Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Grzegorz Jankowicz

Jakość nieboskłonu

Piją wino i tańczą do muzyki z patefonu. Wojtyła woli rozmawiać, zapewne o tearze i poezji. Pankowski angażuje się w  dyskusję, ale zdecydowanie ciągnie go do tańca.

Gdy spotkali się w 1938 r. jako studenci krakowskiej polonistyki, łączyło ich bardzo wiele: pochodzenie, literackie pasje, podobne ambicje i niesamowita energia, której niewielu potrafiło sprostać. A jednak ich relacje nie wykraczały wówczas poza konwencjonalne koleżeństwo. Widywali się na wykładach, w akademiku, od czasu do czasu wpadali na siebie podczas wieczorów poetyckich lub okolicznościowych przyjęć u znajomych. Z czasem ich drogi się rozeszły, pojawiły się między nimi nieprzekraczalne różnice światopoglądowe i estetyczne. Ale coś ich do siebie przyciągało — jakby chcieli się przejrzeć we wzajemnej odmienności.

Grzebień

24 czerwca 1939 r. Mieszkanie rodziców Anny Nawrockiej przy ul. Siemiradzkiego 3 w Krakowie. Kilka osób z pierwszego roku polonistyki oblewa zaliczoną sesję egzaminacyjną, która mocno dała im się we znaki. Obok Wojtyły i Pankowskiego są jeszcze: przyszła profesorka UJ Maria Bobrownicka, późniejsza współzałożycielka Piwnicy pod Baranami Janina Garycka, Tadeusz Kwiatkowski, po wojnie poczytny pisarz satyryczny, i Wojciech Żukrowski — zapowiadający się poeta, reportażysta i scenarzysta. Piją wino i tańczą do muzyki z patefonu, nie przeczuwając, że za kilka miesięcy wojenny chaos pochłonie dawne znajomości. Wojtyła woli rozmawiać, zapewne o teatrze i poezji. Pankowski słucha uważnie, angażuje się w dyskusję, ale zdecydowanie ciągnie go do tańca.

Poznali się kilka miesięcy wcześniej w kamienicy przy ul. Gołębiej, gdzie odbywały się wykłady i ćwiczenia dla przyszłych polonistów. Kapitalny rocznik, grupa niezwykle utalentowanych ludzi, z których wielu wybrało później pracę naukową lub artystyczną. Pankowski i Wojtyła codziennie poruszają się między gmachem UJ a akademikiem „Bratniak”, gdzie zostali zakwaterowani (przyszły papież musiał się tam przeprowadzić z mieszkania na Dębnikach). „Kiedy zbiegał po kamiennych schodach uniwersytetu krakowskiego — pisał o Wojtyle autor „Smagłej swobody” — można było kulę ziemską spod nóg mu usunąć, byłby szedł prościuteńko, i tylko palcami, od czasu do czasu, przeczesywałby swą ciemnopłową czuprynę, z drugiej ręki poematu nie wypuszczając”. To charakterystyczny dla Pankowskiego fragment. Najpierw obraz ciała, pojedynczego gestu, który przyciąga wzrok obserwatora, a dopiero później cechy charakteru. We wszystkich zapiskach wspomnieniowych o Papieżu Pankowski będzie powtarzał ten narracyjny chwyt, doskonale oddający jego stosunek do ludzi i świata: liczyły się dlań ponad wszystko zmysłowe detale, wokół których krążyła jego percepcja, zmuszając do konstruowania celnego opisu. Studenci pierwszego roku powtarzali fraszkę: „Młodym rybom brak podniebień / Czy Wojtyła ma już grzebień?”. Nie wszyscy wiedzieli, że jej autorem był właśnie Pankowski.

Przeprowadzka do Krakowa oznaczała dla obu awans kulturalny. Upajali się atmosferą dużego miasta i choć nie mieli ani pieniędzy, ani śmiałości, by wejść w towarzystwo starszych pisarzy i krytyków, nie opuszczało ich poczucie, że znajdują się w centrum ówczesnego życia literackiego. Na ich młodzieńczą twórczość miały wpływ dwie tradycje: romantyczna i młodopolska. Pankowski, krytykując później nieznośną manierę stylistyczną swych wczesnych utworów, mówił, że w tamtym okresie zajmowali się przede wszystkim „pochwałą drzew liściastych i szpilkowych z domieszką pstrej ornitologii... i czasowników w pierwszej osobie”.

Od czasów wadowickich Wojtyłę fascynował również teatr. W Krakowie najpierw uczęszczał na zajęcia teatrologiczne prowadzone przez Stefana Kołaczkowskiego, Władysława Dobrowolskiego i Stanisława Pigonia, a później wstąpił do Konfraterni Teatralnej — Studio 39 Tadeusza Kudlińskiego. W tym czasie Pankowski odkrywał polityczną historię Krakowa. Za sprawą ojca interesował się działaniami PPS-owców, namawiał znajomych do uczestnictwa w wykładzie Wandy Wasilewskiej, która opowiadała o zaniedbanym przez władze sanacyjne Polesiu. A nade wszystko koncentrował uwagę (nie tylko literacką) na zmysłowym wymiarze dookolnej rzeczywistości. Słowem — już wtedy zaczęły się ujawniać różnice w oglądzie świata, które kilkadziesiąt lat później będą podstawą ich żarliwego (przynajmniej ze strony Pankowskiego) sporu o religię i rolę Kościoła w Polsce.

Dwa spotkania

Po wybuchu wojny Wojtyła został w Krakowie, gdzie podjął tajne studia teologiczne i pracował w kamieniołomie Solvay. Pankowski trafił do wojska, został aresztowany i zwolniony przez hitlerowców, wrócił do Sanoka, gdzie zaangażował się w działalność ruchu oporu. Kolejne aresztowanie skończyło się dla niego trzyletnim pobytem w trzech obozach koncentracyjnych: Auschwitz, Gross-Rosen i Bergen-Belsen. Po wyzwoleniu w kwietniu 1945 r. pisarz wyjechał do Belgii, gdzie postanowił się osiedlić. Wybrał emigrację, choć — jak wielokrotnie powtarzał — nigdy nie była to emigracja pełna. Nie zerwał bowiem kontaktów z krajem, choć na pierwszą podróż do Polski musiał czekać aż do 1958 r.

Wcześniej powtórnie spotkał się z Wojtyłą, który pewnego dnia zadzwonił do niego (Pankowski mieszkał w Brukseli, gdzie pracował jako polonista na uniwersytecie) i zaprosił na obiad do rodziców znajomego, mieszkających we Flandrii. „Przyjechałem w sam raz na podwieczorek — wspominał Pankowski. — Kawa i ptifury na tle ogólnej rozmowy, sztukowanej z lingwistycznych konieczności uśmiechem”. Owe „lingwistyczne konieczności” (przez uprzejmość dla domowników rozmawiali po francusku) sprawiły, że spotkanie pozostawiło w nich poczucie niedosytu. Pankowski opowiadał krótko o obozowych doświadczeniach. Kiedy wreszcie mieli sposobność porozmawiać przez chwilę na osobności, Wojtyła zaproponował mu pomoc duchową, z której pisarz nie skorzystał. Odebrał jego gest jako przejaw koleżeńskiej życzliwości, ale w relacjach z tego spotkania dawał wyraz pewnemu zażenowaniu. Oto jego znajomy, z którym kilkanaście lat wcześniej rozmawiał przy winie o poezji, proponuje mu spowiedź, tak jakby zapomniał, że pisarz ma obowiązek przemawiać w inny sposób.

Kolejne spotkanie miało miejsce bez mała dwie dekady później. Autor „Rudolfa” wracał właśnie z Polski do Brukseli. Odprawa paszportowa na Okęciu, ciężki bagaż, spacer po płycie lotniska do samolotu. Nagle ktoś krzyczy: „Marian Pankowski z Sanoka!”. „Dziwnie zabrzmiały te trzy słowa w ustach Karola. Jakby w pałacu biskupim przedstawiał mnie swoim wirtualnym gościom...”. Mieli kilka minut, żeby zamienić ze sobą parę konwencjonalnych zdań (Wojtyła spieszył się na samolot do Rzymu).

I znów kilka lat przerwy, podczas których Wojtyła piął się po szczeblach kościelnej hierarchii, Pankowski zaś robił karierę akademicką. Pisał i wydawał — głównie własnym sumptem — kolejne książki (powieści, dramaty, rzadziej poezje). W brukselskich kręgach intelektualnych i artystycznych dominował krytyczny stosunek do katolicyzmu. Pomogło to pisarzowi uporządkować sprawy związane z religią. Wpływ miały na niego również regularne wizyty w Polsce, gdzie obserwował zderzenie dwóch sił — komunizmu i katolicyzmu — z których żadna nie wydawała mu się atrakcyjna. Wiarę utracił w hitlerowskich kacetach, ale antyklerykalizmu nabawił się w odwiedzanej po wojnie Polsce.

Gdy jednak w 1978 r. dotarła do niego informacja, że Wojtyła uczestniczy w konklawe, gorąco mu kibicował. „To było moje osobiste, polskie życzenie — mówił w rozmowie z Piotrem Mareckim. — Poczułem wielką radość, bo każdy wielki honor, który spotyka Polaka, jest moją radością. Mnie łatwo jest, powiedzmy, zadziwić i ucieszyć”. Próbował Wojtyłę ochronić przed swym antyklerykalizmem, co nie było wcale łatwe. Kult papieski, który zaczął się błyskawicznie rozwijać w Polsce lat 80., jawił mu się jako proces desakralizacji religii. Dzięki matce, Pankowski był bardzo przywiązany do rytuałów. Nie wierzył w nie, ale doceniał ich rolę społeczną. Katolicyzm pielgrzymkowo-stadionowy był w jego przekonaniu nieświadomą ucieczką od sacrum, którą przedsięwzięło całe społeczeństwo.

W połowie lat 80. napisał powieść „Pątnicy z macierzyzny”. Zamierzył się w niej na krytykę, której podówczas nie podejmował prawie nikt. Kościół odgrywał strategiczną rolę w walce z komunizmem, co sprawiało, że wszelki namysł nad strukturą polskiej religijności odbierano jako zamach na wolność. Pisał z perspektywy człowieka z zewnątrz, który spogląda na polską rzeczywistość z ukosa — nie jest do końca swój, ale też nie zerwał wszystkich więzów. Stworzył groteskowy obraz pątników, pielgrzymujących do miejsc kultu, które zamieniają się w sceny obrzędowego teatru.

To teatralne porównanie odsyłało rzecz jasna do Papieża. „U niego raczej nie było klęczek — mówił Pankowski — tylko teatr, przedłużenie tego teatru krakowskiego: tłumy oklaskujące, ryczące. My wszyscy w świecie zachodnioeuropejskim kiwaliśmy głową, patrząc na to, i uderzające wydawało nam się, jak bardzo jego to cieszy i raduje. Owszem, ten katolicyzm pielgrzymkowy dotyczy również jego jako papieża, ale książka moja nie była z pewnością wymierzona w niego. I należy podkreślić przy tym, że książka moja nie umniejszyła w żaden sposób sympatii, jaką do niego żywiłem”.

Jeden dzień z życia Papieża

Pankowski podkreślał, że uprawia „wesołą krytykę” katolicyzmu i kultu papieskiego. Wszystko to są szaleństwa poety — powiadał — który podrzuca słowa, żongluje metaforami, posyła życzenia pod fałszywe adresy. Czy teksty pisarza docierały do Papieża? Pankowski był przekonany, że do Watykanu trafia przynajmniej ich ściszone echo, ale musiał czekać bez mała dwa dziesięciolecia, by się o tym przekonać. W tym czasie tworzył kolejne „wesołe krytyki”.

W 1994 r. redakcja francuskiego tygodnika „Le Nouvel Observateur” zainicjowała projekt literacki pt. „Jeden dzień z życia świata”. Podobną zabawę wymyślił wcześniej Maksym Gorki, który w 1934 r. poprosił grupę wybitnych pisarzy europejskich o opisanie jednego dnia ludzkości. Redaktorzy „NO” wybrali 300 pisarzy z całego globu (w tym czterech Polaków: Kazimierza Brandysa, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Tadeusza Konwickiego oraz Mariana Pankowskiego). Otrzymali takie samo zadanie: opis konkretnego dnia, 29 kwietnia 1994 r. Autor „Pątników...” nawiązał do depeszy prasowej, która obiegła cały świat: Ojciec Święty pośliznął się w łazience i upadł. Pankowski dowiedział się o tym w pociągu do Brukseli i od razu postanowił, że swój tekst poświęci wypadkowi Papieża.

Na jednej stroniczce łączy trzy wydarzenia: społeczną inicjację przedwojennej młodzieży polskiej, zamach na Jana Pawła II oraz jego nieszczęsną przygodę łazienkową. Według Pankowskiego młodzi ludzie mieli w dwudziestoleciu międzywojennym trzy drogi: kapłaństwo, żołnierkę lub poezję. Różnice między tymi profesjami były pozorne, bowiem ostatecznie wszyscy musieli się poświęcić jednemu: obronie ojczyzny. Tego wymagał od nich naród, tego domagała się tradycja, tego wreszcie oczekiwała pamięć przyszłych pokoleń, która — niczym kupiec — czekała, aż teraźniejszość wyda z siebie odpowiedni towar do wiecznego handlu.

Jedną z tych dróg podążał od czasów wojny Wojtyła. Gdy wrócił do zdrowia po zamachu dokonanym przez „innowiercę chorego na wiarę”, świat był świadkiem jego wielkości. Ale od tamtej pory — powiada Pankowski — wiele się zmieniło. Nie tyle w samym Papieżu, ile raczej w społecznym odbiorze religii, w komunikatach, jakie trafiają do wiernych (za sprawą medialnego szaleństwa, które opętało ludzkość, ale także w wyniku zmieniającej się struktury samego chrześcijaństwa). „Widok upadku, czyli raptowne poniżenie wysokości, wywołuje zawsze niezamierzony odruch ludyczny”.

Dwa lata później ukazała się niewielka powieść Pankowskiego pt. „Balustrada”. Jej bohater otrzymuje list z informacją o łańcuszku szczęścia. By go podtrzymać, należy trzykrotnie przepisać i rozesłać do znajomych Sen Ojca Świętego:

„Kto przepisze trzy razy historię Snu

 Ojca Świętego, ten,

choćby miał grzechów, jak piasku w morzu,

jak gwiazd na niebie,

jak liści na drzewie,

będą mu się rajskie wrota otwierały,

a piekielne zamykały! Amen!”.

Magia rytuału zastąpiona odpustowym banałem, którego pisarz nie mógł znieść. „Bo Pankowski — mówił o sobie — nigdy nie porzucił sacrum, ale też trzasnął drzwiami kościołów i tam nie wchodzi, a jeśli już, to jako turysta, badacz krytykujący. Uważam, że przeszłość katolicka dalej we mnie jest, ale ujęta w formę niekatolickiego sacrum”.

Jest rok 2002. Pankowski otrzymuje telefon od Wojciecha Ostrowskiego, polskiego dyplomaty, który przygotowuje dossier przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Ostrowski streszcza prywatną rozmowę z Papieżem, który — jak się okazuje — pytał o pisarza z Brukseli, Mariana Pankowskiego. Ostrowski spotyka się z autorem „Smagłej swobody” podczas przyjęcia u Marii Głowacz. Rozmawiają o sprawach polskich — o polityce, Kościele, wstąpieniu Polski do Unii. Ostrowski, któremu towarzyszy żona Anna, pyta, czy może się podzielić obserwacjami Pankowskiego z Papieżem. Po jakimś czasie przekazuje pisarzowi pozdrowienia i życzenia świąteczne od Wojtyły.

Po raz kolejny nawiązują kontakt, tym razem listowny. Pankowski korzysta z okazji, by przedstawić swój punkt widzenia na sprawy Kościoła. Wskazuje na zgubne przewagi pielgrzymkowego katolicyzmu polskiego. Krytykuje posoborowe zmiany w liturgii, które — znamy już ten argument — prowadzą do powolnego zeświecczenia. Zwracając się w stronę wiernych — powiada — kapłan odwraca się plecami do sacrum, co radykalnie zmienia „jakość nieboskłonu” (to kapitalne wyrażenie z „Balustrady”).

Listów nie jest wiele, ale w niektórych poruszone zostają fundamentalne kwestie. W korespondencji z listopada 2004 r. Pankowski pisze o swej rodzinie — o szczęśliwej rodzinie, w której socjalizm ojca połączył się z katolicyzmem matki. Dzięki temu doskonale znał obydwa znaczenia słowa „czystość”. Sens moralny tego pojęcia — mówi autor „Pątników...” — został „zaktualizowany”, gdy opinia publiczna dowiedziała się o aferach pedofilskich i seksualnych w Kościele. Jest to — według Pankowskiego — symptom pewnej choroby, którą wywołał pogardliwy stosunek do ciała. Uciskana zmysłowość — argumentował dalej — szuka ujścia w transgresji, której nie da się już opanować. Sacrum i cielesność nie powinny być ze sobą w stanie wojny.

Korespondencja urwała się gwałtownie. Jeden z listów pisarza pozostał bez odpowiedzi. „Niekatolicka świętość” nie dawała mu jednak spokoju. „Mam teraz poważne odnośniki — mówił w ostatnim wywiadzie — chaos, ku któremu nasza planeta zmierza nieodwołalnie, topi się w nim, a z drugiej strony sacrum, któremu zaprzeczamy, z którego sobie kpimy, kiedy bawimy się w ateizm. Stoimy między biegunami, nie wiemy, co wybrać, ale szanujemy własną niewiedzę”. Przy czym w ostateczności Pankowski wybierał zupełnie inną drogę, na której przewodnikiem były dlań zmysły. Tak jak na przyjęciu u Anny Nawrockiej po długiej rozmowie wybrał taniec.

Maria Bobrownicka wspominała, że Wojtyła też wtedy trochę tańczył.                

Korzystałem z następujących źródeł: listy Mariana Pankowskiego do Papieża (z prywatnego archiwum pisarza); wywiad rzeka z Marianem Pankowskim Piotra Mareckiego (przygotowywany do druku); „Kalendarium życia Karola Wojtyły”, oprac. ks. Adam Boniecki, wyd. II, Kraków 2000; „Świat słowa Jana Pawła II. Refleksje — wspomnienia — opinie”, oprac. Marta Dalgiewicz, Tarnów 2007.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jan Paweł II Karol Wojtyła beatyfikacja proces beatyfikacyjny Marian Pankowski
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W