Nie wybieramy między miłością do jednej lub drugiej ojczyzny, ale żyjemy dla obu tak samo intensywnie, tyle że inaczej jakościowo w sprawach Boskich, a inaczej w tych należących do Cezara. Czy każdy jednak wierzący winien angażować się w politykę? Dwa wyjątkowe wyjątki, Jezus i Maryja, pokazują nam, że najważniejsza historia ukryta jest przed oczami historyków.
Oczywiście, że tytuł klikbajtowy. Ale przecież prawdziwy o tyle, że chcąc nie chcąc sprawy religijne łączą się z politycznymi. Nieraz à rebours, co widać w dobie inflacji wiary – im mniej poważnie traktuje się sprawy nadprzyrodzone, tym bardziej religijnie podchodzi się do spraw tego świata.
W Ameryce jest to jawnie groteskowe, jak na przykład wtedy, gdy ewangelikałowie widzą w Trumpie króla Cyrusa.
W Polsce to przeniesienie oczekiwań religijnych na polityczne przybiera postać wyczekiwania, z góry skazanego na porażkę, na wybawienie mające przyjść na poziomie politycznym – stąd równie wielkie rozczarowanie, gdy spala na panewce. Ciężar przeżywania, także emocjonalnego, jest tutaj tak intensywny, że spokojnie mógłby konkurować z tęsknotami mesjańskimi proroków. Bo tak chyba jest w istocie: cała para, która miała pójść w oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa, idzie w gwizdek, że aż uszy bolą.
Wszyscy jesteśmy prorokami
A jeśli o prorokach mowa. Piszę w Uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela. W pierwszym czytaniu na ten dzień mowa jest o powołaniu proroka Jeremiasza. Tego, który od Jahwe usłyszał słowo: „Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził”. Czy nie moglibyśmy oczekiwać, że również dziś Bóg wzbudzi kogoś tak potężnego, że stanie przed rządzącymi z bronią słowa (ile dywizji ma słowo Boże?), w ramach „wojny sprawiedliwej” w obronie uciśnionych? Czy skoro w Starym Przymierzu takie powołania się zdarzały, można by ich oczekiwać również w Nowym Przymierzu? Nowe przecież większe jest od Starego? Otóż po przyjściu Chrystusa nie trzeba nam Jeremiasza, nie wyręczajmy się wyjątkami, gdy zapanowała reguła: wszyscy jesteśmy prorokami!
Gdy na siedemdziesięciu starszych ludu spoczął Duch i wpadli w uniesienie prorockie, Mojżesz wypowiedział proroctwo dotyczące naszych czasów: „Oby tak cały lud Pana prorokował, oby mu dał Pan swego ducha!” (Lb 11,29). Żyjemy w czasie po przyjściu Chrystusa i zesłaniu Ducha Świętego, w czasie Kościoła będącego Ciałem Chrystusa – jak nikt inny napełnionego Duchem Świętym „po brzegi” (por. J 3,34), tak że się wylewa na innych. Każdy uczeń Pański zostaje włączony w prorocką misję Chrystusa, wyposażony w zmysł wiary i łaskę słowa (KKK 904-905). Jeśli chrześcijanin jest świeckim, jego zadaniem jest „tak rozświetlać wszystkie sprawy doczesne [...] i tak nimi kierować, aby się ustawicznie dokonywały i rozwijały po myśli Chrystusa i aby służyły chwale Stworzyciela i Odkupiciela” (KKK 898). Innymi słowy: w polityce kontynuuje misję Jana Chrzciciela i Jeremiasza – ma burzyć i budować, oczywiście na swoją miarę (oby nie okrojoną do frustrowania się mediami społecznościowymi).
Dwie ojczyzny
Wyżej napisałem, że religia i polityka są ze sobą powiązane; jest ta więź jednym z aspektów związku między Królestwem Bożym a doczesnością, pełnią panowania Boga a tym, co można dla ludzi uczynić tutaj na ziemi. Oznacza to, że chrześcijanin zainteresowany polityką, a tym bardziej chrześcijanin-polityk, winien zachować właściwe proporcje między jednym a drugim. Paradoksalnie im bardziej zakorzeniony w ojczyźnie niebieskiej, tym bardziej potrafi troszczyć się o ojczyznę ziemską, jednocześnie nie ulegając pokusie oczekiwania po polityce zbawienia właściwego jedynie Bogu.
Poganie twierdzą, zauważał G.K. Chesterton, „że cnoty należy szukać w stanie równowagi”, zaś chrześcijanie głoszą, „że należy jej szukać w konflikcie: w zderzeniu dwóch pozornie sprzecznych namiętności”.
Zatem nie wybieramy między miłością do jednej lub drugiej ojczyzny, ale żyjemy dla obu tak samo intensywnie, tyle że inaczej jakościowo w sprawach Boskich, a inaczej w tych należących do Cezara.
Kiedy pyszni zostaną strąceni z tronu?
Czy każdy jednak wierzący winien angażować się w politykę? Dwa wyjątkowe wyjątki, Jezus i Maryja, pokazują nam, że najważniejsza historia ukryta jest przed oczami historyków. Że zbawienie tak bardzo jest nie z tego świata, że będąc w tym świecie „po uszy” – można je przeoczyć. Myślę, że zgodnie z zasadą różnorakich powołań w Ciele Chrystusa należy powiedzieć, iż muszą być w Kościele osoby troszczące się wyłącznie o Królestwo Boże, jeśli mają w nim być również ci, którzy swoją proroczą misję odbędą w domenie polityki. Nie jest przypadkiem, że najbardziej osobliwe proroctwo wypowiada Najświętsza Maryja Panna w swojej pieśni Magnificat (por. Łk 1,46-55). Jak zauważa papież Leon XIV, Maryja wybrana przez Boga do realizacji planu zbawienia „widzi całą historię oczami tego odkrycia. Wokół Niej nic się nie zmieniło: sytuacja społeczno-polityczna Jej epoki pozostaje taka sama – Rzymianie nadal panują nad Jej ziemią, a Jej lud pozostaje podzielony i upokorzony. A jednak wszystko zmieniło się w Niej samej i to pozwala Jej dostrzec to, co niewidzialne” (Magnifica humanitas, nr 243).
W tym proroczym spojrzeniu Matka Chrystusa postrzega, że Bóg „przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych” (Łk 1,51-52). Zwycięstwo Chrystusa już się było dokonało, i się nie oddokona. W Jezusie, który po swojej śmierci wstąpił do nieba i zasiadł po prawicy Boga, możemy wraz z Maryją dostrzec tę sprawiedliwość, o której Ona śpiewała. W tym sensie również my, nawet jeśli nie widzimy „dowodów” w postaci strącenia pysznych i wywyższenia pokornych, możemy spokojnie oczekiwać Bożej sprawiedliwości, i na miarę naszych sił angażować się w jej krzewienie lub odzyskiwanie tutaj na ziemi. Jesteśmy w tym samym miejscu, co uczniowie, którzy po Zmartwychwstaniu Chrystusa oczekiwali, że nastanie Królestwo, a Pan posłał ich jako świadków.
W obecnym czasie między zwycięstwem Chrystusa a Jego powtórnym przyjściem (czytaj: naszym zwycięstwem) nie uciekniemy od Krzyża – właśnie dawanie świadectwa i przepowiadanie słowa Bożego są, jak pisał Joseph Ratzinger, „wyrazem powszechnego królestwa Jezusa Chrystusa, który swe panowanie sprawuje w formie uniżenia Słowa.
Musisz
Ostateczna sprawiedliwość nastanie wtedy, gdy znajdziemy się razem z Chrystusem tam, gdzie On już jest. A jeśli tu i ówdzie w obecnym eonie wyjdzie na jaw rażąca niesprawiedliwość, jak teraz w sprawie Szpitala Południowego, należy się cieszyć, że są jeszcze ludzie, którzy się temu sprzeciwiają. Swoją drogą, jest chyba dowodem na istnienie Boga i Jego panowanie, że ten świat oddany ziemskim panom, który jak w soczewce ukazał się właśnie naszym oczom w tej jednej sprawie, w ogóle jeszcze się kręci.
Życzymy duszy Tuska wszystkiego najlepszego, i z tego samego powodu jego karierze politycznej – wszystkiego najgorszego.
Tusku, musisz! Musisz zostać strącony z tronu. Już zostałeś, tylko jeszcze tego nie widać. Ale nawet to, co się zobaczyło, już się nie odzobaczy.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.