Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 42/2009

Piotr Litka

PRZECZUCIE ŚMIERCI

W Warszawie, w mieszkaniu niedaleko kościoła św. Stanisława Kostki, spotykam się z Anną Szaniawską. Ona i jej nieżyjący mąż Klemens byli przyjaciółmi księdza. — Do pierwszego spotkania ks. Jerzego z moim mężem doszło, gdy odbywał się proces robotników Huty Warszawa — wspomina Szaniawska. Było to w stanie wojennym. Szaniawska: — Na rozprawę przyszedł mąż i ks. Jerzy. Moment, gdy się poznali, to już był czas Mszy za Ojczyznę.

Komunistyczna bezpieka inwigilowała wszystkich duchownych katolickich. Informacje gromadzono w „teczkach ewidencji operacyjnej na księdza”.

Ks. Popiełuszko miał ją również, założoną 15 listopada 1965 r., gdy tylko wstąpił do seminarium. Intensywniej bezpieka zaczęła interesować się nim po Sierpniu 1980 r., gdy zaangażował się w duszpasterstwo robotników i z proboszczem parafii św. Stanisława Kostki organizował Msze za Ojczyznę.

Jaki był?

Szybko zaczęto mu zarzucać, że „uprawia w kościele politykę”. Szaniawska: — Wielu księżom to się nie podobało. Zazdrościli Jerzemu. Zarzucali mu, że uprawia autoreklamę, że politykuje. Ale jego kazania były nasycone treściami politycznymi, bo tego wymagała sytuacja. Już nie starczała sama modlitwa. Potrzebne były odważne słowa. Ktoś, kto był na tych Mszach i czuł ten język, ten spokój, wychodził z nich oczyszczony.

— Ta znajomość, a później śmiem twierdzić przyjaźń wiąże się ze strajkiem hutników warszawskich w 1980 r. — wspomina Jacek Lipiński. — Jednym z naszych postulatów, a załoga liczyła wtedy 10 tys. ludzi, było odprawienie w hucie Mszy w najbliższą niedzielę. I jednym z księży, który ją odprawili, był ks. Popiełuszko. Po nabożeństwie trafiłem na plebanię. To był początek naszej przyjaźni i wspaniałego okresu współpracy Jurka z hutnikami.

— Ks. Jerzego poznałem w stanie wojennym, podczas rozprawy robotników z Huty Warszawa — wspomina mecenas Tadeusz de Virion. — Proces dotyczył uczestników i organizatorów strajku. Broniłem jednego z nich. Na sali zobaczyłem młodego mężczyznę w zwykłym ubraniu. Wziąłem go za tajniaka, bo skrupulatnie notował słowa oskarżonych, prokuratora i sędziów. Wydawało mi się, że jest służbowo. W czasie przerwy podszedł i przedstawił się, że jest kapelanem Huty i przychodzi, by wesprzeć robotników.

— Zapamiętałam go jako naturalnego chłopaka — opowiada Anna Szaniawska. — Gdybym nie wiedziała, że jest księdzem, bo przychodził do nas często w cywilnym ubraniu, to bym się nie domyśliła ze sposobu bycia, że to ksiądz. Trudno Jerzego porównywać do stereotypu duchownego, z jakim stykamy się na co dzień. To był chłopak! Lubił żartować. Cieszył się jak dziecko. Przychodził, by odpocząć, poradzić się, pooddychać innym powietrzem.

— To było w Dębkach nad morzem, rok chyba 1983 — wspomina Stefan Bratkowski. — Dzień słoneczny. Do naszej chatki przyszło dwóch młodych ludzi. W dżinsach, bez koszul. Jeden miał krzyżyk na szyi i przedstawił się: „Jestem Popiełuszko”. Na co moja żona popatrzyła zdumiona i pyta: „Ten słynny Popiełuszko?”. Usłyszeliśmy: „Słynny jak słynny, ale ten Popiełuszko”.

Roma Bratkowska: — Inaczej go sobie wyobrażałam. Był bardzo chłopięcy. Przypominał studenta na wakacjach. Skromny chłopak, pełen uroku, wzbudzający sympatię. Do Stefana mówił: „Ty jesteś bardzo dobry chrześcijanin, tylko niewierzący”.

— Pytam: „Ale co księdza do nas sprowadza?” — wspomina Bratkowski. — Odpowiedział: „Przychodzę do pana Stefana z interesem”. Na co ja: „Jestem do dyspozycji”. Jurek: „Bo ja chciałem pana namówić, żeby pan poprowadził przy naszej parafii w Warszawie uniwersytet. Taki parafialny uniwersytet. Mnie powiedziano, że pan będzie to potrafił zrobić”. Odpowiedziałem: „Bardzo chętnie, możemy to obmyślić od razu”. Przeszliśmy na „ty” i po kwadransie mieliśmy program, co mógłbym robić. Tak zaczęła się nasza przyjaźń.

— Wywodziliśmy się z podobnych środowisk — opowiada Jacek Lipiński. — Ksiądz pochodził z ubogiej rodziny rolniczej, gdzie ciężka praca była czymś zwyczajnym, z czym stykał się od dziecka. W Hucie spotkał ludzi o porównywalnym statusie materialnym i nie musieliśmy w rozmowie używać „tłumacza”. Był skromny, nieco skryty i dopiero bliższa znajomość pokazała, ile było w nim radości, otwartości na ludzkie problemy. Ale też chłopskiego uporu w działaniu.

— Pracowałam w Komitecie Prymasowskim, który pomagał internowanym i ich rodzinom — mówi Anna Szaniawska. — Jurek przychodził do nas w starych rzeczach. Mówiłam: „Trzeba cię ubrać, nie możesz tak chodzić”. I ubierało się go od stóp do głów. Następnego dnia przychodził w jeszcze gorszych rzeczach. Mówię: „Jurek, szkoda ci tych nowych rzeczy?” A on: „Daj spokój, wczoraj je oddałem. Są inni, którzy bardziej potrzebują niż ja.” I taka była z nim rozmowa.

Wyznanie Prymasa Glempa

— Byłem za tym, żeby ks. Popiełuszko miarkował się — mówi mi Prymas Józef Glemp. — Były z nim prowadzone w kurii liczne rozmowy. Przecież nie tylko on prowadził działalność duszpasterską w środowiskach robotniczych. Byli kapłani, którzy także wtedy robili dobrą robotę. Mówiłem do niego: „Nie rozumiem, dlaczego ty chcesz być lepszy od innych”. Obawiałem się także tego, by ksiądz Popiełuszko nie wszedł za daleko w działalność polityczną. Zresztą, nie tylko ja się o to obawiałem, bo takie rozmowy były prowadzone w gronie kurialnym. Niemniej, trudno było zahamować to, co było dobre, bo z punktu widzenia duszpasterskiego nie można było stawiać mu zarzutów, bo nic oficjalnego na temat jego zaangażowania się w nielegalną działalność nie było. Po prostu nie było na to dowodów.

Czy rozmowy z ks. Jerzym były trudne? Prymas Glemp: — Ks. Popiełuszko był lojalny wobec przełożonych w Kościele. Tylko raz miałem z nim dosyć twardą rozmowę, która potem w jego opowieściach urosła do negatywnej oceny jego działalności przeze mnie. Uważam, że to było przesadzone z jego strony. Rozmawiałem z nim wtedy jak z każdym innym księdzem. Mówiłem: „Zastanów się nad tym, co robisz. Rób to, co robią wszyscy księża. Nie dawaj powodów do tego, żebyśmy ciągle musieli się tobą interesować, bo takie są naciski ze strony władz”. To była jedyna trudniejsza rozmowa.

— Wskutek nasilającej się akcji przeciw ks. Jerzemu — wspomina mec. de Virion — padła propozycja ze strony hierarchii kościelnej, by udał się do Rzymu na studia lub dla spełnienia jakiejś misji, którą mu Kościół powierzy. To, siłą rzeczy, oderwałoby go od jego robotników i ludzi, którym był potrzebny. Był przecież duszpasterzem wielu środowisk. Wyjazd do Rzymu przekreśliłby to wszystko, co ksiądz robił, a co w największym skrócie można określić mianem misji. Patriotycznej, opozycyjnej i religijnej.

De Virion: — Mówiłem mu, że jest na celowniku SB i to, co zdarzyło się w grudniu 1983 r., gdy go aresztowano i sprowokowano ataki medialne, wskazuje na jedną rzecz: jest wrogiem państwa komunistycznego. I jako wróg musi się liczyć z następnymi atakami. To może być pozbawienie wolności, kolejne postępowania karne, wreszcie: procesy. Powiedziałem księdzu, że jego wyjazd do Rzymu z punktu widzenia jego bezpieczeństwa stanowiłby korzystne rozwiązanie.

Jak zareagował? De Virion: — Wysłuchał i powiedział: „Jako adwokat spełnił pan swój obowiązek. A pańskim obowiązkiem jest dbałość o moje bezpieczeństwo. I czymś takim byłby mój wyjazd do Watykanu. Zrobił pan swoje. Druga rzecz to moja działalność dla ludzi, do których przemawiam z ambony, nad którymi mogę roztoczyć opiekę jako kapłan i którym jestem potrzebny. I ci ludzie sprawiają, że na wszelkie propozycje wyjazdu do Watykanu odpowiadam odmownie”.

— Dziś uważam — mówi Prymas Glemp — że były to plany ratowania ks. Popiełuszki. Przyszło do mnie trzech czy czterech panów, ludzi poważnych. Zgłosili oni propozycję dotyczącą wyjazdu ks. Popiełuszki z Warszawy. Twierdzili, że życie i praca księdza Jerzego są zagrożone, i czy w tej sytuacji nie lepiej byłoby go zabrać z parafii św. Stanisława Kostki. Tu nie chodziło wprost o wysłanie go na studia zagraniczne do Rzymu, tylko o zmianę parafii. Sugerowano Częstochowę, Lublin lub jakąś mniejszą miejscowość. Padła też propozycja, by mógł wyjechać na studia za granicę. Te wszystkie możliwości były rozważane, w jego obecności. Byłbym skłonny taką decyzję podjąć, gdyby on sam tego chciał. Nawet, gdyby nie była to inna parafia, tylko wyjazd na studia do Rzymu, do czego on nie był predestynowany, ale to było możliwe — warunkiem była jego zgoda. On jednak obawiał się reakcji ludzi. Powiedział do mnie: „Jak ksiądz prymas każe, wyjadę”. Odpowiedziałem: „Nie, ja ci to proponuję, ale ty musisz tego chcieć. Musisz o to poprosić, bo inaczej ja wejdę w rolę kolaboranta z władzą partyjną, która chce ciebie usunąć”.

Co odpowiedział ksiądz Jerzy? Prymas: — Że nie opuści ludzi, którym jest potrzebny.

Czy był dalszy ciąg tej rozmowy? Prymas: — Była jeszcze jedna rozmowa na ten temat, ale nic więcej ponad to, co powiedziałem, nie ustaliliśmy. Do dziś mam świadomość, że nie zrobiłem wszystkiego, by ocalić jego życie.

Przeczucie śmierci

— Był rok 1984 — wspomina ks. prałat Stefan Kośnik. — W Krynicy, w górach, spędzałem u sióstr Elżbietanek wakacje. Ks. Popiełuszko też był w Krynicy, do sióstr przychodził na obiady. Rozmawialiśmy. Rozmowy dotyczyły także szykan ze strony „nieznanych sprawców” i stosunku władz do jego działalności duszpasterskiej. A szczególnie: działalności patriotycznej w kościele, którą prowadził na Żoliborzu i w innych parafiach. Szczególnie zapamiętałem słowa, które skierował do mnie podczas jednej z naszych rozmów. Powiedział, co mnie uderzyło, że przezwyciężył w sobie naturalny, czysto ludzki lęk przed śmiercią. Było to dziwne, bo rozmawiałem w końcu z młodym, 37-letnim kapłanem.

Ks. Kośnik: — Mówił, że niejednokrotnie mu grożono na wiele sposobów, że jest bez przerwy śledzony, że ci, którzy go inwigilują, nie próbują nawet ukryć swej obecności. Przeczuwał, że ktoś chce go zabić. Mówił, że każdy człowiek wewnętrznie broni się przed śmiercią, że to czysto ludzki odruch, na który nie ma się większego wpływu. Wspominał, że to, co się wokół niego dzieje, różne groźby, anonimy, „głuche telefony”; że to wszystko wywoływało w nim do niedawna czysto ludzki lęk przed śmiercią. Ale że pozbył się już tego lęku i jest przygotowany na śmierć, że przyjmie wszystko to, co się z nim stanie.

— Zagrożenie wyczuwała mama księdza — wspomina Jacek Lipiński. — Kiedyś w Okopach [rodzinnej wsi] zapytała, czy się boi. Odpowiedział dowcipnie: „Mama, zobacz, dziesięć tysięcy chłopa mam w hucie. Co oni mi mogą zrobić?”. I drugi obraz, tuż przed śmiercią. Spacerowaliśmy z księdzem z tyłu kościoła św. Stanisława Kostki, był z nami Karol Szadurski. Jurek nagle mówi: „Boże, a co się stanie, jak mnie zabiją? Bo może tak być”. Karol żartem odpowiedział: „Słuchaj, dajże spokój, nie będzie dramatu, zadbamy o ciebie. Pochowamy cię tutaj obok, przy kościele...”. Myśmy sobie żartowali, a później te słowa nabrały innego znaczenia.

— Mąż miał jechać z Jurkiem do Bydgoszczy — mówi Anna Szaniawska. — Ksiądz poprosił Klemensa, by wygłosił tam wykład o etyce, który Jurek znał z Warszawy. I mój mąż nie mógł 19 października 1984 r. pojechać do Bydgoszczy, bo miał zaplanowane zajęcia w Warszawie. Kto wie, co by się stało, gdyby pojechał? Czy wyrok na Jurka zostałby przełożony, czy zginęliby obaj? Mąż sobie to wyrzucał do końca życia; że gdyby był z Jurkiem w Bydgoszczy, może Jurek by żył...  

Piotr Litka

Skróty w tekście pochodzą od redakcji „TP”.


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jerzy Popiełuszko prymas Józef Glemp zabójstwo Solidarność Służba Bezpieczeństwa stan wojenny Bydgoszcz SB morderstwo inwigilacja Msza Św. za Ojczyznę kościół św. Stanisława Kostki proces robotników Huty Warszawa Tadeusz de Virion
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W