Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


José Ignacio Tellechea Idígoras

tłumacz: Katarzyna Jachimska-Małkiewicz

IGNACY LOYOLA.
SAM I NA PIECHOTĘ

ISBN: 978-83-7767-989-0
wyd.: Wydawnictwo WAM 2014

Książka Ignacy Loyola, sam i na piechotę została uznana za jedną z najbardziej wartościowych biografii tego niezwykłego człowieka i założyciela Towarzystwa Jezusowego (jezuitów).
Autor opisuje Ignacego jako człowieka z krwi i kości, cierpliwego i wyrozumiałego psychologa oraz przewodnika dusz. Jednocześnie obala mity i stereotypy określające go jako manipulatora i despotę. Nazywa go raczej Don Kichotem "w boskim stylu", ponieważ całe swoje życie poświęcił walce o ideały. Ignacy potrafił zamieniać marzenia w czyn. Przykładem życia pociągał za sobą innych. Początkowo jeszcze pielgrzym bezustannie podążający za głosem Bożego wołania i szukający swego miejsca w świecie. Z czasem osiadł w Rzymie, gdzie za pomocą korespondencji próbował objąć opieką rozrastające się Towarzystwo Jezusowe rozproszone w wielu zakątkach świata.
Fantastyczna wizja i źródła / Ziemia ojczysta i czasy / Onaz-Loyola: najmłodszy z licznego rodzeństwa


Ziemia ojczysta i czasy

Inigo należał do klanu Onaz-Loyola. Onaz i Loyola to nazwy majątków ziemskich służące za nazwisko rodowi, z którego pochodził. On sam przyjął drugie z nich, powszechnie je rozsławiając. Kiedy Inigo postanowił dać początek swej ziemskiej przygodzie, jego brat Martín na wszystkie sposoby próbował go od tego odwieść, powołując się na pozycję rodziny, roztaczając przed nim uzasadnione widoki na przyszłe godności i  honory. Skąd mógł wiedzieć, że ów włóczęga, który miał przynieść wstyd rodowi, stanie się jego najbardziej zasłużonym członkiem? Inigo Loyola był Baskiem, Baskiem najbardziej uniwersalnym, który miał nadać światowy rozgłos swemu nazwisku, a wraz z nim swej ojczystej ziemi. Przez wielu będzie określany mianem Biskajczyka, które było w  owych czasach w powszechnym użyciu, jednak on sam musiał jasno określać swoje pochodzenie, gdyż już od 1547 roku Laynez i Polanco odnotowują w swoich zapiskach, że pochodził z prowincji Guipúzcoa albo po prostu z Prowincji, jak metonimicznie nazywano ją w pismach jezuickich aż do XIX wieku. Współcześni biografowie spoza Hiszpanii zwykle zwracają szczególną uwagę na miejsce pochodzenia Iniga Loyoli. Niektórzy hiszpańscy badacze kwitują ten szczegół krótką wzmianką albo wręcz przywłaszczają sobie Świętego razem z korzeniami, żeby zaraz potem przesadzić go do Arévalo3 i ukształtować zgodnie ze swym upodobaniem, robiąc z  niego typowy produkt rodzącego się właśnie hiszpańskiego imperium. Jakby kod genetyczny odziedziczony po przodkach nie miał najmniejszego znaczenia; ani rodzina, w której człowiek się wychował, ani otoczenie, w którym budził się do życia — a przecież wszystkie te elementy pozostawiają niezatarty ślad w ludzkiej psychice, w jej najgłębszych pokładach.


Tak więc rozdział ten musi nosić tytuł Ziemia ojczysta i czasy. Ziemia ojczysta — w liczbie pojedynczej — jest sprawą oczywistą, choć w istocie złożoną i niełatwą do zrozumienia, natomiast o czasach będziemy musieli mówić w liczbie mnogiej, gdyż nie odpowiadają bezpośrednio ani czasom kalendarzowym, ani podręcznikowym podziałom, nie można ich więc jednolicie i jednoznacznie określić. Kiedy i w jaki sposób docierały w owych czasach wiadomości do ludzi i które z nich docierały? Czym jest współczesność w jednostkowej świadomości każdego człowieka? Należy pamiętać, że w owych czasach ludzie często nie mieli nawet pewności co do swojej daty urodzenia. „Chyba gdzieś około...”, zwykło się mówić przy próbach ściślejszego ustalenia czyjegoś wieku. Z  kolei określenie czasów, w jakich człowiek żył, nabierało różnego znaczenia w zależności od tego, jak wyglądały okna rodzinnego domu, przez które człowiek wyglądał na świat i otwierał się na nadchodzące wypadki. Tak to już jest, że konkretny sposób patrzenia, wyglądania przez okno, zwłaszcza dziecka czy nastolatka, charakteryzuje się szczególnym stopniem uwagi, ciekawości i zainteresowania, który wraz z biegiem czasu ulega zmianie. W oczach biografa zbieżności chronologiczne nie mają tak wielkiego znaczenia jak współbrzmienie duchowe.

Dziecko żyje otaczającą go z wszystkich stron teraźniejszością i trudno mu wyobrazić sobie nawet niedawną przeszłość, kiedy nie było go na świecie. Uczy się poczucia czasu i  jego upływu w sposób bezpośredni: zagłębiając się w przeszłość swej rodziny, włączając się w  życie swego klanu, zaczynając stopniowo identyfikować się ze znaczeniem słowa my. Rodowód, pochodzenie — niekoniecznie związane z pozycją społeczną — ma wśród Basków ogromne znaczenie, a najbliższa rodzina, złożona z dwóch lub trzech najbliższych pokoleń, jest czymś w rodzaju streszczenia owego rodowodu. Dzieci nie mówią „mój ojciec”, „mój dom”; wszystko jest „nasze”: „nasze drzewa”, „nasze owce”. Poczucie indywidualności rozszerza się, zostaje przeobrażone w świadomość rodzinną. Co było „nasze”, co oznaczało owo słowo, czy też jak z biegiem czasu zmieniało się jego znaczenie dla najmłodszego z rodzeństwa Loyolów?

Najbliższe, najbardziej stałe i  namacalne było zapewne dla niego wszystko to, co wiązało się z rodzinnym domem: zbudowane z solidnych kamieni grube mury domu-warowni, które oparły się natarciom stronnictwa gamboińskiego w XV wieku: „i nie mogliśmy go zdobyć z uwagi na potężne mury”... Wśród owych kamieni wyróżniał się zwłaszcza jeden, najbardziej enigmatyczny: ten, na którym wyryto prastary herb ze znakami domów Onaz i Loyola, a na nim wilki — mówiące same za siebie i przywodzące na myśl takie cechy, jak dominacja, odwaga czy drapieżność — oraz kociołek, w którym bulgotały i mieszały się kolejne pokolenia i nigdy nie było wiadomo, co z tej mikstury powstanie w przyszłości. Oprócz murów i kamieni w Loyoli mnożyła się dobrze schowana i wypolerowana broń, beczki i kadzie, narzędzia do pracy na roli, ubrania i inne sprzęty będące podstawą rodzinnego dobytku i zapisów testamentowych.

Lecz zanim zajmiemy się bliżej rodziną, wróćmy do ziemi, do konkretów wyrytych na zawsze w zakamarkach duszy, do krajobrazów. Loyola mieści się w samym sercu długiej, lekko wygiętej w  łuk doliny, której środkiem płynie mała rzeczka o nazwie Urola. Jej raczej skromne uskoki ledwo są w stanie wprawić w ruch kilka kuźni i młynów. Dolina nie różni się niczym od podobnych dolin, jak ona zagubionych w labiryntach gór, gdzie wzrok zatrzymuje się na tym, co możliwe do ogarnięcia z racji swej bliskości i rozmiarów stworzonych na ludzką miarę. Na wiosnę i w lecie dominuje tu soczysta zieleń, która w jesieni przeobraża się w złoto i inne ciepłe kolory, w fiolety i odcienie czerwieni w zimie, w lekką szarość przetykaną tu i tam błękitem w pochmurne dni, bez względu na porę roku, oraz w ciemne, ołowiane szarości, kiedy nadchodzi burza albo kiedy nad doliną zawisają gęste mgły przywiane znad morza.

Z jednej strony domu-warowni wznoszą się wzgórza pokryte gęstymi lasami, w  których dominują kasztany, buki i  dęby  — przyjazne drzewa dostarczające drewna, owoców i  cienia, u  stóp których rosną grzyby i  które co roku, kiedy opadają liście, łagodnie przypominają o  upływie czasu, o konieczności zmiany, o krótkim trwaniu pór roku i nadziei, jaką niesie z sobą przyszłość. Z drugiej strony domu wznosi się okazała wapienna bryła góry Izarraitz z szarym, łysym grzbietem, różowiącym się lekko w słoneczne dni. Po jej zboczach wspina się zieleń daremnie próbująca zdobyć szczyt. Wspięcie się na jej grań jest synonimem męskości i męstwa, a  także pozwala odkryć nieskończony ciąg okolicznych łańcuchów górskich, a za nimi szeroko otwierającą się przestrzeń morza. Kiedy idzie burza, wokół szczytu Izarraitzu gromadzą się ciemne chmurzyska nadciągające znad Zatoki Biskajskiej, które potem niczym armia najeźdźców ześlizgują się po jego stokach, podczas gdy porywiste wiatry wdzierają się z wściekłością pomiędzy zbocza przez pobliską kotlinę Cestony. W takie dni góra przypominająca niezdobyty mur przybiera ponure, ciemne barwy, robi się posępna i straszna. Izarraitz uosabia to, co trudne, wielkie i nieludzkie, straszliwe i niemal boskie, tajemnicze, inne, gdzie dzień w dzień chowa się słońce. Po obu stronach domu w Loyoli czają się dwa oblicza czy też dwa zwierciadła kosmicznej rzeczywistości.

Jak można w tej sytuacji przemilczeć położenie domu rodzinnego Loyolów? Zawsze byłem głęboko przekonany, że Inigo musiał być z natury samotnikiem. To, że na pewnym etapie życia miała go nagle najść pokusa zostania pustelnikiem, nie jest bezzasadne. Był człowiekiem, który potrafił być sam i który w głębi duszy tęsknił za samotnością; za samotnością do głębi przesiąkniętą przyrodą i której wewnętrzne przestrzenie są pełne emocji i uczuć. Jakże miał nie być samotnikiem, skoro przyszedł na świat na odludziu, w samotnym domu położonym jednakowo daleko od dwóch najbliższych miasteczek, Azpeitii i  Azcoitii, w  domu, który był na dodatek zewsząd otoczony gąszczem lasu? „Cały okolony borem i drzewami dającymi najróżniejsze owoce, a rosnącymi tak gęsto, że domu prawie nie widać aż do chwili, kiedy staje się przed samą bramą”. W ten sposób opisywał go w 1551 roku niemogący ukryć zdumienia pochodzący z Kastylii ojciec Tablares. Domostwo stało na niewielkim pagórku, w cieniu olbrzymiego drzewa, które z daleka pozwalało je zlokalizować. Inigo urodził się i mieszkał w świecie odciętym od miejskiej cywilizacji — odizolowanym przestrzenią fizyczną oraz dystansem, jaki narzucała pozycja społeczna Loyolów. Dlatego otoczenie, w którym wzrasta, nabiera jeszcze większego ciężaru gatunkowego niż w innych przypadkach.

3 Arévalo — miejscowość w Kastylii; na zamku w Arévalo wychowała się m. in. Izabela Katolicka, a Inigo spędził tam wczesną młodość jako paź don Juana Velázqueza.

opr. ab/ab



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: biografia matka Ignacy Loyola pochodzenie źródła okoloczności historyczne Inigo Arévalo
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W