Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Zuzanna Radzik

Cichy eksodus

Dziwne jest miejsce kobiety w Kościele. Centralno-marginalne. Są wszędzie, ale ich nie ma. Ciągle o nich mowa, ale nie mają głosu.

Statystyki mówią, że w Kościele trwa cichy eksodus. Wiele kobiet zderza się z patiarchalną rzeczywistością, a potem delikatnie dryfuje ku jego granicom. Ten ubytek zauważyli socjologowie: w ciągu 20 lat liczba praktykujących kobiet spadła aż o 26 procent (więcej o tym pisze ks. Jacek Prusak na str. 5). Może nie w małych miasteczkach i wsiach, jednak w miastach gołym okiem widać to, co liczby potwierdzają.

O nas bez nas

Oczywiście parafie wciąż stoją aktywnością kobiet, a kościoły są pełniejsze ich niż mężczyzn. Kościół jest kobietą, jest pełen kobiet — powtarzają duszpasterze i publicyści. Być może, ale czy dla kobiet jest skrojony?

Mimo że świeccy, w tym kobiety, mogą według nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego pełnić rozmaite kościelne funkcje, to w radach i komisjach Episkopatu wśród 250 członków jest ok. 20 kobiet. Jedna rzeczniczka prasowa diecezji, nieliczne pracownice kurii.

Wiemy, czego nie możemy chcieć. Zostawiając na boku prezbiterat: w większości parafii w Polsce dziewczynka nie może chcieć służyć przy ołtarzu czy być lektorką, w całym kraju świeckiej kobiecie nie wolno marzyć o byciu nadzwyczajną szafarką. Milcząco przystajemy na kościelne: bo tak!

Jednocześnie kobiety bardzo się zmieniły. Pomimo doświadczania nierówności w życiu społecznym i na rynku pracy, coraz częściej oczekują równego traktowania. Nie mniej wykształcone i kompetentne niż mężczyźni, wiedzą, że należy im się podobne do nich miejsce. Dla wielu praca zawodowa nie wynika tylko z konieczności, ale daje satysfakcję. Czy tak odmienione odnajdą się w Kościele?

Pancerny sufit

Na rynku pracy mówimy o szklanym suficie, dyskretnie blokującym podwyżki i awanse. Tu sufit jest pancerny. Wyższe poziomy decyzji i kościelnej kariery dla jednej płci nie są w ogóle dostępne. „Kariera kościelna” to może paskudne sformułowanie, ale nie udawajmy, że mężczyźni-księża w Kościele nie robią karier — bardzo często świadomie pną się po kolejnych diecezjalnych czy kurialnych szczeblach. Niższe poziomy stanowisk, nawet w pozornie niewymagających święceń kapłańskich instytucjach, też zarezerwowane są dla nich.

Kobiety-teolożki pracujące na kościelnych wydziałach? W kraju jest 27 diecezji, w każdej seminarium i szkoły zakonne, a wykładowczyń zaledwie kilka. Mało kto rozumuje jak pewien biskup z Meksyku, który powtarzał: „Gdybym mógł na wydziale teologii zatrudnić kobietę, płaciłbym jej podwójnie: bo uczy teologii, i bo jej obecność uczy księży, że kobieta może ich czegoś nauczyć”.

Bardziej drażliwe tematy lepiej zostawić. Rozmowę na temat prezbiteratu kobiet dwa lata temu, w kazaniu na Wniebowzięcie, kard. Józef Glemp skwitował: „Niejedna pani może być dobrym administratorem, może przemawiać, ale nie może wejść w ten osobisty związek z Chrystusem-Ofiarą na Krzyżu, który dał swoje Ciało i swoją Krew”. Na pocieszenie dodał, że kobiety dają ciało i krew w innym porządku: mogą być matkami księży.

Co oni tam wiedzą

Przychodzi kobieta do kościoła i...? Kiedy słowa skierowane są właśnie do niej, słyszy o macierzyństwie, dzieciach, poświęceniu, płodności, antykoncepcji i aborcji. Jakby w ławie kościelnej nie siedziała ona cała, tylko jej macica.

Ciało kobiety jest nieustannie przedmiotem troski kaznodziejów i pryzmatem, przez który jest widziana. Gdy o dzieciach mowa, mówi się do kobiet, a nie mężczyzn. Jakby w świecie kazań ludzie rozmnażali się przez dzieworództwo. Coraz częściej kobiety są tym rozdrażnione. Nie tylko młode, wystarczy wsłuchać się w kobiece rozmowy międzypokoleniowe, by wychwycić wspólny refren: co tam oni o nas wiedzą.

Kaznodzieje fascynują się kobiecą delikatnością i subtelnością, autorzy podkreślają, że kobieta ma specjalną rolę, bo w naturalny sposób jest bliższa Bogu niż mężczyzna — to ona ma mężczyznę do Boga przyprowadzić. Odmieniają papieskie sformułowanie „geniusz kobiety” tak jak im wygodnie. Przekonują, że Kościół broni kobietę przed narzucanymi jej wzorcami nowoczesności, pogoni za tym, by być jak mężczyzna. Kard. Kazimierz Nycz w Piekarach Śląskich w 2009 r. martwił się o to, że świat mówi kobiecie, iż „ma zrezygnować ze swojej delikatności, subtelności, a ponad macierzyństwo postawić pracę zawodową i samorealizację”. Tłumaczył, że Kościół „pozostanie konserwatywny w swoim nauczaniu i w swoim nieustannym przypominaniu o godności kobiety, która bierze się z macierzyństwa i rodzicielstwa, a służy rodzinie i wychowaniu. Wspaniałość i wielkość kobiety ma swój wzór w Maryi, Matce Chrystusa i naszej Matce”. Dodawał też, że zadań w rodzinie nie da się podzielić po 50 procent, bo kobieta jest niezastąpiona w wychowaniu dziecka.

Zadania stawiane przed kobietą  bywają doniosłe społecznie, choć zawsze matczyne: „Kobieta nowych czasów, kobieta Trzeciego Tysiąclecia, to strażniczka integralnego rozwoju człowieka i całego społeczeństwa” — mówił w 2010 r. do pielgrzymki dziewcząt i kobiet abp Damian Zimoń.    

Gra w pigułki

„W sumie to sama nie wiem, Kościół jest dziwny” — pisze forumowiczka w jednej z tysięcy internetowych rozmów o antykoncepcji, Kościele i spowiedzi. Pisze, zastanawiając się, czemu metody naturalnego planowania rodziny „tak”, a prezerwatywa „nie”. Większość nie rozumie, skąd reguły i czemu służą. Większość też się do nich nie stosuje.

W internetowych dyskusjach, podobnie jak w tych zasłyszanych w kawiarniach, autobusach, od kuzynek i koleżanek, występują „oni” i „my”. „Oni” są rodzaju męskiego, czasem nazywani mężczyznami w koloratkach; decydenci. „My” jest rodzaju żeńskiego. „My” jest żywo zainteresowane sprawą, ale nie rozumie niuansów kościelnych zasad. „Oni” pewnie też ich nie pojmują, bo skargi, że tu rozgrzeszają, a tam nie, słychać często. Ten brak konsekwencji wykorzystują kobiety, przekazując sobie nazwiska księży, którzy rozgrzeszenie dają.

Większość rodzin w katolickiej Polsce ma rozmiar 2+2 nie dlatego, by NPR był powszechnie stosowaną metodą planowania rodziny. Po prostu stosują antykoncepcję. Albo nie spodziewają się dostać rozgrzeszenia i do spowiedzi nie chodzą, albo kombinują. Nie będą ryzykować, czy trafią na księdza, który spojrzy łagodnie, czy na takiego, który będzie grzmiał. Albo nie chcą mieć poczucia, że kombinują, więc rezygnują z prób. Poza wszystkim kobiety mają też opór, by mówić mężczyźnie o intymnych sprawach.

Poruszająco wyznaje użytkowniczka jednego z forów: nie spodziewa się, by jej sytuacja nieprzystępowania do sakramentów, spowodowana stosowaniem antykoncepcji, miała się zmienić i bardzo ją to smuci. Na razie smuci, bo potem może nauczy się być obok, przestanie przychodzić. Albo, jak inni, przestanie szczerze wyznawać na spowiedzi, jakich metod używa planując wielkość swojej rodziny. Czy zatajanie w konfesjonale przyjmowania tabletek dobrze służy życiu duchowemu? Czy wykluczone do menopauzy z życia sakramentalnego, później do niego wrócą? Pewnie nie.

Imagine...

Dziwne jest miejsce kobiety w Kościele. Centralno-marginalne. Są wszędzie, ale ich nie ma. Ciągle o nich mowa, ale nie mają głosu. Żyjąc w coraz bardziej egalitarnym społeczeństwie, jednocześnie uczestniczą w życiu instytucji zarządzanej w pełni przez mężczyzn. Amerykańska teolożka, Elizabeth Schussler Fiorenza rozwiewa mit, że w pierwotnym Kościele było lepiej. O pierwszych chrześcijanach mówi jednak, że kobiety i mężczyźni byli równie marginalizowani. Łączyło ich emancypacyjne zmaganie nowego ruchu religijnego. Gdy religia okrzepła, energia została wytłumiona. Nie ma złotej przeszłości, ale możemy zadbać o przyszłość.

Wyobraźmy sobie inny Kościół, dostępny i przyjazny dla kobiet. Czy byłoby nam w nim źle? Wyobraźmy sobie... to ważne, żeby przekroczyć granice tego, co znamy, i pomyśleć, jak mogłoby być. Czy kobieta nauczająca z ambony jest aż tak nie do pomyślenia? Czy nie można by jej powierzyć administracji i decyzji? Czy nasze siostry i córki nie mogłyby dorastać w poczuciu, że w Kościele mają coś do powiedzenia, a ich miejsce jest też w służbie ołtarza?

Ignorując talenty, zaangażowanie i powołanie ponad połowy wierzących — traci cały Kościół. Niewykorzystany potencjał kobiet to nasz grzech marnotrawstwa. To, co dostały, jest im dane też dla wspólnoty, z którą mogłyby się podzielić. Bylibyśmy wszyscy bogatsi, pełniejsi. Inaczej — oddychamy tylko jednym płucem.

Wyjście czy bez wyjścia

Przy kolacji rozmawiamy o kobietach w kościele. Gospodynią jest zakonnica po siedemdziesiątce, emerytowana profesorka teologii z Kanady. W końcu stwierdza: „Można tak czekać i czekać, nic się nie zmienia. Trzeba by zrobić strajk, powiedzieć, że jak nic się nie zmieni, przestaniemy przychodzić do tego ICH kościoła!”.

Zachęta do wyjścia z kościelnych struktur jako opuszczenia niewoli wstrząsnęła mną, gdy pierwszy raz pochłaniałam feministyczną literaturę teologiczną. Uważałam, że postulat jest zbyt mocny. Najlepiej zmieniać Kościół od wewnątrz. Jest jednak w tym wezwaniu jakiś urok radykalnej szczerości: odchodzę, bo nie stwarzacie mi tu godnego miejsca. Nie zagospodarowujecie moich umiejętności, nie bierzecie pod uwagę mojej wrażliwości. Nie jest to jedynie odejście w imię niezaspokojonego ego. To rezygnacja z miejsca, które godzi w godność osoby na równi przez Boga powołanej, tak samo odkupionej.

Same teolożki przeprowadziły krytykę wezwania do eksodusu, które dominowało przez jakiś czas wśród chrześcijańskich i żydowskich feministek. Zaczęły dostrzegać, że tkwi w nim pewne złudzenie. Pisała o tym Elisabeth Schussler Fiorenza, mówiąc, że łudzimy się, iż przeniesiemy się do feministycznej „ziemi obiecanej”, ale ona nie istnieje, nawet w nas samych jej nie ma. Być może luksus takiej wyprowadzki dostępny byłby uprzywilejowanym kobietom, ale nie większości.

Fiorenza mówi, że nie wyjście, ale wspólne zmaganie jest rozwiązaniem. Jakiś wspólny wysiłek, staranie, by odchodzić nie było trzeba. Najwięcej zależy od samych kobiet. Fiorenza dodaje: tylko kobiety, które zrozumieją siebie jako Kościół i nie będą w nim biernymi obserwatorkami, mogą Kościół dla siebie odzyskać. Muszą zatem pozwolić sobie chcieć więcej. Jeśli zaś zdecydują się odejść — trzasnąć za sobą drzwiami. Tak, koniecznie trzasnąć. Zacznijmy od tego, żeby skończyć z cichymi odejściami.

Zuzanna Radzik (ur. 1983 r.) jest teolożką, członkinią zarządu Forum Dialogu Między Narodami oraz Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Stale współpracuje z „TP”.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: feminizm praca Kościół kariera kobiety pigułki antykoncepcyjne teolożki rola kobiet menopauza
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W