Dzisiaj mamy już ponad tysiąc oficjalnie beatyfikowanych męczenników rewolucji hiszpańskiej, a to tylko mała część tych, którzy w tym czasie oddali swoje życie za Chrystusa. Pierwsza beatyfikacja została przeprowadzona dopiero w 1992 r. i to nie bez trudności. Z jakimi problemami musiał się tu borykać Jan Paweł II? – pisze br. Damian Wojciechowski TJ.
Kiedy pracowałem w Radiu Watykańskim, żyłem w wspólnocie jezuitów z całego świata. Było nas coś około 25 narodowości. Pewnego razu przełożony zaproponował, abyśmy jakoś uczcili naszych 6 współbraci zamordowanych w Salwadorze w 1989 roku przez prawicową bojówkę.
Zaproponowałem przełożonemu, że spróbuję poszukać ilu jezuitów zostało zamordowanych w XX wieku. Szukałem, szukałem i okazało się, że było ich setki. Głównie w Hiszpanii, w Afryce, Ameryce Łacińskiej, w Chinach i na Dalekim Wschodzie w czasach dekolonizacji, umęczonych przez nazistów, sowietów, masonów, muzułmanów. Kiedy bliżej przyjrzałem się ich historiom, zauważyłem, że w zdecydowanej większości zostali zabici przez lewicowe reżymy.
Zaznaczę, że według mnie jest absolutną manipulacją nazywanie hitlerowców prawicowcami: to była Narodowo-Socjalistyczna Robotnicza Partia Niemiec – socjalistyczną ideologię łączyła z nacjonalizmem (wymysł rewolucji francuskiej) i rasizmem. Hitler i jego zwolennicy nienawidzili chrześcijaństwa jako wrogiej ideologii. Kościół, a szczególnie katolicki, był systematycznie niszczony przez nazistów z tych samych powodów, co w rewolucyjnej Hiszpanii i po wygranej wojnie miał zostać całkowicie zlikwidowany. W Związku Sowieckim zresztą rasizm też był falami niezwykle silny: ludzie ginęli tylko za to, że byli Polakami, Niemcami, Żydami. A w Polsce po nazistach to PZPR zorganizowała w 1968 r. antysemicką nagonkę. Jezuitów zamordowanych przez prawicowe lub konserwatywne, wojskowe rządy było wielokrotnie mniej niż przez lewicowe. Często też byli oni tak mocno zaangażowani w działalność rewolucyjną i komunistyczną, że trudno było do końca być pewnym, czy przyczyną ich zabójstwa była ich wiara i kapłaństwo, czy polityka. Natomiast jezuici mordowani przez lewactwo nie mieli zazwyczaj w ogóle żadnych związków z działalnością polityczną.
Kłopotliwa beatyfikacja
W grudniu odbyła się beatyfikacja 124 męczenników rewolucji hiszpańskiej. Ginęli tylko dlatego, że byli księżmi, zakonnikami lub świeckimi, którzy nie chcieli wyprzeć się swojej wiary. Bardzo często dawano im alternatywę: porzucenie Chrystusa i kapłaństwa lub śmierć. Ich męczeństwo było tak samo jednoznaczne, jak w czasach pierwszych chrześcijan. Towarzyszyły mu barbarzyńskie tortury, obcinanie kończyn i temu podobne, wielokrotne grupowe gwałty. Dzisiaj mamy już łącznie, jeśli dobrze policzyłem, 1266 oficjalnie beatyfikowanych męczenników rewolucji hiszpańskiej, a to tylko mała część tych katolików, którzy oddali swoje życie za Chrystusa w czasach iberyjskiej rewolucji. Pierwsza beatyfikacja była przeprowadzona dopiero w 1992 roku i to nie bez trudności. Zazwyczaj z beatyfikacją męczenników nie ma tak wielkich problemów, ponieważ w takim wypadku niepotrzebny jest potwierdzony cud. Z jakimi trudnościami musiał się więc borykać Jan Paweł II, kiedy podjął decyzję, aby zacząć zajmować się tymi męczennikami? Otóż były to trudności natury politycznej: zewnętrznej i wewnętrznej.
Jak krytykować piewczynię Stalina?
Zewnętrzna jest prostsza. W czasach rządów gen. Francisco Franco Kościół nie spieszył się z oficjalnym uznaniem hiszpańskich męczenników słusznie uznając, że będzie to niechybnie wykorzystane jako propaganda prawicowego reżymu. Później sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała: rewolucja hiszpańska była wielkim mitem lewicy. Szczególnie dlatego, że została krwawo stłumiona przez Franco. Był to wielki, międzynarodowy projekt sił postępu.
Guernica, Picasso, Hemingway, La Passionaria (ikona światowego komunizmu, która poparł współpracę Stalina z Hitlerem i ich wspólną napaść na Polskę) – wielkie nazwiska, wielkie symbole światowego lewactwa. Rewolucja hiszpańska była wielka, wspaniała, niepokalana i święta (jak „Che” Guevara).
Jakiekolwiek dane o okrucieństwach dokonywanych przez republikanów budziły złość i agresję. W momencie, kiedy w Hiszpanii zakończył się frankizm, szalenie niemodne było przypominanie, że w wojnie hiszpańskiej zamordowano tysiące katolików, których jedyną winą była ich wiara. Wtedy był dobry czas na stawianie pomników męczennikom rewolucji. Jeśli ktoś próbował jakoś upamiętnić Hiszpanów, którzy zostali zamordowani przez lewicowe bojówki, natychmiast był oskarżany o rehabilitację zbrodni frankistów. Również Jan Paweł II był świadom, że mainstreamowym elitom i mediom nie spodoba się beatyfikacja ofiar Republiki.
Jedyna droga
Niestety, Kościół w Hiszpanii przeżywał od lat 70. silne zachłyśnięcie się lewicową ideologią przy równoczesnym potępieniu frankizmu. Wielu młodych kapłanów, zakonników szukało jakiejś drogi, która połączyłaby socjalizm z chrześcijaństwem. Ponieważ w Hiszpanii sytuacja ekonomiczna była coraz lepsze i walka o lepszy świat zlewała się konsumpcjonizmem, dlatego też wielu jechało na misje do Ameryki Południowej, gdzie można się było zaangażować w propagowanie teologii wyzwolenia. To dlatego 5 z 6 zamordowanych w Salwadorze jezuitów było Hiszpanami. Ta fascynacja marksizmem czy – szerzej – otwarcie na ideologię „postępu”, było i jest szerszym zjawiskiem w Kościele po Soborze Watykańskim II, które z Zachodu Europy rozprzestrzeniło się na cały świat. Przypominanie o katolikach, ofiarach lewicowych ideologii, było więc niezbyt modne, a zdaniem niektórych psuło atmosferę. Z taką cichą dezaprobatą spotkała się w niektórych kościelnych kręgach beatyfikacja pierwszej grupy 122 męczenników hiszpańskich.
Wojtyła, który doświadczył dwóch lewicowych totalitaryzmów: nazistowskiego i komunistycznego, uważał, że tylko jasne osądzenie ich obydwu i pokazanie ich nienawiści do chrześcijaństwa jest właściwą drogą Kościoła. Sceptyczny wobec teologii wyzwolenia, a zarazem krytyczny wobec prawicowych dyktatur, chciał pokazać jaka jest odpowiedź Kościoła na problemy społeczne XX wieku.
Dlatego tak ważne i trudne były jego pielgrzymki do Ameryki Południowej. Do Chile, gdzie dla swoich celów chciał go wykorzystać gen. Augusto Pinochet. Do Nikaragui, gdzie spotkał się z otwartą wrogością marksistowskich władz, a sam przywoływał do porządku jezuitów Ernesto Cardenala, który wszedł do rządu sandinistów. Jeszcze trudniej było w Salwadorze rządzonym przez wojskową juntę, gdzie Papież modlił się przy grobie przyszłego błogosławionego abp. Oscara Romero, zamordowanego zaledwie 3 lata wcześniej przez prawicową bojówkę.
Nie wolno o nich zapomnieć
Niestety, dobrzy jesteśmy w czczeniu martwych męczenników, gorzej z żywymi. Watykan zawarł w 2018 roku tajne porozumienie z komunistycznymi Chinami, odnowione w 2022, a ponieważ jest tajne, to nie wiadomo, co dobrego miałoby ono przynieść Kościołowi Katolickiemu w Chinach. Niby biskupi są obecnie mianowani przez papieża zgodnie z prawem kanonicznym, tylko że ciągle wielu biskupów, księży i świeckich jest w Chinach więzionych (głośna ostatnio sprawa katolickiego dziennikarza z Hongkongu Jimmy’ego Laia), a Kościół poddawany jest „sinizacji”, czyli kolejnej fali ideologicznej obróbki. W życiu chińskiego Kościoła, a tym bardziej władz chińskich, nie widać jakiś nowych zjawisk, które by wskazywały, że ta tajna umowa przyniosła wymierne korzyści chińskim katolikom. Watykan niewiele, lub nic nie zyskując, sam sobie zakneblował usta i związał ręce umową, którą komunistyczne Chiny w ogóle się nie przejmują.
Wygląda na to, że powtórzono ten sam błąd, jaki popełniono w latach 60. i 7. w ramach tzw. „polityki wschodniej Watykanu”, kiedy to włoscy monsiniorzy (szczególnie Agostino Casaroli, który sam siebie nazywał „architektem pojednania z światem komunistycznym”), działali na rzecz dialogu z marksistowskimi dyktaturami w Europie Wschodniej. Próbowali oni, również pomijając kard. Stefana Wyszyńskiego, dogadać się z władzami PRL. Komuniści wykorzystywali te naiwność watykańskich dyplomatów, aby pacyfikować miejscowe Kościoły. Choć Jan Paweł II mianował Casarolego sekretarzem stanu, to jednak zakończył tego rodzaju „politykę wschodnią”. Módlmy się więc za chińskich katolików o siłę wiary, a dla nowego pontyfika o światła Duch Świętego w znalezieniu odpowiednich rozwiązań.
Prześladowcy Kościoła zabijali chrześcijan, ich powtórnym zabójstwem byłoby zapomnienie ze strony Kościoła i dlatego powinniśmy (my, którym podarowano wolność) niezależnie od politycznych koniunktur głośne upominać się nie tylko za tych, którzy kiedyś przelali krew za Chrystusa, ale również za tych, którzy cierpią za nich dzisiaj.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.