Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Józef Tischner

O Duchu Świętym

Z cyklu: Kapłan na manowcach

"Bo coś w szaleństwach jest młodości
Wśród lotu wichru skrzydeł szumu
Co jest mądrzejsze od mądrości
I rozumniejsze od rozumu"

(Leopold Staff)

Jeszcze nie tak dawno bez słowa "duch" nie można było powiedzieć nic istotnego o człowieku i o czasach, w których człowiek żyje. Mówiło się więc o "duchu czasów", o "duchu praw", o "duchu narodu", o traceniu i odzyskiwaniu "ducha" przez pojedynczego człowieka. Nie było gorszego nieszczęścia niż to, gdy człowieka "opuścił duch". W czasach udręki powtarzano: "ducha nie tracić". Kto dziś pamięta o "duchu"? Słowo wyparowało z literatury, z historiografii, z polityki, pozostało jedynie w języku religii, gdzie pędzi żywot wygnańca. Od pewnego czasu słyszymy więc o "odnowie w Duchu Świętym", o "charyzmatykach" obdarowanych "darami Ducha Świętego", Jan Paweł II poświęcił bieżący rok "Duchowi Świętemu". Czy jednak na naszym "bezdusznym świecie" mamy jasne widzenie tego, co te słowa znaczą?

Jak doszło do tego, że "duch wyparował"?

Z naszego polskiego świata wypłoszyły go rozmaite sprzężone ze sobą moce. Materializm dialektyczny głosił, iż "duch" jest pojęciem "nienaukowym", natomiast naukowe jest pojęcie "wysoko zorganizowanej materii". Ekonomia polityczna wydobyła z mroku pojęcie "interesu" społecznego. Okazało się, że to nie "wartości duchowe" nami władają, ale "interesy" ciała. Psychoanaliza odsłoniła potęgę podświadomości, poddanej niepodzielnie władzy libido; "duch" jest kłamliwą sublimacją erotyzmu. Nietzsche dowodził, że u źródeł szlachetnych ideałów miłości bliźniego działa prymitywny instynkt zemsty, który "odwraca porządek wartości" i wywyższa przegranych, a poniża zwycięzców. Największe spustoszenia pozostawiło odejście ducha w naszej codziennej mowie. "Litera zabija, duch ożywia". Kiedy "ożywczy duch" opuści mowę, te same słowa znaczą coś innego. Najwznioślejsze hasła stają się martwe. "Ojczyzna" nie jest już ojczyzną, "życie" nie jest życiem, "miłość" nie jest miłością, bohaterowie stają się tchórzami, a tchórze bohaterami. Mowa, która jest wielkim wynalazkiem ducha, staje się szkieletem bez ducha.

Czy pozbawieni perspektyw ducha potrafimy jeszcze zrozumieć nasz świat? Aby zrozumieć, trzeba się wznieść ponad to, co zadane do rozumienia. Jak zdołamy wznieść się ponad bezduszność świata, jeśli duch nie przypnie nam skrzydeł?

W chrześcijaństwie "duch" łączy się z wydarzeniem pięćdziesiątnicy. Dopiero potem, w miarę rozwoju chrześcijaństwa, przyszły skojarzenia z platonizmem. W platonizmie, aby znaleźć ducha, trzeba było porzucić ten; świat, w chrześcijaństwie, aby znaleźć ducha, trzeba było wrócić do świata i dobrze się przyjrzeć jego dziejom. W platonizmie duch łączył się z odwieczną ideą Dobra. W chrześcijaństwie Duch objawił się w wydarzeniu. Wydarzenie polegało na "zesłaniu Ducha Świętego". Chrześcijaństwo odkrywało ducha przede wszystkim jako "Ducha dziejów".

Przypomnijmy znane obrazy. Po ukrzyżowaniu, a nawet jeszcze po zmartwychwstaniu apostołowie tkwili zamknięci w wieczerniku. Byli przerażeni i porażeni. Ich życiowe nadzieje poszły z dymem. Strach przysłonił im widok tego, co otrzymali. Otrzymali skarb nieporównywalny - Dobrą Nowinę. Groziło niebezpieczeństwo, że pozostaną z tym skarbem w zamknięciu przez całe życie. Będą karmić swym lękiem żale do Jezusa, do siebie, do zabójców i tak zejdą ze świata jako jedni z tych, co zakopali otrzymany talent, by go mieć tylko dla siebie. Gdy się ma jakiś skarb, ale się o tym nie wie, to jakby się niczego nie miało. Zesłanie Ducha Świętego było wielkim otwarciem oczu i uszu. "Czyż serca nasze nie pałały, gdy oczy nam otwierał?" Nie chodziło o to, by oznajmić apostołom coś, czego by zupełnie nie wiedzieli, ale o to, by zrozumieli to, o czym wiedzą. I o to, by zrozumiawszy, przyjęli odpowiedzialność za skarb.

Dziełem Ducha była przemiana świadków w "szafarzy tajemnic Chrystusowych".

Refleksja platońska szła w innym kierunku. Kazała szukać doświadczenia ducha w spotkaniu z ideą Dobra. Idea Dobra musi mieć i rzeczywiście ma sobie właściwe "mieszkanie". Gdzie "mieszka" idea Dobra? Wrażenia "mieszkają" w zmysłach, wspomnienia "mieszkają" w pamięci, myśli "mieszkają" w rozumie... Gdzie "mieszkają" idee? Idee "mieszkają" w duchu. Innymi słowy: duch jest świadomością idei. Im jaśniejsza świadomość Dobra, tym większy duch; im większy duch, tym jaśniejsza świadomość Dobra. Dobro tym się znamionuje, że aby być dobrem, musi wiedzieć, że jest Dobrem. Nie można być dobrym nieświadomie. Dobro, by zaistnieć między ludźmi, musi zostać rozpoznane i w rozpoznaniu wybrane. Kto rozpoznał i wybrał Dobro, ten dąży do tego, by "być coraz lepszym". W ten sposób myśl platońska odpowiadała na pytanie, skąd się w człowieku bierze dążenie do doskonałości.

Myśl ta była jednak od początku elitarna. Mógł ją pojąć jedynie człowiek "uduchowiony". Dlatego Platon nie widział wokół siebie nikogo, komu mógłby przekazać najgłębsze doznania w spotkaniu z Dobrem.

W pewnym momencie teksty biblijne i platońskie spotkały się. Po wielu sporach przyniosły owoce. Owocem spotkania było między innymi rozwinięcie idei Boga w Trójcy Jedynego. Teologia Trójcy Świętej okazuje się wielkim dziełem biblijnej wiary i filozoficznej spekulacji. Bóg jest jeden w trzech osobach. Wiara w jednego Boga pochodziła z Biblii. Z Biblii wyłoniła się również wizja troistości Boga. Pojęcie osoby, podobnie jak idea Dobra, wywodziło się z myśli greckiej. W powstałej koncepcji Boga w Trójcy Jedynego szczególnie interesująca jest myśl dotycząca Ducha Świętego. Myślenie o Duchu Świętym rozwijało się pod znakiem syntezy. Pamiętamy, ile herezji rodziło się w bezpośrednim lub pośrednim związku z osobą Syna Bożego. Inaczej w przypadku koncepcji Ducha: nie licząc jednego czy drugiego epizodu, szło w tej myśli przede wszystkim o przezwyciężenie podziałów, jakie rodziły rozmaite chrystologie, mariologie czy eklezjologie. To nie przypadek, że większość modlitw o jedność chrześcijan kieruje się właśnie do Ducha Świętego. Kościół, który nazywa siebie "katolickim", a więc "powszechnym", w samej swej nazwie zawiera odniesienie do Ducha. Idea pojednania jest jednym z głównych drogowskazów myślenia o Duchu Świętym. Także obecny rok - "rok Ducha Świętego" - ma być rokiem poszukiwania pojednania.

Wspaniałomyślność

Pojednanie przychodzi więc jako owoc myślenia o Duchu Świętym. Za chwilę do tego wrócimy. Tymczasem zapytajmy o coś innego: co jest początkiem myślenia o Duchu? Co jest jego podstawą - glebą, z której wyrasta? Chodzi przy tym nie tylko o myślenie teologii, lecz również filozofii - jeśli rozróżnienie to jest w ogóle w tym przypadku zasadne.

Myślenie o Duchu zakłada postawę wspaniałomyślności. Bez świadomości tego, czym jest wspaniałomyślność, i bez postawy wspaniałomyślności droga do Ducha pozostanie zamknięta. Czym jest wspaniałomyślność?

Gdy rozważamy wspaniałomyślność od strony negatywnej, rozumiemy ją jako bezinteresowność. W bezinteresowności człowiek wznosi się ponad "interesy", jakie posiada, i jakie jego posiadają na tym świecie. Gdy rozważamy wspaniałomyślność od bardziej pozytywnej strony, natrafiamy na podziw i wdzięczność. Jesteśmy wdzięczni i pełni podziwu dla dobra, piękna i prawdy, które są wokół nas. Arystoteles mówił o metafizyce: "Z podziwu wobec otaczającego nas świata zrodziła się ta nauka". O wdzięczności mówi cała klasyczna teologia. Myślenie teologiczne ma być jedną wielką pieśnią wdzięczości za potrójny dar Boga - dar stworzenia, dar objawienia, dar zbawienia. Granice między podziwem a wdzięcznością są płynne. Jedno łączy się z drugim, jedno w drugie przenika. Płaszczyzną wzajemnego przenikania jest wspaniałomyślność.

Czy można pomyśleć filozofię bez wymiaru wspaniałomyślności? Czy można bez wspaniałomyślności pomyśleć wiarę? Jeśli nawet można, to jako twory ułomne.

Wspaniałomyślność jest ucieleśnieniem paradoksu. Wszystko wskazuje na to, że jest "darem", który przychodzi "z góry". Jak to możliwe, że człowiek wyzwala się z przemocy interesów, ze strachu o chleb i legowisko, z przymusu podejmowania codziennej walki o jakąś tam wygraną? Czy nie jest to sprzeczne z naturą istoty żywej? A poza tym: nawet jeśli przyjąć, że wspaniałomyślność jest "darem z góry danym", to czy człowiek mógłby przyjąć ten dar, gdyby już wcześniej w jakiejś mierze nie był wspaniałomyślny? Do wspaniałomyślności dochodzi się tak, jak dochodzi się do tego, co już się posiada, ale posiada tak, jakby się nie posiadało. Podobnie zresztą dochodzi się do Dobra.

Prawdziwe dzieje człowieka są dziejami dojrzewania do wspaniałomyślności.

Niekiedy mówi się w tym przypadku o miłości. Słowo to jest jednak obciążone takimi wieloznacznościami, że konieczny jest dodatek: "prawdziwa miłość". Tylko "prawdziwa miłość" potrafi być wspaniałomyślna; miłość "nieprawdziwa", iluzoryczna i zakłamana zawsze skrywa jakiś "interes". Wspaniałomyślność miłości polega na tym, że wybiera i uznaje dobro dlatego tylko, że jest dobrem, bez pytania o korzyści. Dlaczego jesteś prawdomówny? Jestem, bo prawdomówność jest dobrem. Dlaczego jesteś miłosierny? Jestem miłosierny, bo jakieś dobro jest narażone na zgubę. Nic mniej i nic więcej. Do wspaniałomyślnej miłości dobra wystarczy widok dobra, jakim jest.

Znakomity ks. Konstanty Michalski kiedyś mówił: "Trzeba mieć miłość w myśleniu". Ale - zdaniem młodego Hegla - myślenie i miłość tak czy owak utożsamiają się. Miłość już jest w myśleniu, a myślenie w miłości i nie trzeba ich w siebie wprowadzać. Obecność miłości w myśleniu wyraża się postawą wspaniałomyślności. To widać: myślenie dąży do poznania tego, co jest, a poznać, co jest, to pozwolić być; to samo przynależy do istoty miłości - ona także pozwala być. Myślenie może jednak popaść w zależność od obcego dla siebie żywiołu, przede wszystkim żywiołu władzy. Wtedy zaczyna "igrać" prawdą: ceni tylko taką prawdę, która może utrwalić panowanie. Jeśli "pozwala być", to tylko temu, co podtrzymuje jakiś "interes". Wyobcowane myślenie współtworzy nasz bezduszny świat.

Dojrzewanie wspaniałomyślności wymaga czasu. Możemy to obserwować na przykładzie Ewangelii. Piotr był rybakiem i w łowieniu ryb widział swój "interes". W pewnej chwili usłyszał: "Odtąd już ludzi łowił będziesz". Człowiekowi wydaje się, że nie jest w stanie żyć bez sieci, którą łowi ryby. Mały chłopiec nie widzi siebie bez konia na biegunach. Dziewczynka wiąże całe swe szczęście z prześliczną lalką z wystawy sklepowej. Co z nimi będzie, gdy stracą sieć, konia na biegunach, lalkę? Naruszona zostanie ich tożsamość. W ciągu życia zmieniają się warunki tożsamości, ale strach pozostaje. Dopiero wspaniałomyślność może wyzwolić od strachu. Jedynym "interesem" człowieka staje się bezinteresowne uznanie Dobra. W każdej chwili można odejść od ryb i łowić ludzi, jeśli takie jest wołanie Dobra. Duch nadaje upływowi czasu właściwy sens. Chroni człowieka przed zagubieniem w czasie. Łączy wewnętrzne przeżycia w jeden spójny wątek dramatu. Uczy, że "na wszystko przychodzi czas".

Powiedział Hölderlin: "Albowiem rozumny Bóg nienawidzi Niewczesnego rozkwitu".

To, o czym dotąd mówiliśmy, dotyczy sfery Ducha. Przypomnijmy. Wzięty w sobie samym Duch jest samowiedzą Dobra. Samowiedza absolutnego Dobra jest Bogiem. W Trójcy Świętej, która jest Duchem, Duch jest Duchem Świętym. W naszym ludzkim doświadczeniu duch jest wymiarem wspaniałomyślności. Jest tym myśleniem, które "pozwala być". Jest "mądrością mądrzejszą od mądrości i rozumnością rozumniejszą od rozumu". Jest także bezustannym szukaniem pojednania. Widzimy to przede wszystkim w rzeczywistości czasu; duch staje się dotykalny w zjawisku dojrzewania - dojrzewania pojedynczych osób, dziejowego dojrzewania ludzkości. Duch jest pierwszy w działaniu, ale ostatni w rozpoznaniu. Dopiero refleksja nad już zaistniałym działaniem Ducha może prowadzić do poznania i rozumienia Ducha.

Poznanie Boga, który jest Duchem, jest życiowym zadaniem chrześcijanina. Pisał Hegel: "Bóg nie chce jako dzieci ludzi o ciasnych sercach i pustych głowach, lecz takich, których duch, sam przez się ubogi, bogaty jest poznaniem Boga i którzy w poznaniu Boga widzą najwyższą wartość".

Pojednanie

Powróćmy do idei pojednania. Myśl religijna widzi w Duchu Świętym "ducha pojednania". Duch Święty jest pojednaniem i wszystkim tym, co warunkuje pojednanie. Nie byłoby jednak pojednania, gdyby nie było rozdarcia. Pisze Hegel: "...duch jest sam w sobie swym własnym przeciwieństwem; musi on przezwyciężyć sam siebie, jako prawdziwą, wrogą sobie przeszkodę. Rozwój, który w przyrodzie jest spokojnym procesem powstawania, w dziedzinie ducha jest twardą, nieskończoną walką ze sobą samym. Tym, czego chce duch, jest osiągnięcie własnego pojęcia, ale on sam zasłania je przed sobą, dumny i rad z tej alienacji".

To głęboko dramatyczne słowa. Prowadzą nas w regiony pełne tajemnic. Hegel mówi o "przeciwieństwie", a nawet "wrogości". Znamy przeciwieństwo jako przeciwieństwo duszy i ciała. Znamy wrogość jako wrogość między cnotą a niecnotą. Czyżby te przeciwieństwa stanowiły rozdarcie ducha? Hegel pisze o "duchu", czy mamy prawo odnieść te słowa do "Ducha"? Czy w przypadku osób w Trójcy Świętej mamy prawo mówić o "przeciwieństwie? Czy Syn jest przeciwieństwem Ojca? Czy Ojciec przeciwieństem Syna? Czy są dla siebie "wrogą przeszkodą do przezwyciężenia"? Wzdrygamy się przed takimi przypuszczeniami. Ale czy bez założenia przeciwieństwa Duch Święty może być "boskim pojednaniem"?

O różnicy między Ojcem i Synem już pisałem (por. "TP" nr 23/98, a także "Znak" nr 517). Wyszedłem od pokazania radykalnego sensu słowa "inny". Syn jest inny w stosunku do Ojca i Ojciec inny w stosunku do Syna. Ze szczególnym naciskiem podkreśliłem znaczenie tradycyjnej tezy teologicznej, wedle której Osoby Boskie są w stosunku do siebie zarazem nieskończenie inne i nieskończenie takie same. Im większe różnice, tym większa tożsamość; im większa tożsamość, tym większe różnice. Gdyby coś podobnego przydarzyło się bytowi skończonemu, byt ten by "eksplodował". Tylko nieskończony byt Boga "wytrzymuje" tę sprzeczność. Pisałem również o tym, że symbolicznym obrazem Trójcy Świętej jest rodzina ludzka. Symbolem Ducha Świętego w ludzkiej rodzinie jest dziecko - żywy owoc miłości i podstawa wzajemnego pojednania.

Zauważmy bliżej: początkiem rodziny jest "inność" między kobietą a mężczyzną. Żartowałem kiedyś, że różnice między kobietą a mężczyzną są tak wielkie, iż jedynie poczuciu humoru Pana Boga należy zawdzięczać połącznie ich na całe życie "na dobre i na złe". Nie będę się dziś spierał o poczucie humoru Pana Boga, ale przy "inności" obstaję. Istotna jest inna wrażliwość. Taki sam rozum i taka sama wola zostały umieszczone w głęboko różnej wrażliwości na świat. Nie jestem pewny, czy ten sam czerwony kolor widziany okiem kobiety i okiem mężczyzny, jest tak samo czerwony. "Inność" pobudza ciekawość, ale rodzi również ból. Czy ktoś potrafi zliczyć ilość bólu, który zadają sobie mimo woli i całkiem bezwiednie obydwie płcie? Czy ktoś dodał do tego ból zadawany świadomie, z lęku lub w imię panowania jednej strony nad drugą?

A jednak gdyby nie różnica, nie byłoby miłości. Na tym polega miłość, że "pozwala być" temu, co "inne". Symbolem jednania jest dziecko. Zrodzone z miłości między innymi, ono samo jest inne. Dziecko jest jednaniem i podtrzymywaniem "inności".

Symbolika rodzinna jest pewnym przybliżeniem do rozumienia "przeciwieństwa" i "wrogości", które są rozdarciem ducha. Jest to jednak przybliżenie tylko do pewnego stopnia. Nieco dalej prowadzi nas wewnętrzna dialektyka miłości, w której kluczową rolę odgrywa doświadczenie "mieć-nie-mieć". Ten, kto kocha, chciałby "przyswoić sobie" i "mieć" tego, kogo kocha. Ale takie "przyswojenie" i "posiadanie" oznacza unicestwienie samodzielności innego. Miłość jest sprzecznością między pragnieniem posiadania i nieposiadania - miłość to pozostające w wiecznym sporze "mieć" i zarazem "nie mieć". Jak można "mieć", by "nie mieć" i jak można "nie mieć", by "mieć"?

Sprawy tej dotknął Kierkegaard. Pisał: "Istniał kiedyś lud, który miał dobre zrozumienie tego, co boskie; sądził, że ujrzenie Boga oznacza śmierć. - Któż pojmie tę sprzeczność zmartwienia i niepokoju: nie objawiać się jest równoznaczne ze śmiercią miłości, a ujawnić się oznacza śmierć ukochanej. Och, ludzki rozum tak często pragnie być potężny i silny, a ponieważ jego myśli nieustannie do tego dążą - zupełnie jakby osiągnięcie tego celu miało rozstrzygnąć wszystkie problemy - nawet nie przeczuwają, że w niebie panuje z tego powodu nie tylko radość, ale i zatroskanie: jak ciężko bowiem jest odmówić ukochanemu tego, ku czemu dąży z całych sił swej duszy, i odmówić mu właśnie dlatego, że jest tym ukochanym".

Ostatnie słowa możemy odnieść do wydarzenia Ukrzyżowania. "Czemuś mnie opuścił?" Nie tylko Ojciec opuścił Syna, również Syn opuścił Ojca i "uniżył samego siebie". Oto, co znaczy boska "inność". Czy chodzi tu o wrogość? Czy chodzi o przeciwieństwo? Ale jaka wrogość, jakie przeciwieństwo? Jaki ból? Ten boski ból jest innym bólem - "jakościowo" innym niż przeżywane przez nas bóle wrogości, przeciwieństw, sprzeczności. Jeszcze nie umiemy czytać sensu bólu miłości. Jeszcze nie poznaliśmy dogłębnie tajemnicy Dobra, które pragnie być sobą a staje się sobą przez poświęcenia dla innego. Znamy pojednanie przede wszystkim jako kompromis. Pojednanie przez poświęcenie przejmuje nas grozą.

Pochodzenie Ducha

Kluczową sprawą dla teologii jest sprawa pochodzenia Ducha Świętego. O Synu Bożym mówi się, że jest "zrodzony". Syn rodzi się z Ojca jako nieskończenie takie samo i zarazem nieskończenie inne odbicie Ojca. Jak pojąć pochodzenie Ducha? Gdybyśmy nadal trzymali się symboliki rodzenia, mielibyśmy Ducha bądź jako brata Syna, bądź jako wnuka Ojca. Doprowadziłoby to nas zapewne do emanacyjnej koncepcji Boga, a więc do odrzucenia dogmatu Trójcy Swiętej. Trzeba więc zrezygnować z "rodzenia". W miejscu "rodzenia" pojawia się słowo "pochodzenie". Co to bliżej znaczy?

Szczególnie cenną okazuje się propozycja św. Bonawentury. Rozróżnia on dwojaki początek: "początek z natury", który polega na rodzeniu, i "początek z wolności", który polega na miłości. Duch Święty - jak dziecko w rodzinie - pochodzi z wolności Ojca i Syna. Ojciec i Syn "bezustannie", czyli odwiecznie, wybierają siebie. Na tym polega miłość, że inny wybiera innego. Komentując ów pogląd, pisze M. Bieler: "»Liberalitas« oznacza więc dobrowolność i wolne ofiarowanie miłości, która Ducha czyni darem po prostu. Duch jest miłością, którą Ojciec miłuje Syna i Syn Ojca, jest wspólnotą obydwu, w której obydwaj odnoszą się do siebie i wiążą ze sobą. Tchnienie zostało określone przez Bonawenturę jako wzajemna miłość, tak więc Duch pojawia się jako wynik wzajemnego, zmierzającego ku pojednaniu, skierowania Ojca i Syna".

Język, którym Bieler opisuje tajemnicę Trójcy Świętej, nie jest językiem ontologii, lecz językiem dialogu. Jedność w ontologii - jedność dwu przedmiotów, bytów - oznacza tożsamość, która wyklucza wszelką różnicę: jakościową, ilościową, różnicę czasu i miejsca; dwie liczby "jeden" są jedną i tą samą liczbą. Ale jedność między osobami jest inna, ona nie wyklucza różnic. Sprawia raczej, że pewne różnice przestają być "ważne", a inne są wręcz warunkiem jedności, jak różnice płci w rodzinie. Jedność międzyosobową nazywamy "pojednaniem" lub "jednaniem". Pojednanie i jednanie zakładają Dobro. Pojednanie w Dobru jest ważniejsze od tożsamości bytu. Miłość przewyższa byt. Prawdziwą doskonałością Boga jest Dobro i Miłość.

Co znaczy, że Duch "pochodzi" z wolności, która jest miłością?

Znaczy, że pochodzi ze wzajemnego poświęcenia Ojca i Syna. "Naturą" Ojca jest "bycie-dla-Syna". "Naturą" Syna jest "bycie-dla-Ojca". "Być-dla-kogoś-innego" - oto sedno sprawy. Jak dziecko jest owocem "bycia-dla-innego" ojca i matki, tak Duch jest owocem "bycia-dla-Innego" Ojca i Syna.

Nie można pominąć wspaniałomyślności. Kto mówi o wolności, miłości i ofierze, ten mówi także o "wspaniałomyślności". Duch Święty okazuje się wyrazem wielkiej wspaniałomyślności, nachylonych ku sobie Ojca i Syna. Aby podkreślić wspaniałomyślność, język biblijny używa słów "na chwałę". Gdy człowiek czyni coś wyłącznie "na chwałę Boga", jest jak artysta, co zatapia się w muzyce, którą gra i która "nim gra". Można powiedzieć, że Duch Święty jest zarazem "dziełem", jak i "artystą" wewnętrznej muzyki Boga. Wkracza między Ojca i Syna jak jakaś łącząca Ich muzyka. Kto gra tę muzykę? Gra Ojciec i Syn. Można jednak również powiedzieć: "muzyka gra" Ojca i Syna, pozwalając każdej ze stron pozostać sobą mimo nachylenia ku Innemu.

Pobożność wedle Ducha

Wiele wspólnot powołuje się dziś na "inspirację" Ducha Świętego. Nazywają siebie wspólnotami "charyzmatycznymi". Niektóre z nich znalazły się nawet poza strukurami Kościoła. Mówi się jednak również, że one są "nadzieją Kościoła". Ruch charyzmatyczny, "odnowy" nastręcza wiele problemów. Mówi o tym bliżej wydane właśnie w języku polskim dzieło pt.: "Przyjdź Duchu Święty", zawierające tzw. "Dokumenty z Malines", zredagowane przez promotora odnowy kard. Suenensa (wyd. "m"). Nie miejsce i czas, by wchodzić w szczegóły sprawy. Spróbujmy jedynie sformułować w formie wniosku kilka zasad ogólnych, dotyczących "chrześcijańskiej pobożności wedle Ducha Świętego".

Teologia głosi, że Bóg, działając "na zewnątrz siebie", działa jako Bóg w Trójcy Jedyny. Jedynie "wewnętrzne" działanie Boga jest działaniem poszczególnych Osób. Mimo to, ze względu na nasz sposób doświadczania Boga, możemy poszczególnym Osobom "przypisać" poszczególne dzieła. I tak Ojcu "przypisujemy" dzieło stworzenia, Synowi dzieło odkupienia, a Duchowi Świętemu dzieło objawienia. Trzymając się zasady "przypisania", powiedzieliśmy: Duch jest pierwszy w działaniu, ale ostatni w rozpoznaniu. Każdy człowiek jest "prowadzony" przez Ducha "mądrzejszego od mądrości i rozumniejszego od rozumu", ale dowiaduje się o tym - jeśli w ogóle się dowiaduje - długo po fakcie. To On uczy rozumieć sens daru. Uczy bezinteresowności i wspaniałomyślności. Uczy pojednania w miłości. Uczy, jak tracić siebie, by odzyskiwać siebie. Uczy wspaniałomyślnej wiary, z której dopiero wypływa pobożność.

Kluczem do tej pobożności pozostaje wspaniałomyślność. Pobożność wedle Ducha zaczyna się od wspaniałomyślności. Wspaniałomyślności dotyczą również winy wobec Ducha Świętego. Winy te można podzielić na dwie grupy: grzech przeciw Duchowi Świętemu i odstępstwa niedojrzałości, czyli marnowanie darów Ducha.

Teologowie nie są zgodni w interpretacji grzechu przeciw Duchowi Świętemu, który - wedle słów Chrystusa - "nie może być odpuszczony". Można jednak zasadnie założyć, że grzechem tym będzie świadomy wybór nienawiści jako odpowiedzi na miłość. Mówiąc inaczej: bezinteresowna nienawiść do "bezinteresowności", złość zwrócona do wszelkiej wspaniałomyślności dlatego tylko, że jest wspaniałomyślnością. Skutkiem takiej złości jest niszczenie wszelkiego piękna, prawdy, dobra. Mówiąc jeszcze inaczej: demoniczna perwersja, która potwierdza siebie w niszczeniu każdej nadziei, nawet nadziei na własne zbawienie.

Druga grupa win to winy niedojrzałości: brak mądrości, rozumu, roztropności, właściwej bojaźni bożej. Niedojrzałość oznacza uleganie "interesom" i wyłaniającym się z nich lękom. Wśród owych "interesów" pojawić się mogą emocje i nastroje, które budują chwilowe "ciepło" równie chwilowej wspólnoty. Człowiek "grzeje się" przy człowieku, "zagrzewa" go i "podgrzewa", razem z innymi znajdującymi się w podobnym nastroju buduje "gniazdo" na bezdusznym świecie. Zarazem jednak odcina się od reszty świata, traci wymiar prawdy, pozbywa się krytycyzmu i samokrytycyzmu. Prawdopodobnie idąc tą ścieżką, niektóre grupy charyzmatyczne znalazły się poza Kościołem. Można jednak znaleźć inny przykład. Niedojrzałość może dotyczyć porządku władzy. Uczuciem, które łączy człowieka z człowiekiem jest "interes władzy", w którym człowiek stara się odnaleźć własną tożsamość. Zarówno jednak w pierwszym, jak drugim przypadku wspólnota, która w ten sposób powstaje, jest wspólnotą ograniczoną, a nawet przeciwstawioną innym wspólnotom. Emocje i dążenia do władzy łączą jednych, ale dzielą innych. Grożą powstaniem sekt i partii religijnych. Sprawiają, że naśladowanie Chrystusa staje się "udawaniem" Chrystusa.

Przeżycie wspaniałomyślności jest rdzeniem "wiary wedle Ducha Świętego". W nim wyraża się najpełniej obecność świadomości Dobra w akcie wiary. Wiara jest wyborem wybrania, jest odpowiedzią na dar, jest wspaniałomyślnym powierzeniem siebie Temu, który powierzył się jako pierwszy. Wszystko dopełnia się w sposób wolny, bez przymusu. Wolność obdarowania sobą jest spełnieniem miłości.

Pisze Mistrz Eckhart: "Gdy człowiek otrzymuje dar, musi się uczyć rezygnowania z siebie samego i nie zatrzymywać ani nie szukać nic własnego: ani korzyści, ani przyjemności, ani serdeczności, ani słodyczy, ani nagrody, ani królestwa niebieskiego, ani własnej woli. Bóg nigdy się nie udziela ani nie udzielał obcej woli, On się oddaje tylko swojej własnej. Gdzie zaś tę znajdzie, tam daje się i udziela ze wszystkim, czym jest. My zaś, im bardziej przestajemy być sobą, tym prawdziwiej się sobą stajemy. Dlatego też nie wystarczy raz tylko wyrzec się siebie samego oraz wszystkiego, co mamy i możemy, lecz musimy często się odnawiać i tym sposobem we wszystkim osiągać prostotę i wolność".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

Ks. Józef Tischner

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: pojednanie wolność Kościół miłosierdzie miłość Duch Święty odnowa w Duchu Świętym charyzmatycy dary Ducha Świętego pięćdziesiątnica
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W