Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Rachunek sumienia

Ks. Bogdan Giemza:
Potrzeba nam rozeznania duchowej
sytuacji Kościoła w Polsce.
Bo ewangelizacja polega najpierw
na uświadomieniu sobie jej potrzeby.
A z tym mamy problem.

Tomasz Ponikło: Czy Kościół potrzebuje się nawracać?

Ks. Bogdan Giemza SDS: Kościół potrzebuje stale dokonywać rachunku sumienia i wciąż się nawracać. Zagubiliśmy dziś poczucie grzeszności, które w początkach chrześcijaństwa było tak ważne dla Ojców Kościoła. Dla Orygenesa Kościół to wręcz nierządnica, którą Chrystus obmywa swoją krwią.

 

Zatraciliśmy tę świadomość? W książce „Rachunek sumienia Kościoła w świetle Apokalipsy” napisał Ksiądz, że dla Kościoła w Polsce „zgubne może być uleganie pokusie samozadowolenia”.

Ta pokusa była i jest wciąż obecna — zarówno w wymiarze osobistym, jak i wspólnoty Kościoła. Uznanie, że wszystko jest dobrze, że niczego nie trzeba poprawiać, jest zgubne. Kard. Adam Sapieha na pytanie: „co wy robicie, że w Polsce są pełne kościoły?” odpowiedział: „Nic, dzwonimy i ludzie przychodzą”. Ale coraz częściej wierni i duchowni dostrzegają obszary, które wymagają u nas korekty. Również i to, że nie możemy się chełpić w stosunku do Kościoła Zachodu.

 

A nadymamy się jak balon. W głośnym ostatnio rachunku sumienia o. Ludwik Wiśniewski użył takiej właśnie metafory. Czy ten balon pęknie?

Nie ma prostych odpowiedzi. W perspektywie dwóch tysiącleci widzimy w Kościele powody do chwały i do wstydu. W Kościele istotne jest — jak podkreśla Benedykt XVI — że to Kościół Chrystusowy, a nie nasz. Czyli budowany nie tylko przez nasze projekty. Mój współbrat mawia, że to próba złożenia szwajcarskiego zegarka z polskich części.

 

Jakie części mamy w Polsce dostępne i kto ma złożyć ten zegarek?

Za tę pracę odpowiedzialni są wszyscy: oczywiście hierarchia, duchowni, zakony, ale też świeccy. Wierni świeccy w Polsce to uśpiony olbrzym. Sporo jest do zrobienia, żeby wyrwać go z drzemki. Ale zachowujmy też umiar — w teologii podkreśla się, że można zgrzeszyć przez nadmiar albo przez niedomiar. Nie ulegajmy ani czarnowidztwu, ani triumfalizmowi. W Kościele potrzebna jest różnorodność i szczęśliwie pojawiają się u nas nowe ruchy.

 

Już w 1987 r. Jan Paweł II mówił, że Polska potrzebuje ewangelizacji. W książce przytoczył Ksiądz późniejszy o sześć lat gorzki komentarz ks. Józefa Kudasiewicza: „Kiedy w latach 40. ukazała się we Francji książka »Francja krajem misyjnym«, kard. Suhard, czytając, płakał. Nam sam Ojciec Święty powiedział, że jesteśmy krajem misyjnym, nikt jednak nie płakał. Wręcz przeciwnie, wszyscy się śmiali i bili brawo, które odbijało się od Ściany Wschodniej i szło ku Dworcowi Centralnemu (...). Tysiącletni Kościół okazał się Kościołem niedojrzałym”. Ten nasz kraj katolicki nadal potrzebuje ewangelizacji?

Ewangelizacja polega najpierw na uświadomieniu sobie jej potrzeby. Z tym mamy problem: nie zdają sobie z tego sprawy ani duchowni, ani świeccy. Potem ewangelizacja wymaga pokory — mówię to jako człowiek, który towarzyszy ludziom w takich sytuacjach, jak odchodzenie ich bliskich od Kościoła i wiary — bo wiara to łaska. Więc nie próbujmy kodyfikować sposobów ewangelizacji, tylko skupmy się na dotarciu do konkretnego człowieka. Jednym wystarcza przekaz tradycyjny, drugim intelektualny, inni szukają w modlitwie. Żeby wiedzieć, jak prowadzić duszpasterstwo, trzeba najpierw rozeznania duchowego sytuacji Kościoła. Jan Paweł II w 1991 r., czyli w nowej sytuacji ustrojowej i społecznej w Polsce, tłumaczył biskupom: inne były doświadczenia Kościoła przed 1989 r., inne są dziś — i ta nowa sytuacja wymaga duchowego rozeznania. A w Polsce jeszcze go nie dokonaliśmy.

Inną płaszczyzną ewangelizacji są właśnie nowe ruchy. Fascynuje mnie Kościół we Francji, gdzie powstaje wiele z nich. Polega to dziś na stwarzaniu przestrzeni wspólnego doświadczenia i dzielenia się wiarą. Kiedy w 1997 r. moje zgromadzenie zakonne tworzyło Centrum Formacji Duchowej, działające dziś w Krakowie i Trzebini, udało nam się właściwie rozeznać potrzeby wiernych. Dziś centra są oblężone, bo ludzie chcą się skupić na modlitwie. Ile razy tam pracuję, cieszę się doświadczeniem Kościoła, bo znajduję się przede wszystkim wśród ludzi świeckich, obok duchownych i zakonników, którzy szukają rozwoju.

 

Przez niemal pół wieku funkcjonowania w tzw. realnym socjalizmie — jak Ksiądz diagnozuje — nasz Kościół zaraził się chorobami komunizmu. Widać, że także na poziomie retoryki, np. kiedy o. Tadeusz Rydzyk mówi o prześladowaniu księży w Polsce. To potężne nadużycie i brak doświadczenia — o czym mówił w „TP” kard. Kazimierz Nycz — Kościoła powszechnego, który w takich krajach jak np. Indie, Wietnam, Chiny doświadcza prześladowań.

W skali Kościoła powszechnego na pewno mamy do czynienia z powrotem Kościoła męczenników. Ale w Polsce nie można używać wielkich kwantyfikatorów. Pojęcie „prześladowania” ma w historii Kościoła wymowne i zarezerwowane znaczenie. Jednak w kontekście współczesnej Europy kard. Joachim Meisner mówi, że Chrystus i Kościół stali się pariasami Europy. Działania zgodne z duchem Ewangelii mogą być łatwo kwestionowane. W Boże Ciało kard. Nycz i prymas Józef Kowalczyk wyrazili krytyczne opinie o związkach partnerskich, braku polityki prorodzinnej i podziałach w życiu publicznym. Niektóre media określiły to jako „polityczne wystąpienia biskupów”. Tak dezawuowano te homilie, bo polityka to dziś — inaczej niż w źródłosłowie, który odsyła do dobra wspólnego — dbanie o własne interesy. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z prześladowaniami, ale nie ma też już u nas sytuacji sprzyjającej ewangelizacji.

 

Bo załamało się zaufanie do Kościoła, którym od kilku lat szarpie problem pedofilii. W „Tygodniku” ks. prof. Grzegorz Ryś, rektor krakowskiego seminarium (od 16 lipca biskup-nominat) oceniał, że do problemu w Polsce nie podchodzimy poważnie — i tak jak w innych krajach — może czekać nas skandal.

Niedawny przykład Kościoła w Irlandii pokazuje, że sprawę należy traktować z największą uwagą. Watykan przesłał episkopatom wytyczne w tej sprawie i zobowiązał je do stworzenia własnych procedur. Tu wszystko musi być przejrzyste, bo — jak powiedział rzecznik episkopatu ks. Józef Kloch — jeden przypadek pedofilii to o jeden za dużo. Konieczna jest rzetelna współpraca Kościoła z kompetentnymi organami państwa. Wszystkie sprawy trzeba wyjaśniać i osądzać, a nie banalizować. Trudno przewidzieć skalę zjawiska w Polsce, nie wiem też, czy faktycznie jesteśmy gotowi się z tym zmierzyć. W moim zgromadzeniu współpracowałem z krajami anglosaskimi, które stawiały temu czoło dużo wcześniej, jak USA czy Australia. Poza tym procedury są ważne, bo zdarzają się też zniesławienia, jak w przypadku kard. Josepha Bernardina.

 

Może nie czekajmy, tylko za przykładem USA i episkopatu niemieckiego oddajmy sprawę do zbadania niezależnym ekspertom?

Mogę wypowiedzieć się tylko o własnym zgromadzeniu: wytyczne sporządziliśmy przed laty, były wypracowane na płaszczyźnie międzynarodowej salwatorianów i polskiej prowincji — i je stosujemy. Na razie efektywnie.

 

Czy polski episkopat jest wiarygodny? Bp Tadeusz Pieronek przyznał w „TP”, że wstyd mu za biskupów, bo na obradach episkopatu zajmują się błahostkami, a nie ludzkimi problemami.

Krytykowanie biskupów to jak głaskanie lwa — niewiele pożytku, a dużo strachu. Biskup Pieronek jako członek grona episkopatu, jego dawny sekretarz, z pewnością wypowiada się kompetentnie. Natomiast ja mam taki kontakt z episkopatem, jak każdy wierny: mogę czytać komunikaty i listy. I patrzę zgodnie z Ewangelią: po owocach ich poznacie. Trochę mi tych owoców brakuje, np. głosu episkopatu w sprawach społecznych, które są dziś palące. I nie na zasadzie listów, ale zgodnie z tradycją kilku diecezji — co kiedyś zapowiedziano — przez powołanie rad społecznych przy biskupach. Wzorem może być rada społeczna, która w latach 80. działała przy prymasie Józefie Glempie. Potrzeba głosu, który ma inną rangę niż list, bo opartego na analizie zespołu ludzi.

Jest też inna zapowiedź episkopatu: powołania, wzorem Benedykta XVI, zespołu ds. nowej ewangelizacji. Jestem sceptyczny, bo widzę, że od wspomnianego wezwania Jana Pawła II stoimy w miejscu, a nowa ewangelizacja to już slogan, wytrych. Dlaczego? Bo, powtórzę, najpierw musimy uznać, że potrzebujemy ewangelizacji.

Poza tym — programy duszpasterskie Kościoła. To raczej produkty programopodobne. Będąc na froncie duszpasterskim, widzę tu błędy podstawowe. Wciąż — choć i tak jest postęp — więcej robi się „na nosa” niż w oparciu o rzetelne analizy sytuacji społecznej i kulturowej w Polsce. W zamiarach komisji duszpasterstwa pod kierownictwem abp. Stanisława Gądeckiego obecny program o komunii był planowany na 20 lat. Został zredukowany do trzech. Jeżeli w ciągu roku znajduje się w nim 28 celów do osiągnięcia — to jest to rozmywanie sprawy.

 

Czytając ten program widać, jak używany przez hierarchów język nie przystaje do ludzkiego doświadczenia. Zamiast konkretnego języka Ewangelii pojawia się język teologii. Większość słuchaczy nie ma szans zrozumieć przesłania.

Język teologii jest, jak w każdej dziedzinie, hermetyczny, a listy pasterskie utkane są z cytatów z dokumentów Kościoła. Choć niektórzy biskupi piszą do rzeczy — i do ludzi. Problem z językiem sięga dalej: katechezy i kazań. Przedostał się do Kościoła język marketingowy. Dochodzi do banalizacji: przykład upstrzony przykładem. Często brak odwołania się do Słowa Bożego. Ks. prof. Paul Zulehner nazywa to ateizmem eklezjalnym, bo po kazaniu rodzi się pytanie: czy kapłan mówił o Bogu? Zrozumiały język musi być też obecny w prasie czy na portalach instytucji kościelnych.

 

Słuchając hierarchów wiemy, jakie mają poglądy, ale nie wiemy, jakie stoją za nimi argumenty: przekonywać ma autorytet (a ten słabnie), nie zaś siła samych argumentów.

Argumentacja jest konieczna, ale musi mieć też przystępną formę. Moja bliska znajoma pracowała w kancelarii Sejmu w latach 90., kiedy trwała debata nad ustawą o ochronie życia i sprawą aborcji. Powiedziała mi wówczas — jako osoba wierząca i identyfikująca się z Kościołem — że dopiero lektura głosów w dyskusji uświadomiła jej i rangę problemu, i argumenty.

 

Innym punktem rachunku sumienia jest sprawa sprawowania liturgii. Czy mamy do czynienia z grzechem niedbalstwa?

Po stronie i księży, i wiernych. To nie może być teatr jednego aktora. Ale jest też druga strona medalu, którą widzę wyraźnie z perspektywy parafii — opór świeckich. Świeccy się nie angażują, a księża popadają w rutynę. Ileż trzeba zachodu, żeby parafianin włączył się w czytania lub śpiew! Proboszcz, który odchodził po dziesięciu latach z parafii, do której trafiłem, na pytanie, jakie było jego największe osiągnięcie, powiedział mi: w kościele ludzie przesunęli się o trzy metry do przodu. Osobna sprawa to kicz, niedbałość o słowa, gesty, muzykę, ubiór: począwszy od duchownych idących do ołtarza, po wiernych idących do miejsca świętego. Mieszkając w Krakowie obserwowałem dominikańską „dwunastkę”: na długiej Mszy, gdzie liturgia jest starannie odprawiana, nikt nie jest znużony, bo ludzie mają poczucie sacrum. A przecież liturgia, co akcentował ks. Franciszek Blachnicki, to serce Kościoła.

 

Jakie postanowienie poprawy podjąć wobec problemu z ubóstwem w Kościele i autorytarnego sprawowania władzy?

Są oczywiście księża żyjący w zbytku i to nas słusznie razi. Także Jan Paweł II wzywał nasz Kościół do świadectwa ubóstwa. Na szczęście dla równowagi trzeba dostrzec działalność charytatywną Kościoła, która nie jest wypromowana, a cieszy się zaufaniem ludzi. Kłopot z ubóstwem dotyka księży, którzy ulegli pokusie etatyzacji powołania. Funkcję proboszcza, naukowca czy katechety traktują zawodowo i zamykają się w jej ramach. Pamiętam, jak rozmawialiśmy o tym z ówczesnym biskupem pomocniczym krakowskim Kazimierzem Nyczem, co znalazło wyraz w liście episkopatu do kapłanów na Wielki Czwartek w 2008 r. Ten mocny, wyrazisty głos był swoistym napomnieniem duchownych.

Natomiast autorytarne podejście do władzy jest kwestią indywidualną. Pewien dominikanin napisał, że dla niektórych władza jest bardziej ekscytująca niż seks. To trywialne stwierdzenie coś w sobie ma. Pokusa władzy nie omija duchownych, sięgnąć zresztą można do Ewangelii i starań o uprzywilejowaną pozycję przy Jezusie. Kiedyś św. Teresa Wielka stwierdziła uszczypliwie, że kandydaci wstępują do stanu kapłańskiego, żeby służyć Chrystusowi, a potem zabiegają tylko o godności. Św. Bonawentura podzielił zakonników na trzy grupy: ci, którzy zawsze potrzebują przełożonych, ci, którzy obędą się bez przełożonych, i ci, którzy mogą być tylko przełożonymi. Więc zawsze obok karierowiczów są ofiarnie pracujący.

Spotykamy ludzi Kościoła otwartych na dialog, nawet na krytykę. Ale nie brakuje też postaw typu: „jestem Winnetou i wszystko wiem najlepiej”. Naprawdę: lepiej, żeby czasem ktoś nadużył naszego zaufania, niż odszedł zrażony do Kościoła. Bo zdarza się, jak mówił ks. Józef Tischner, że ludzie odeszli nie po lekturze Lenina, ale po spotkaniu z własnym proboszczem. Tak jak dom jest matrycą patrzenia na świat — wyniesione wartości pomagają nam budować hierarchię dla oglądu rzeczywistości — tak dla Kościoła matrycą jest parafia. To przez nią wielu postrzega Kościół powszechny.

 

Kiedy Jan Paweł II na kilka lat przed rokiem milenijnym zaproponował rachunek sumienia Kościoła, pojawiły się także wśród kardynałów głosy sprzeciwu. Jaka siła sprawia, że ten rachunek sumienia — co jest grzechem — odwlekamy?

Dla niektórych samo nazwanie rzeczy po imieniu jest zbyt trudne. Joseph Ratzinger jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, prezentując dokument z okazji roku jubileuszowego „Pamięć i pojednanie”, zwrócił uwagę na tego typu opory wewnątrz Kościoła, które trwały przez kilkaset lat. A zło, każde, wymaga nazwania. Dziś ten opór wewnątrz się wzmaga, bo mamy do czynienia z eklezjologią medialną: patrzeniem na Kościół wyłącznie przez pryzmat skandali. W efekcie pojawia się lęk przed nazwaniem zła, żeby nie dolewać oliwy do ognia. Inna rzecz, czy to właściwe, ale takie lęki są i sprawiają, że zamiata się pewne sprawy pod dywan.

 

Jeżeli Kościół jest prowadzony przez Ducha Świętego, a w jego historii w imię Boże popełniono straszne rzeczy, to znaczy, że są chwile, kiedy Duch Święty opuszcza Kościół?

Obecność Ducha Świętego mamy zagwarantowaną jako obietnicę Jezusa, o czym mówi Ewangelia Janowa: innego Pocieszyciela dam wam. Problem jest w samym odkrywaniu — czego musimy dokonać na nowo — obecności Ducha Świętego w Kościele. To niezwykle trudna lekcja, a problem jest ludzki: na ile jesteśmy otwarci na Ducha? Spójrzmy na Kościół apostolski. Chrystus po zmartwychwstaniu prosił, by uczniowie nie rozchodzili się z Jerozolimy, ale czekali na zesłanie Ducha Świętego. Apostołowie z Maryją usłuchali. A wyobraźmy sobie tak radosną sytuację: od razu chcielibyśmy dzielić się nowiną o zmartwychwstaniu! Tymczasem oni posłusznie trwają na modlitwie i czekają. Dopiero otrzymawszy Ducha Świętego podejmują działalność ewangelizacyjną. Dotykamy tu bardzo istotnego problemu, który punktuje Benedykt XVI: braku zanurzenia Kościoła w modlitwie, braku adoracji. Dopiero stąd — z właściwie rozumianej postawy „z kolan” — rodzi się rozumienie Kościoła i ewangelizacji. Inaczej próbujemy układać Kościół na własną modłę.

 

Jak więc działać, żeby nie skapitulować w obliczu nawracania grzechu?

Chętnie powtarzamy słowa z inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II: „nie lękajcie się”. I tyle. A najważniejsza jest druga część tego zdania: „otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Czyli mamy się nie lękać, bo jest z nami Chrystus. Łatwo to odnieść do życia rodziny: kiedy dziecko zostaje samo w domu, rodzice mówią mu, że wrócą. Ich obecność trwa. Tak samo w Kościele jest z nami Chrystus. Dlatego musimy patrzeć z nadzieją. Piotr Apostoł, kiedy był zapatrzony w Jezusa, kroczył po wodzie. Kiedy zwracał się ku swoim lękom, tonął. Czyli zapominał nawet tego, co już umiał, bo jako rybak potrafił pływać i później widzimy go, jak po zmartwychwstaniu wskoczył do wody i płynął do Jezusa. A więc Kościół, dokonawszy rachunku sumienia, musi zgodnie z zasadą Ignacego Loyoli: poznać, pokochać i naśladować Chrystusa.  

 

Ks. Bogdan Giemza (ur. 1957) jest salwatorianinem, byłym prowincjałem polskiej prowincji (1997—2003). Adiunkt na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu i przełożony wspólnoty zakonnej w sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy k. Wrocławia. Ostatnio opublikował „Rachunek sumienia Kościoła w świetle Apokalipsy” (Kraków 2010) i „Święci żyją świętymi” (Trzebnica 2011).

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: duszpasterstwo ewangelizacja Orygenes Tadeusz Pieronek rachunek sumienia świeccy duchowni Tadeusz Rydzyk Kościół katolicki w Polsce Ludwik Wiśniewski