nie mógł tego zrobić. Chodziło o dodanie otuchy. Ubek zachował się jak człowiek. A prokurator nie potrafił. Nie podam jego nazwiska, bo jeszcze żyje.

VI

Krzysztof Szwagrzyk:

Za każdym razem słyszę: kim jest ten człowiek? Imię i nazwisko! Najlepiej jeszcze adres i telefon. A mnie te rzeczy zupełnie nie interesują i nie zajmują.

VII

Ruta Czaplińska:

Za chwilę miał się za mną zamknąć świat.

Zbigniew Lazarowicz:

Wieczorem zaprowadzono mnie do gabinetu dyrektora departamentu. Drzwi obite skórą. Wewnątrz dywany, duże ciemne biurko, fotele klubowe, jakiś stolik, krzesła... Zobaczyłem ojca. Wiedzieliśmy, że rozstajemy się na zawsze, po tym, jak walczyliśmy razem, przez całą wojnę, w AK, po tym, jak ukrywaliśmy się po czterdziestym piątym, jeździliśmy po całej Polsce, przez dwa lata. Płakałem, ściskałem go, całowałem po rękach. Dziękowałem mu za wszystko, mówiłem, że lepszego ojca nie mógłbym mieć, że jako najstarszy syn będę się opiekował rodziną, że będę zawsze wierny ideałom, w których mnie wychował. Nie pamiętam, o czym jeszcze rozmawialiśmy. Wyprowadzili mnie, sekretarki podniosły głowy znad papierów. Patrzyły. Następnego dnia ubowiec oddał mi rzeczy z depozytu, dał lewe dokumenty. Ojciec został. Wyrok wykonano po trzech latach, 14 października. Ja byłem wolny.

Ruta Czaplińska:

Sprowadzili mnie na dół, do podziemia. Korytarz wydawał się nieskończenie długi, mdlałam, polewali mnie wodą, cucili. Zejście po schodkach, drzwi z klapą. Zapukali w tę klapę. Z wnętrza wysunęła się ręka, łapa z podziemia, ślepa, wymacała klucz, otworzyła. Wtedy poczułam prawdziwy strach.

VII

W prasie kolejny artykuł:

"Nie wiadomo, czy mecenas przyjdzie zobaczyć swoją twarz. Na straży męża staje też żona. Ma sporo do powiedzenia o faszystach, rozrabiaczach, rewanżystach. Stek epitetów pod adresem dziennikarza zmienia się w groźbę: - No, jeszcze posmatrim".

VIII

"Wrocław, 11.III.1949. Kochana żono i dzieci najdroższe! Piszę do was po raz ostatni. Błagam Ciebie żono gorąco, przebacz mi, i wy, dzieci moje kochane, też przebaczcie winy swojemu tatusiowi. Niech was Bóg ma swojej opiece i niech was nigdy nie wypuszcza ze swojej opieki. Kochana Gieniusiu, ja do was nie wrócę nigdy..."

"Wrocław, 6.V. 1949. Szanowna Pani! Za chwilę wyrok zostanie wykonany. Dziękuję Pani za pamięć i za paczki. Mam ostatnią prośbę. Proszę o powiadomienie listownie mojej matki. (...) Chciałbym zaznaczyć, że urodziłem się w 1926, a nie w 1921 roku, jak Pani mówiłem. Paczkę dziś dostałem. Dziękuję, dziękuję za wszystko i żegnam wszystkich".

Ruta Czaplińska:

Żądali dla moich kolegów kary śmierci. Ale nie będę mówić o prokuratorach. Nie miałam z tymi ludźmi żadnego kontaktu. Nie wiem jacy byli. Byli obcy. Nie potrafię o nich zbyt wiele powiedzieć. Szczególnie o tych po dziewięciomiesięcznym kursie, którzy nie bardzo nawet potrafili czytać i pisać. Syn małorolnego chłopa miał sądzić zbrodniarzy, mówiono mu, że jesteśmy współpracownikami hitlerowców, kolaborantami, zwyrodnialcami. Mogli w to wierzyć. Nie wiem, kiedy się mogli zorientować, co robią naprawdę. Tym bardziej, że akt oskarżenia bardzo często nie oni przygotowywali. Ja na przykład swój akt oskarżenia zobaczyłam przed zakończeniem śledztwa.

Ryszard Szczerkowski:

Miał wtedy czterdzieści lat. Przyjechał z Bydgoszczy, został prezesem Rejonowego Sądu Wojskowego we Wrocławiu. Pułkownik Anton Lachowicz. Średniego wzrostu, ciemny blondyn, trzymał gołębie na strychu. Główny winowajca. To z jego polecenia dokonano aresztowań 1947 i 1948 roku. Wylewny, bardzo dobry sąsiad, uchylał mi zawsze kapelusza. On mieszkał na dole, ja i brat na pierwszym piętrze. Kiedyś Lachowicz poprosił naszą matkę, żeby przyszła, nakryła mu do stołu, jego żona nie potrafiła. Pięciopokojowe mieszkanie, takie, jak nasze. Jadalnia. Matka nakryła, pułkownik wypił kielicha, zaczął mówić, zaciągając, miękko, przeciągle. "Proszę pani. Ja biezprizornyj. Iz Sojuza". Wyciągnął zdjęcie, tu matka, tu on, na kolanach, jeszcze dzieciak, słabo pamięta. Matka - Polka. Piękna, w czarnej sukni. Rodzina zesłańców. Zaczął płakać. Zupełnie się rozkleił. Moja mama wróciła zszokowana. "Coś się jeszcze w tym człowieku tli".

IX

Wpis do księgi:

"Wstyd i hańba! To więcej niż podłość. (...) Bandytom, zboczeńcom, mordercom zakryto twarze. Więzień nr 132/51".

Ruta Czaplińska:

Pytano mnie, co bym zrobiła, gdybym rozpoznała ludzi na tej ścianie. Po pierwsze, nie mogłabym, bo byłam sądzona w Warszawie, a nie tutaj. Po drugie, nie mam pamięci do twarzy. Nie poznałabym żadnego. A nawet gdyby, to co? Nie mam potrzeby zwymyślania, drapania pazurami po twarzy. Powinni być po prostu napiętnowani i ujawnieni. Powinno się im odebrać przywileje. Niech będą tacy, jak normalni obywatele.

Ryszard Szczerkowski:

"Co do Ignacego, to niech do mnie przyjdzie. Będzie u mnie pracował w Prokuraturze Wojskowej." Pułkownik Lachowicz miał rację. Jeżeli mój brat Ignacy nie przyjdzie, to z jego studiów prawniczych nici. Był wcześniej w AK, nie dostanie aplikantury. Ale wtedy brat Lachowiczowi odmówił. Przyszedł parę lat później. Ja już wtedy siedziałem. Pułkownik sporządzał właśnie akt oskarżenia dla Gomułki. Przywitał brata bardzo serdecznie, ale powiedział, że pomóc nie może. Trzeba się było decydować wcześniej. Gdyby brat przyjął wtedy propozycję, byłby teraz na drugiej ścianie.

Zbigniew Lazarowicz:

Powinni być sądzeni. Chociażby dla satysfakcji ofiar. Ja mam ponad siedemdziesiąt lat, ale do tej pory, kiedy opowiadam o ojcu, zaczynam płakać.

X

Dzielnica willowa.

Żona byłego wiceprezesa Rejonowej Prokuratury Wojskowej trzaska drzwiami szlocha, ucieka, po kwadransie wraca:

Zaszczuli nas, dwa dni temu odłączyliśmy telefon, mąż jest dziś w szpitalu, mnie pokazują, że niby też jestem zbrodniarką, a ci, którzy nas nachodzą - w tamtych czasach krzywdziliby ludzi jeszcze straszliwiej. Mąż chciał być naukowcem, wcale nie chciał być w prokuraturze, nie macie żadnych dowodów.

XI

Trzy lata temu prezentowana była w Arsenale wystawa poświęcona straconym i więzionym na Dolnym Śląsku. Pokazano kilkadziesiąt zdjęć. W muzeum pojawiło się zaledwie dwóch reporterów.

XII

Sala jest pełna. Reflektory odbijają się od ścian, od zdjęć, świecą na mężczyznę siedzącego na plastykowym krześle. Ten patrzy w podłogę, mówi, powoli, monotonnie, mruży oczy od światła. Naprzeciwko niego siedzi młoda dziewczyna, obraca w dłoniach długopis, szeleści kartką. "Proszę powiedzieć o tym jak pana bili, o tych kościach". "Już mówiłem". "Nie szkodzi, jeszcze raz, trzeba zmienić kadr". Mężczyzna zaczyna mówić po raz kolejny. W drzwiach zatrzymuje się szkolna wycieczka, grupa patrzy na plan. Na kolejne ujęcie.

P.S. W latach 1946-1955 Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu orzekł 305 wyroków śmierci, 137 zostało wykonanych. Około 40 procent z nich dotyczyło spraw politycznych. W związku ze skomplikowaną procedurą prawną i ograniczonymi kompetencjami prokuratorów okręgowych, a także ze skromnym budżetem, Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu nie potrafi określić, kiedy wszystkie wątki związane z działalnością sądu i prokuratury wojskowej zostaną wyjaśnione. Do tej pory nie została także zbadana działalność jednostek Armii Radzieckiej na terenie Dolnego Śląska i więzień, w których przebywali także obywatele polscy. Komisja posiada jedynie szczątkowe informacje na temat więzień dolnośląskich, w których również dokonywano mordów politycznych.

Współpraca: Andrzej Jóźwik (BBC)



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura wystawa Służba Bezpieczeństwa Wrocławski Arsenał Arsenał ekspozycja UB przesłuchanie Ubek
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W