Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Maciej Müller
Tomasz Ponikło

Arcybiskup Cogito

„Znacznie bardziej niebezpieczny od wątpliwości jest syty dogmatyzm zadowolonych z siebie osobników, którzy wiedzą wszystko najlepiej” — mówił. Był głosem burzącym kościelny święty spokój. I głosem wołającego na puszczy.

Miało być tak: kard. Dionigi Tettamanzi odchodzi na emeryturę, Mediolan obejmuje świeżo wyniesiony do godności kardynalskiej Gianfranco Ravasi, a nowym prefektem Papieskiej Rady ds. Kultury zostaje jej najbardziej oddany członek, abp Józef Życiński. Sympatycy metropolity lubelskiego widzieli w takim scenariuszu uznanie dla światowej klasy filozofa. Jego przeciwnikom odpowiadało, że kontrowersyjny hierarcha opuści kraj i przestanie mącić.

Tak mogło być. Ale 62-letni abp Józef Życiński nie żyje. 10 lutego w rzymskim Casa del Clero powalił go zawał. Arcybiskup wrócił z sesji Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego, miał zjeść kolację z lubelskimi księżmi studiującymi w Rzymie.

Było popołudnie. Kościół w liturgii godzin modlił się właśnie słowami Psalmu 119: „Jestem tylko gościem na ziemi, przykazań swych nie kryj przede mną. Słabnie wciąż moja dusza z tęsknoty do wyroków Twoich”.

Książka z kopertą

Urodził się w 1948 r. w Nowej Wsi koło Piotrkowa. W domu bieda, pierworodny syn musi pomagać w gospodarstwie. Z przepracowania umiera jego 41-letni ojciec, pracownik kolei, a 13-letni Mirek (w dzieciństwie Józefa nazywano drugim imieniem) zostaje z matką i młodszym o pięć lat bratem Wojtkiem. Później będzie osierocone rodziny dyskretnie wspierał finansowo, szukał im mieszkań, a bezrobotnym matkom — pracy.

Od najmłodszych lat dużo czyta. Rodzina jest religijna w tradycyjny sposób. 6-letni Mirek po lekturze znalezionych w domu rekolekcji ludowych o życiu wiecznym, piekle, czyśćcu i niebie jest wstrząśnięty. Więc istnieje coś większego niż otaczający świat, myśli wtedy. Jako księdza pochłonie go kosmologia i filozofia nauki.

Kiedy ojciec do modlitwy przyklęka na jedno kolano, Mirek chce go naśladować. Ale matka wyjaśnia, że taka modlitwa nie jest wcale bardziej „męska”. „Od tej pory — wspomni w wywiadzie-rzece z Dorotą Zańko i Jarosławem Gowinem — starałem się unikać zachowań, w których forma byłaby ważniejsza od treści”.

Trafia do liceum w Piotrkowie, mieszka w internacie. Jest 1962 r., czas gomułkowskiej walki z Kościołem — i początku Soboru Watykańskiego II. Młodego Życińskiego interesuje raczej to pierwsze. Podsyca w sobie chrześcijański radykalizm, po czym ślad zostanie w pisanym wówczas „Dzienniku duszy”, gdzie m.in. odrzuca teorię Darwina jako atak na chrześcijańską antropogenezę. Poglądy się zmienią, ostre pióro — nigdy.

Daje korepetycje z fizyki, matematyki, rosyjskiego; później opanuje biegle kilka języków. Zaczyna tuż po lekcjach, jedząc obiad u uczniów (później jako profesor nieraz zawija w serwetkę kotleta ze stołówki i gna do pracy), kończy późnym wieczorem. Kolacja, odrabianie lekcji, czytanie. Mało snu, kiepskie odżywianie, a z drugiej strony pracowitość i zorganizowanie: tak samo będzie wyglądać życie arcybiskupa.

Kiedy koledzy w internacie grają w ping-ponga, on czyta: niemal wszystko poza lekturami dla ministrantów, bo „po przeczytaniu początku można było zawsze przewidzieć zakończenie”. Wie już, że życie mało komu układa się gładko. Pracując później na uczelni, będzie wspomagać finansowo studentów. Niejeden — jak ks. Robert Nęcek — dostawał od niego książkę. Okazywało się, że oprócz dedykacji zawierała kopertę z pieniędzmi. Jako biskup, Życiński ufunduje stypendia i będzie zabiegał o wyjazdy zagraniczne studentów.

Znający go wiele lat dziennikarz Jan Pleszczyński wspomina, jak ks. Życiński zachęcił go do napisania doktoratu z filozofii przyrody, kiedy zapoznał się z... jego polemiką ze swoim tekstem o Jacques'u Monodzie. — Napisał do mnie sympatyczny list, zwracając się do mnie jako do „doc. dr. hab.” — wspomina dziennikarz. — Odpisałem, że nie jestem docentem, tylko dozorcą, bo akurat pracowałem jako gospodarz rejonu. Zaprosił mnie do Krakowa; miał na biurku komputer, pierwszy, jaki w życiu widziałem.

Wskazał lektury, podsyłał niedostępne publikacje, a recenzję dostarczył w 10 dni od otrzymania tekstu i nie chciał za nią honorarium. Pleszczyński: — Wyobrażałem sobie, że jestem jednym z niewielu. Później odkryłem, jak wielu było takich, których zachęcał i wspomagał.

Grono pozytywne

W seminarium częstochowskim śpi w 20-osobowej sali, musi przyjąć rozkład dnia zaczynający się o 5.20. Nie buntuje się, choć klerycy walczą z prefektami np. o parzenie kawy w pokojach, oglądanie telewizji i... czytanie Pisma Św. także poza wyznaczoną porą.

Najważniejszym wówczas spotkaniem jest to z ks. Kazimierzem Kłósakiem. Autor „Studium krytycznego materializmu dialektycznego” właśnie wtedy trafia — z przemęczenia — do szpitala. Zostanie promotorem prac Życińskiego, skieruje jego zainteresowania na nauki przyrodnicze, kwestię początku wszechświata, wreszcie na dialog chrześcijaństwa z myślą współczesną — problematykę, w której kilka dekad później Życiński nie będzie miał sobie równych. Zostanie „biskupem wątpiących”, przyjedzie na mający w Kościele złą sławę Przystanek Woodstock.

W latach 80. na łamach „TP” publikuje „Listy do Nikodema”, dla wielu klucz do ówczesnej Polski. Co charakterystyczne, tym kluczem jest nadzieja. Życiński będzie stale przekonywać, że nie ma nic gorszego niż towarzystwo pesymistów. „Znajdź sobie — namawiał — grono ludzi pozytywnie nastawionych do świata”.

21 maja 1972 r. przyjmuje święcenia kapłańskie, trafia na kolejne parafie. Pierwsze miesiące zapamięta jako poświęcone spowiadaniu: do konfesjonału siada od 6 rano. Jako ksiądz, potem biskup, pomaga tym, których dopada poczucie beznadziei; niektórych księży będzie gotów przyjąć do diecezji, kiedy wejdą w konflikt z własnym ordynariuszem. „Być kapłanem to także być świadkiem ludzkich dramatów, rozczarowań, współczesnych tragedii Judaszów” — uważa, i dlatego zadba, żeby w diecezji były rekolekcje dla samotnych, chorych i rozwiedzionych.

Mistrz ciętej riposty

Kiedyś brukowiec wydawany przez nacjonalistę i antysemitę Leszka Bubla opublikował fotomontaż, w którym biblista ks. prof. Michał Czajkowski wystąpił w towarzystwie prostytutki. Tego dnia wieczorem do Czajkowskiego zadzwonił abp Życiński. „Żeby chociaż była urodziwa!” — powiedział.

— Zawsze wyciągał rękę do takich, o których wiedział, że mogą mieć kłopoty. Miał oko do księży na manowcach — mówi publicysta ks. Andrzej Luter. — Sam przetrwałem dzięki niemu trudne okresy w kapłaństwie.

Lubił niezależne charaktery. Ks. Hryniewicz zasłynął książkami o nadziei na powszechne zbawienie, poglądy te sprowadziły na niego jednak gromy, do episkopatu trafiały listy z żądaniami kar za herezję. — Wówczas jako biskup tarnowski napisał do mnie kilkakrotnie, choć się nie znaliśmy, że będzie bronił moich racji podczas posiedzeń episkopatu — mówi lubelski teolog. — Dowiedziałem się, że rzeczywiście bronił, i to skutecznie.

Życiński ponownie wystąpi w obronie ks. Hryniewicza przed ponad trzema laty, kiedy po publikacji przez „Open Theology” artykułu krytykującego nauczanie, według którego protestanci nie są Kościołem, a jedynie wspólnotą, z żądaniem wyjaśnień wystąpiła Kongregacja Nauki Wiary. Arcybiskup osobiście pisze do Watykanu i rozmawia z polskimi hierarchami, kiedy teolog leży w szpitalu. — Rozumiał innych, bo sam wiele niezrozumienia doświadczał — uważa ks. Hryniewicz.

Innym razem pewna lubelska pielęgniarka poskarżyła się, że proboszcz odmówił chrztu dziecka jej siostry, która nie miała ślubu z ojcem dziecka. Arcybiskup natychmiast zadzwonił do parafii i nakazał wyznaczenie daty sakramentu.

Niejednokrotnie odwiedzał redakcję „Tygodnika”, gdzie od lat publikował „Okruchy Słowa” — medytacje biblijne, w których potrafił płynnie przeskoczyć od stajenki betlejemskiej do IPN-nowskich teczek. Redaktorzy dobrze pamiętają niewysokiego biskupa z brzuszkiem, który ze swadą perorował, siedząc (z nogą na nodze — odsłaniając charakterystyczne biskupie, fioletowe skarpetki) w ich otoczeniu na fotelu naczelnego. Kard. Kazimierz Nycz, który od ponad 40 lat spotykał abp. Życińskiego, nie zgadza się jednak z określaniem, że „brylował w towarzystwie”: — Był po prostu ciepły i dobry, nie przygniatał otoczenia swoją osobowością — mówi.

W tych osobistych spotkaniach dawało o sobie znać jego prześmiewcze poczucie humoru. Komentując młody wiek dziennikarza „TP”, powie, że ten wygląda, jakby właśnie wracał od pierwszej komunii. Gdy ks. Lutrowi polemiści zarzucili, że ma poglądy niezgodne z nauczaniem Pawła VI, Jana Pawła II i Benedykta XVI, Życiński poradził mu podkreślać, że opiera się na Janie Pawle I. Ks. Hellerowi, który skarżył mu się, że musi wygłosić „rekolekcje dla stanowych”, powiedział: „Ależ ty się przecież znasz tylko na trzech stanach: lotnym, ciekłym i stałym”.

Ks. Luter uważa, że ostatni dowcip udał się Arcybiskupowi jeszcze parę godzin po śmierci: Monika Olejnik zmieniła temat „Kropki nad i” na trzy minuty przed wejściem na antenę, a on, jako przyjaciel zmarłego, został poproszony o telefoniczną rozmowę na żywo. W rezultacie obecna w studiu Joanna Senyszyn nie została dopuszczona do głosu i oburzona wyszła. Lewicowa europosłanka wcześniej kpiła z Arcybiskupa, mówiąc doń per „panie Życiński”.

Najrzadszy ptak

Jeszcze jako ksiądz pogody ducha i humoru uczy się od ks. Jana Twardowskiego: w Warszawie u sióstr wizytek zastępuje go podczas urlopów. W stolicy poznaje też niezwykłych księży: Jana Zieję i Bronisława Bozowskiego. Uczy się od nich podejścia do ludzi i przeżywania kapłaństwa.

W 1976 r. — pracując na krakowskiej Papieskiej Akademii Teologicznej — broni doktoratu z teologii, dwa lata później z filozofii, po kolejnych dwóch — habilituje się (temat: „Prostota i dyskonfirmowalność jako kryteria heurystyczne w kosmologii relatywistycznej”). Ma 32 lata. Sale podczas jego wykładów pękają w szwach. Studenci do tej pory pamiętają egzamin u niego: zadawał dwa pytania, proponował ocenę, po czym student wybierał, czy „gra dalej”, a wtedy dostawał trzecie. Mógł wybić się na piątkę, ale też odejść z oceną o punkt niższą.

Wyjeżdża za granicę, dużo czasu spędza w USA. Przychodzą zaproszenia na międzynarodowe konferencje. Zostanie członkiem prestiżowych instytucji naukowych i kulturalnych, zasiądzie też w radzie Fundacji J. Templetona, przyznającej nagrody nazywane „teologicznym Noblem”. Na KUL pokieruje Katedrą Relacji między Nauką i Wiarą. Jego oczkiem w głowie są interdyscyplinarne lubelskie Kongresy Kultury Chrześcijańskiej: najbliższy, czwarty, planuje jeszcze na parę dni przed śmiercią. Bp Tadeusz Pieronek: — To był człowiek światowy w pozytywnym tego słowa znaczeniu, avis rarissima, najrzadszy ptak.

Pracę na wydziale filozoficznym PAT w Krakowie zaczyna na początku lat 80., pozostaje tam dziekanem do 1990 r. Mówi się, że to najlepsza dekada w historii uczelni: ks. Tischner, ks. Heller i ks. Życiński tworzą klimat dla otwartej debaty; prywatnie się przyjaźnią. Kiedyś Tischner z Życińskim poszli na krótką wycieczkę. Upał był niemiłosierny. Tischner powiedział, że mogą iść, ale „tylko w cieniu”. Życiński dodał: „i wyłącznie po prawej stronie”. Po godzinie wędrówki powie zmęczonemu Tischnerowi: „kto ma zasady, ten musi za nie płacić”.

Życiński i Heller wspólnie publikują bestsellery „Wszechświat i filozofia” oraz „Drogi myślących”. W przeciwieństwie do KUL-u, żyjącego na orbicie tomizmu, w Krakowie nie ma jednej obowiązującej filozofii. — Dzięki nim rozumieliśmy, że filozofia to instrument do samodzielnego myślenia, a nie sztywny system, który należy przyjąć i przestrzegać — wspomina ks. prof. Grzegorz Ryś, kleryk w latach 80.

W Lublinie jako ordynariusz, a więc jednocześnie Wielki Kanclerz KUL, będzie przewietrzał uniwersytet, na którym wytworzył się specyficzny religijno-narodowy mikroklimat. Już na PAT nie toleruje gburów. Kiedy jeden z profesorów lekceważy studentów i rzuca ich indeksami, rozwiązuje z nim umowę. Inny pracownik, któremu udowodniono plagiat, w sześć dni znalazł się poza murami uczelni.

Straszenie króliczka

Aktywny w życiu publicznym, uczestniczy w najważniejszych debatach polskich po przewrocie politycznym. Także o lustracji. Oskarżenia padają również wobec niego. Kiedy atmosfera lustracyjna wokół Arcybiskupa jako tajnego współpracownika SB pseud. „Filozof” zagęści się, badania akt poprowadzą Andrzej Grajewski i Piotr Gontarczyk. Wynika z nich, > > że był to najprawdopodobniej werbunek fikcyjny, a sam zainteresowany mógł nawet o nim nie wiedzieć. Zachowały się tylko materiały ewidencyjne, reszta została zniszczona w 1990 r.

Na swoją rejestrację ani na zniszczenie dotyczących siebie dokumentów nie mógł mieć wpływu — w tym świetle tezy jego wrogów są absurdalne. Ale brak dokumentów i rzucone oskarżenie każdy interpretuje, jak chce. Cień „Filozofa” unosi się nad Arcybiskupem do końca.

Sam powie: „W ubeckich materiałach na mój temat nie ma niczego, za co mógłbym się wstydzić”, i doda: „czasami zastanawiałem się, o co chodzi, w tych poszukiwaniach materiałów na Życińskiego. Ktoś, komu zadałem to pytanie, uśmiechnął się filozoficznie i odparł: Nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, ale żeby go postraszyć”. Na łamach „TP” dowodził, że wszystkie jego kontakty z SB „miały charakter — nazwijmy to — urzędowy i jawny”. Pisał, że badania archiwów esbeckich uważa za konieczne, a jego zastrzeżenia „dotyczyły i dotyczą tylko formy lustracji”.

Z właściwym sobie sarkazmem dziwił się też, że „parlament zdaje się okazywać większe zainteresowanie nominacją Jezusa na króla Polski niż troską o podstawowe prawa osoby ludzkiej, wyrażane choćby w prawie do dobrego imienia”.

Ks. Tomasz Adamczyk, sekretarz Arcybiskupa, pamięta, że w czasie największych medialnych poszukiwań TW „Filozofa” abp Życiński zaprosił na śniadanie księdza, który właśnie doznał nieuzasadnionych ataków na siebie. Chciał przede wszystkim podnieść na duchu drugiego człowieka. Sam od lat był obrzucany inwektywami: liberał, agent, komunista. Albo wręcz: „Żydziński”.

„Musimy skończyć z ideologizacją chrześcijaństwa, przestać się kłócić, kto jest lepszym katolikiem” — powie na Jasnej Górze, niedługo po objęciu metropolii lubelskiej, twierdząc, że to przejaw postpeerelowskiej mentalności. Z jednej strony będzie walczyć z homo sovieticusem w Kościele, z drugiej — w ostatniej dekadzie — przez spory o lustrację będzie ustawiany przez oponentów w roli obrońcy komunistów. W latach 90. wojujący z „Gazetą” i Michnikiem, w kolejnej dekadzie zmienia sympatie.

„To zawsze niebezpieczne, kiedy ktoś ma poczucie ostateczności swojej wizji świata” — mówi. Pisząc, doda: „Znacznie bardziej niebezpieczny od wątpliwości jest syty dogmatyzm zadowolonych z siebie osobników, którzy wiedzą wszystko najlepiej”.

Biskupi numer

Wzorem otwartości był dla niego Jan Paweł II. Papież zaprasza go na debaty czołowych intelektualistów w Castel Gandolfo, na rozmowy w cztery oczy, w wieku 42 lat mianuje biskupem. Papież miał w nim widzieć — mówili ludzie znający Wojtyłę z krakowskich czasów — młodego siebie. Kard. Dziwisz jako sekretarz Jana Pawła II zapamięta prywatnie wypowiedzianą do Papieża opinię kard. Ratzingera po spotkaniu z Życińskim, że „to jest ktoś!”. Janusz Poniewierski, biograf Jana Pawła II, zwraca uwagę: — Nigdy, nawet prywatnie, nie podważał autorytetów takich jak Wojtyła czy Wyszyński.

„Takim propozycjom się nie odmawia” — tłumaczył Życiński przyjęcie w 1990 r. od Papieża biskupstwa w Tarnowie. Kard. Nycz wspomina: — Rozmawialiśmy wtedy długo, miał rozterki, czy uda mu się pogodzić pasję naukową i publicystyczną z byciem duszpasterzem. Wahał się krótko.

Ostatnie wakacje profesorskie Życiński spędza na intensywnej pracy nad książką o filozofii nauki. Odtąd wiedzie niejako dwa równoległe żywoty, choć ten naukowy zacznie schodzić na plan drugi. „Przeżywając głęboko chrześcijaństwo — mówił Arcybiskup — trzeba przejść przez samotność Ogrójca i konanie Golgoty, gdzie nasze marzenia umierają w zetknięciu z rzeczywistością”.

Kard. Nycz: — Już po roku było widać, że nie ma u niego dylematu: na pierwszym miejscu zawsze był pasterzem. Nie zaniedbując jednak swoich zainteresowań.

Przez siedem lat jest ordynariuszem diecezji łatwej, bo małej i religijnej, ale też trudnej, bo z mocno skonfliktowanym światem duchownych, przez poprzednika zarządzanej w monarszym stylu. Nie jest mu też łatwo na terenie, gdzie nikogo nie zna. Do tego dochodzi obawa, że co innego kierować pracami katedry uczelnianej, co innego diecezji.

Ks. Ryś: — Nie miał kłopotów z trafieniem do prostych, niewyczulonych na filozoficzne niuanse wiernych. Z kolei księży zadziwił tym, że podał im numer swojego telefonu i powiedział, w jakich godzinach odbiera. A to były czasy, kiedy do kurii jeździło się osobiście.

Zyskuje uznanie jako kaznodzieja, świetnie radzi sobie z kazaniami do dzieci. Ma specyficzny zaśpiew, dla niektórych brzmiący jak przerysowana maniera, mówi głośno, w głosie słychać emocje. Nadużywa niektórych słów, w tym wzniosłych, jak „symfonia” (np. dusz), neutralnych, jak „styl”, czy potocznych, jak „żenujące”. Namiętnie zamiast „że” woli używać „iż”, zamiast „mojej” — „mej”.

— Ciętego języka używał wyłącznie w wypowiedziach medialnych — podkreśla lubelski dominikanin o. Tomasz Dostatni.

Z oponentami staje w szranki na równych prawach, wystawiając się na polemiki i krytykę, a nie po biskupiemu zasłaniając amboną. Pisze chętnie i szybko. Ma intuicję copywritera (np. słynny „Bruderszaft z Kainem”), czasem jednak tworzy barokowe zdania, ociera się o patos. Ale jego erudycja sprawia, że ideowego przeciwnika zapędza w kąt.

Czasem cios trafia nie tylko w poglądy, ale i w wyrażającą je osobę. Sam przyzna, że ze zbyt ostrych słów nieraz się spowiada. Kard. Nycz: — Miał pazur publicystyczny i to była jego wielkość. Wyrażał myśli precyzyjnie, co mogło nie zawsze służyć głębi wyrażonej prawdy, ale Arcybiskup zawsze doskonale wiedział, co i w jaki sposób chce przekazać.

Jest organizatorem, ale też zręcznym taktykiem. Kiedy informatyzuje kurię, podczas uroczystości przekazania komputerów otwiera jednocześnie kaplicę wieczystej adoracji: niech dziennikarze zobaczą.

Pasję budzą w nim i nowinki techniczne, i tradycyjne formy pobożności. Już w Lublinie, kiedy otrzymał wysokie honorarium za międzynarodową konferencję, nawet nie zajrzał do koperty. Prosto z rąk sekretarza pieniądze przekazał wiejskiemu proboszczowi na budowę kaplicy adoracji Najświętszego Sakramentu.

Letni nie był

Kard. Nycz nie wątpi, że śmierć abp. Życińskiego to ogromna strata dla Kościoła. — On burzył święty spokój jeziorka, które nie ma odpływu. Tę śmierć trzeba przemyśleć i wyciągnąć z niej wnioski dla Kościoła w Polsce. Umniejszanie jego wielkości świadczy tylko o kompleksach — mówi metropolita warszawski. Bp Pieronek opinię o stracie podziela, ale ma wątpliwości co do przyszłości: — Nie spodziewam się, żeby w episkopacie pojawiło się poczucie, że go zabrakło — przyznaje gorzko.

Jarosław Gowin, autor „Kościoła w czasach wolności”: — To był konflikt struktura—jednostka. Struktura zawsze ma preferencje do popierania letniej średniej, a Arcybiskup letni nie był. Jego potencjał w polskim Kościele był marnowany, a jego głos stał się głosem wołającego na puszczy.

Połączenie ortodoksji i otwartości drażni jego oponentów w episkopacie. W efekcie spory z Życińskim będą dotyczyć częściej stylu niż meritum, więc pojawia się też frustracja: ostatecznie bowiem nie da się w niego uderzyć, można tylko podważać autorytet. Nawet jeśli Życiński był samotnikiem i jego opinie nie przekładały się na efekty głosowań, to dawał do myślenia.

Kard. Nycz: — Miał znaczący głos, jasno formułował poglądy, nie uznawał politycznej poprawności, więc niektórzy go kontestowali, niektórzy się obrażali, inni jeszcze atakowali. On jednak wyprzedzał epokę, myślał strategicznie, patrząc na wiele lat wprzód.

Zbigniew Nosowski, redaktor „Więzi”, przypomina: — Większość braci w biskupstwie nie obdarzała go zaufaniem w głosowaniu do organów wybieralnych Konferencji Episkopatu. Nie znalazł się w gronie delegatów na watykański Synod Biskupów w 2001 r. Pojechał tam na osobiste zaproszenie Jana Pawła II.

Na pytanie Jacka Żakowskiego, czy dobrze się czuje w episkopacie, odpowiedział krótko: „Nie zostałem księdzem po to, żeby dobrze się czuć”.

Kwadrans w lesie

Bliscy Arcybiskupa nie są jego śmiercią całkiem zaskoczeni. Eksploatowany na wysokich obrotach organizm dawał już sygnały alarmowe, ale metropolita (cierpiący zapewne na ogólne wyczerpanie psychofizyczne — powiedziałby lekarz) nigdy się z nimi nie zdradzał. A nie chodziło wyłącznie o nadciśnienie. Nie chciał o tym rozmawiać, podobnie jak o przemęczeniu. — Kiedy zwracało mu się uwagę, że kiepsko wygląda, bagatelizował sprawę i zmieniał temat — mówi ks. Tomasz Adamczyk, sekretarz metropolity. Nie zdradza jednak dolegliwości, na które cierpiał Arcybiskup. Bp pomocniczy Mieczysław Cisło przyzna, że wiedzą o nich tylko lekarze w miejscowej klinice.

Życiński, nagabywany o zdrowie, wspomni o swoim mistrzu ks. Kłósaku i o ks. Hellerze, według których praca naukowa wymaga ascezy. Poza wymiarem duchowym miało to też wymiar przyziemny: niewiele jadał, nie przywiązywał się do własności (sutanny wolał cerować niż kupować), nie rezygnował z modlitwy na rzecz snu.

A sypiał mało. Ks. Adamczyk przyznaje, że trudno było rano przyjść do kaplicy domowej (obejmując Lublin, Życiński prosił, by kaplica sąsiadowała z jego mieszkaniem) przed Arcybiskupem. Choćby była 6 rano. — Potem siadał przed komputerem i pisał teksty, wracał do kaplicy o 6.30 na dalszą modlitwę i odprawiał Mszę — mówi.

Jeśli dodamy, że jeszcze o 23.00 Arcybiskup się modlił, a czasem przez kolejne parę godzin nie gasło światło w jego pokoju (wtedy przygotowywał wykłady i pochłaniał książki) — okaże się, że sypiał od 4 do 7 godzin na dobę. — Nie zmieniał tego rytmu nawet w niedziele i święta — dodaje ks. Adamczyk.

Dzień w jego grafiku nie był ściśle poszatkowany, zawsze znajdował czas na rozmowę, szczególnie jeśli ktoś prosił o pomoc. Co nie oznacza, że każdej chwili nie przeznaczał na pracę. Podczas golenia uczył się z nagrania audio słówek koreańskich.

Jego współpracownicy zgodnie mówią: zatracał się w pracy. Z ks. Lutrem kiedyś żartował, że pewnie nawet umrze w biegu. Bp Pieronek, organizator licznych konferencji, nieraz usiłował zaprosić metropolitę z Lublina. — Udało mi się kilka razy, ale to graniczyło z cudem, czasem i rok naprzód nie wystarczał, by trafić na jego wolny termin — wspomina.

Ks. Luter: — Denerwował się, kiedy coś trwało za długo, szczególnie nie znosił kościelnych nasiadówek i niekończących się obiadów. Widać było, że szuka pretekstu, by się wymknąć.

Oglądając niektóre wywiady telewizyjne, można było przyłapać go na patrzeniu na zegarek. Świetnie zorganizowany, nie spóźniał się nigdy i nigdzie. Jego ciało odkryli w rzymskim hotelu księża zaniepokojeni spóźnieniem.

Sportów nie uprawiał, jedyną fizyczną aktywnością był popołudniowy spacer: kilka okrążeń dziedzińca kurialnego, które wykorzystywał na telefony do znajomych albo odmawianie różańca. W samochodzie miał deseczkę z lampką; przeglądał korespondencję czy nowości książkowe, choćby właśnie wracał z lotniska po locie z USA. Czasem tylko prosił kierowcę o zatrzymanie się na kwadrans: lubił się przejść po lesie.

Codziennie studiował prasę — gazety, tygodniki, miesięczniki, newsy internetowe. Tylko telewizji nie oglądał. Już w krakowskim mieszkaniu miał wielką bibliotekę: regały przy ścianach sięgnęły sufitu. — Arcybiskup, nawet jeśli tylko przekartkował książkę, potrafił o niej bardzo dużo powiedzieć, miał zdolność fotografowania wzrokiem stron — mówi ks. Adamczyk.

W ostatnich latach preferował książki o Biblii, lubił też porównywać różne tłumaczenia Pisma św. Czytywał pamiętniki i biografie, a cytaty z nich wykorzystywał w przemówieniach i kazaniach. Przestudiował wszystkie dzieła ks. Tomáša Halíka, które zdobywał jeszcze zanim trafiły do obiegu. Zły humor poprawiał lekturą Janusza Głowackiego. Przy pracy słuchał muzyki, głównie Bacha i Mozarta. Muzykę dobierał do okresu liturgicznego.

Pojęcia urlopu nie znał: kiedy brał wolne, to po to, by pisać książkę. — Po Bożym Narodzeniu pojechał na pięć dni do Krakowa i wrócił z gotowym podręcznikiem dla katechetów o ewolucji — wspomina ks. Adamczyk.

Do zmęczenia dochodził stres: napięcia nie spływały po Arcybiskupie jak po kaczce, ks. Adamczyk podkreśla jego wrażliwość: — Nie lubił mówić o tym, co go rani. Choć było widać, jak bardzo się przejmuje.

— Chyba usiłował udźwignąć za dużo naraz — uważa ks. Hryniewicz. Ks. Luter podejrzewa, że abp Życiński musiał czuć narastającą chorobę: — Dlatego żył na full.

Biskupi klęcznik

Codzienne zapracowanie Arcybiskupa paradoksalnie nie odbijało się na czasie poświęcanym na modlitwę. W ciągu dnia wielokrotnie chodził do kaplicy na adorację (pisząc artykuł potrafił do niej zajrzeć nawet pięć razy w ciągu godziny). — Szczególnie przed i po trudnych spotkaniach, ale też po wykładzie, po spacerze, po powrocie z obrad KEP — mówi ks. Adamczyk. — Kiedyś przekazałem mu informację, że pewien ksiądz wystąpił z kapłaństwa: natychmiast poszedł na kilka godzin się modlić, kazał tylko przekazać siostrom, że nie będzie jadł kolacji.

Brewiarz odmawiał czasem po polsku, czasem po hiszpańsku, angielsku czy włosku. W podróży zdarzało mu się liturgię godzin odmawiać z laptopa.

Klęcznik był przy oparciu zastawiony książkami — głównie komentarzami biblijnymi, które Arcybiskup czytywał podczas medytacji. Stos odkładanych książek uniemożliwiał siedzenie, Arcybiskup mógł tylko klęczeć.

„Z różnych form modlitwy — mówił — mnie osobiście najbliższa zawsze była medytacja nad Ewangelią. Refleksja nad sytuacją Chrystusa — samotnego w Ogrójcu, pozornie przegranego na Golgocie, odrzuconego przez swoich najbliższych, którzy w swoistym »referendum« wybrali Barabasza — dawała mi poczucie jakiejś przedziwnej solidarności z Nim, kiedy widziałem swoje życiowe niepowodzenia”.

    Maciej Müller i Tomasz Ponikło

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć teologia filozofia finanse Hryniewicz arcybiskup dialog ekumeniczny strata nauki przyrodnicze teoria ewolucji Kościół w Polsce Józef Życiński Żydzi lubelscy Katolicka Agencja Informacyjna wybory do rad parafialnych debaty polityczne TW Filozof
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W