Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Anna Zajchowska

Pochwała kpiarzy

Św. Teresa z Avila mawiała: „Niech Bóg mnie zachowa od ponurych świętych!”. Historia Kościoła zna niemały poczet świętych — od Ojców Pustyni poczynając, a na postaciach nam współczesnych kończąc — którzy zasłynęli z poczucia humoru wysokiej próby.

Na średniowiecznych obrazach i rzeźbach jedyną śmiejącą się do rozpuku postacią jest diabeł. Święci spoglądają z nich z minami pełnymi powagi, co najwyżej obdarzając widzów lekkim, jakby nieobecnym uśmiechem. Zakonne reguły czy opowiastki spisywane ku pouczeniu nowicjuszy pełne są przestróg przed czczym śmiechem i zamiłowaniem do płochych żartów.

Wśród opowieści o pierwszych pokoleniach dominikanów czytamy historię spotkania św. Dominika z diabłem, który odwiedzał kolejno klasztorne pomieszczenia, opowiadając świętemu, jakie to korzyści z każdego z nich czerpie. Gdy doszedł do rozmównicy, „zachichotał: To miejsce należy całkowicie do mnie: tutaj rozlegają się śmiechy, hałasy, a słowa puszczane są na wiatr!”.

Jedyną obroną przed diabelskimi zakusami wydawał się zatem poważny ton i surowa mina. Ale czy aby na pewno duchowość chrześcijańska walczyła ze śmiechem i poczuciem humoru?

Śmiejcie się, ile możecie

Jeden z Ojców Pustyni, abba Eulogiusz, miał powiedzieć: „Nie mówcie mi nigdy o mnichach, którzy nigdy się nie śmieją. To nie mogą być poważni ludzie”. Lektura apoftegmatów (sentencji) Ojców Pustyni przekonuje, że byli to ludzie o godnym pozazdroszczenia poczuciu humoru. Do jednego z nich przybył uczeń z pytaniem, jaka powinna być dobra homilia. Usłyszał, że „powinna mieć dobry początek i dobre zakończenie. Następnie powinieneś się zatroszczyć o to, żeby nie były one zbytnio od siebie oddalone”. Innemu, który zamartwiał się swoją brzydotą, pewien starzec na pocieszenie powiedział: „Brzydota w porównaniu z pięknem ma wielką zaletę: nie przemija”. Zaś abba Antoni zwykł ponoć mówić: „Ludzie dzielą się na trzy rodzaje: na zazdrosnych, pysznych i innych. Innych prawie nigdy nie spotkałem”.

Poczucie humoru w Kościele nie umarło wraz z ostatnim z Ojców Pustyni. Nawet średniowiecze, często oskarżane o przesadną powagę i niechęć do żartów, potrafiło się śmiać. Gilbert K. Chesterton napisał o św. Franciszku, iż „językiem śmielszym i wznioślejszym niż jakikolwiek doczesny myśliciel wyraził koncepcję, że śmiech jest bardziej boski niż łzy”. We wspomnianym zbiorze opowieści o pierwszych dominikanach czytamy o bł. Jordanie, jak to „pewnego razu szedł z nowicjuszami, których przyjął w miejscowości, gdzie nie było klasztoru. Zdarzyło się, że w jakiejś gospodzie odmawiali wspólnie kompletę, podczas której jeden z nich zaczął się śmiać, co z kolei bardzo rozśmieszyło pozostałych. Któryś z towarzyszy mistrza zaczął im okazywać gniew, co pobudziło ich do jeszcze większego śmiechu. Po zakończeniu komplety (...) mistrz zwrócił się do niego: któż cię, bracie, mianował mistrzem naszych nowicjuszy? Czy do ciebie należy udzielanie im napomnień? A (...) do nowicjuszy powiedział: Najdrożsi, śmiejcie się ile możecie, i nie zważajcie na tego brata. Daję wam na to pozwolenie. Zaprawdę powinniście się śmiać i radować, bo wyszliście z diabelskiego więzienia i skruszone zostały kajdany, w których diabeł przez wiele lat trzymał was na uwięzi. Śmiejcie się więc, najdrożsi, śmiejcie się”.

Pytanie stawiane przez chrześcijan nie brzmiało zatem, „czy”, ale „z jakiego powodu” się śmiać. Tak jak Ojcowie Pustyni wykorzystywali kpinę, by uświadomić swoim uczniom jakąś ważną duchową prawdę, tak i w średniowieczu wykorzystywano śmiech i żarty jako narzędzia nauczania. Przykładem tego są chociażby egzempla — krótkie, zabawne historyjki wplatane w kazania, mające zilustrować wykładane przez kaznodzieję prawdy wiary czy zalecenia moralne. Jedno z takich opowiadań dotyczy pewnej królowej, która ufundowała opactwo. Tuż obok murów klasztornych stał jednak młyn, który bardzo hałasował, niezmiernie tym przeszkadzając mnichom. Zanieśli zatem skargę do królowej. Ta długo nie mogła znaleźć stosownego rozwiązania, aż ktoś mądry poradził jej, by przekazała ów młyn na własność mnichom. „Odtąd — mówił — ilekroć usłyszą oni, jak młyn pracuje, zamiast się żalić, będą zacierać z satysfakcją ręce”.

Pewnemu uczniowi, który zamartwiał się swoją brzydotą, jeden z Ojców Pustyni na pocieszenie powiedział: „Brzydota w porównaniu z pięknem ma wielką zaletę: nie przemija”.

Na potrzeby duszpasterzy powstawały obszerne zbiory takich anegdot, rozpowszechniane w całej średniowiecznej Europie. Wiele z nich przeżywało swoich twórców, robiąc wielką karierę literacką. Niejedna z nich stała się kanwą dla bajek La Fontaine'a czy Perraulta. Autorzy traktatów poświęconych sztuce głoszenia kazań zalecali opowiadanie egzemplów i żartów zwłaszcza wtedy, gdy mówca widział, że jego słuchacze zasypiają. Jednocześnie jednak przestrzegali, by nie nadużywać tego środka i nie umieszczać więcej niż trzech egzemplów w jednym kazaniu.

Zasada ta musiała być chyba często łamana, skoro w tych samych traktatach znajdujemy ostrzeżenie, by nie zamieniać kazania w niekończące się pasmo żartów. Także Jean Clerée u schyłku XV w. z naganą pisał o kaznodziejach, którzy ulegali pokusie wcielania się na ambonie w rolę wesołych kompanów, stając się tym samym podobnymi do wędrownych artystów występujących na rynku.

Łaska rozumienia żartu

Poczucie humoru to jednak nie tylko, a nawet nie przede wszystkim umiejętność rozbawiania ludzi. To rys charakteru, postawa wobec świata i siebie samego, która może, jak dowodzą tego liczne przykłady, wspomóc ludzkie dążenie do świętości.

Św. Teresa z Avila mawiała: „Niech Bóg mnie zachowa od ponurych świętych!”. Można powiedzieć, że Bóg tej jej prośby wysłuchał. Historia Kościoła zna niemały poczet świętych — od Ojców Pustyni poczynając, a na postaciach nam współczesnych kończąc — którzy zasłynęli z poczucia humoru wysokiej próby.

Wśród nich znalazł się na przykład św. Tomasz Morus, w 1535 r. ścięty z wyroku sądu królewskiego za to, że nie chciał uznać zwierzchności Henryka VIII nad Kościołem w Anglii. Modlił się on słowami: „Panie, daj mi zmysł humoru. Daj mi łaskę rozumienia żartu, abym w żywocie poznał trochę szczęścia i abym z niego rozdawał także innym”. Tej łaski Bóg mu z pewnością nie poskąpił, o czym świadczą liczne epizody z jego życia.

Św. Filip Neri twierdził, że „humor jest rzeczą zbyt ważną, by go traktować niepoważnie”.

Kiedy siedział uwięziony w Tower, odwiedził go pewien porucznik — znajomy z czasów służby królewskiej, a wówczas człowiek odpowiedzialny za pilnowanie go w twierdzy. Pamiętając liczne przysługi, jakie Morus mu niegdyś wyświadczył, żałował, że nie może bez narażania się na gniew króla zapewnić mu lepszych warunków w więzieniu. Święty uspokajał go jednak: „Panie poruczniku, wierzę doprawdy, że istotnie okazujesz mi tyle przyjaźni, ile możesz, i że chciałbyś — jak powiadasz — traktować mnie jeszcze lepiej. Zapewniam cię, że nie narzekam na me obecne położenie, a gdybym kiedykolwiek narzekał, natychmiast wyrzuć mnie za drzwi”. Klęcząc zaś już na szafocie, Morus powiedział do swojego kata: „Nabierz ducha, człowieku, i nie lękaj się spełnić swej powinności. Moja szyja jest bardzo krótka, bacz zatem, byś krzywo uderzając nie stracił dobrej sławy”.

Z kolei św. Filip Neri, który twierdził, że „humor jest rzeczą zbyt ważną, by go traktować niepoważnie”, znany był z tego, że specjalnie ośmieszał się, ekscentrycznie się zachowując. Zdarzało mu się na przykład ogolić brodę tylko z jednej strony czy zakładać ubrania na lewą stronę.

Z poczucia humoru słynął również bł. Jan XXIII. Jedna z anegdot na jego temat mówi o tym, jak przez kilka dni po objęciu urzędu zgodnie z tradycją jadał sam. W końcu, znużony samotnością, oznajmił siostrom odpowiedzialnym za przygotowanie posiłków, że przejrzał wnikliwie całe Pismo Święte i nie znalazł w nim ani słowa o tym, że papież powinien jeść sam, w związku z czym porzuca ów uciążliwy zwyczaj. Inna historia opowiada o tym, jak po jednej z sesji fotograficznych miał powiedzieć: „Gdyby Bóg wiedział, że mam być papieżem, na pewno uczyniłby mnie bardziej fotogenicznym”. Z kolei tuż przed rozpoczęciem zwołanego przez siebie II Soboru Watykańskiego, papież zamartwiał się, czy dobrze zrobił podejmując tak brzemienną w skutki dla Kościoła decyzję. Jako odpowiedź na te swoje rozterki zapisał w swoim „dzienniku duszy”: „Jasiu, Jasiu, nie bądź taki ważny”.

Dystans do doczesności

Te słowa można uznać za motto nie tylko „uśmiechniętego papieża” i wspomnianych wyżej świętych, ale także wielu innych postaci w historii Kościoła. Błędem jednak byłoby widzieć w nich błaznów, gotowych śmiać się zawsze i ze wszystkiego, traktujących życie z niezrozumiałą lekkością. Pamiętać trzeba, że wszyscy oni ze śmiertelną powagą podchodzili do spraw Boga i zbawienia, byli wśród nich surowi asceci i męczennicy.

Św. Dominik w codziennych rozmowach był zawsze pogodny i radosny, spędzał noce na modlitwie, w której ze łzami wołał: „Co będzie z grzesznikami?”. Św. Franciszek, według Chestertona najszczęśliwszy człowiek na ziemi, nosił na swoim ciele stygmaty, doświadczając cierpień, które były na krzyżu udziałem Chrystusa. Św. Tomasz Morus życiem przypłacił wierność swojemu sumieniu. Poczucie humoru tych świętych nie miało w sobie nic z pustej wesołkowatości.

Umiejętność śmiania się z samego siebie była w przypadku świętych innym imieniem pokory, wyrazem świadomości własnej znikomości i nieważności. Ale nie tylko tym. Poczucie humoru pozwala bowiem przywrócić rzeczom właściwe proporcje. Tam, gdzie ludziom i sytuacjom przypisywana jest nadmierna powaga, choć na nią nie zasługują, śmiech może działać otrzeźwiająco. W postawie kpiarza, który nie robi sobie nic ze światowego zadęcia i powagi, jest coś z proroka, który napomina, by nie wiązać z tym światem zbyt wielkich nadziei przez traktowanie go ze śmiertelną powagą, bo nie jest on w stanie tych nadziei spełnić. Lekkość w podejściu do doczesności to nie tylko wyczulenie na wszelkie przejawy komizmu, ale także coś o wiele głębszego. Świadomość, że to, co doczesne, nie jest warte takiej uwagi, jaką się do tego zazwyczaj przywiązuje, bo jako stworzone, przemijające i kruche nie może stanowić pewnego oparcia dla człowieka.

Chesterton zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt poczucia humoru i związanej z nim umiejętności dostrzegania absurdu. Pisze, że tylko jeśli człowiek potrafi dostrzec swoistą nonsensowność świata i spojrzeć np. na drzewo „jako zdumiewającą falę żywej ziemi, która wznosi się ku niebu bez żadnego specjalnego powodu”, będzie on zdolny zachwycić się cudownością świata. Tylko wtedy też będzie potrafił dostrzec, że świat ma w sobie jakąś nieoczywistość i mógłby wyglądać zupełnie inaczej, że nie tłumaczy się sam przez siebie, a w konsekwencji domaga się odniesienia do jakiejś rzeczywistości poza nim.

Pokora, świadomość kruchości i przemijalności tego, co doczesne, przekonanie, że poza tym, co widzialne, musi istnieć inna rzeczywistość — to postawy z gruntu chrześcijańskie. Czy poczucie humoru jest jedyną drogą do nich prowadzącą? Z pewnością nie, czego dowodzi równie długa lista świętych, o których skłonności do śmiechu hagiografowie konsekwentnie milczą. Ale z równą pewnością można powiedzieć, że poczucie humoru w drodze do świętości może stanowić nieocenioną pomoc.

Anna Zajchowska jest doktorem historii, specjalizuje się w dziejach Kościoła w średniowieczu, pracuje na Uniwersytetach Jagiellońskim i Śląskim oraz w bibliotece Studium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów w Krakowie.



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: poczucie humoru dowcip święci błogosławieni Teresa z Avila Filip Neri Tomasz Morus śmiech kpina abba Eulogiusz
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W