Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl



Aldo Maria Valli

Ratzinger na celowniku



ISBN 978-83-7422-333-1
Wydawnictwo św. Stanisława BM
31-101 Kraków, ul. Straszewskiego 2
Tel. 012 421 49 70
www.stanislawbm.pl



Pasterz wśród wilków

Módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu przed wilkami.
               
Benedykt XVI,
                24 kwietnia 2005 roku

Powody agresji

Irlandia, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Holandia, Włochy, Belgia, Norwegia, Brazylia, Stany Zjednoczone, Australia, Malta. Dla Kościoła katolickiego nazwy tych krajów oznaczają smutną geografię. Stamtąd bowiem przychodziły straszne wiadomości odnoszące się do nadużyć seksualnych popełnianych przez księży wobec małoletnich. Przypadki bardzo często dotyczyły okresu sprzed wielu lat, lecz nagle wydobyto je na światło dzienne. Powstaje pytanie: dlaczego teraz? Aby odległe w czasie i przestrzeni wydarzenia obecnie zapełniły serwisy niezliczonych mediów we wszystkich częściach świata? Po co to wszystko? Czy to atak na Papieża?

Przyczyną zjawiska jest w wielu przypadkach po prostu upływ czasu. Dawne dzieci dorósłszy, znalazły wreszcie sposób i zebrały się na odwagę, żeby zderzyć się z widmami przeszłości. Z pewnością wszakże nie jest to jedyna przyczyna.

Według katolickiego uczonego George'a Weigla, biografa Jana Pawła II i starszego doradcy Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie, przeciwko Kościołowi występuje obecnie dużo grup interesów:

Są tacy politycy i twórcy opinii, którzy chcą zburzyć wiarygodność Kościoła, są prawnicy, którzy na celu mają przysporzyć szkód finansowych Watykanowi, są antykatoliccy laicy, którzy wykorzystują każdą okazję, żeby ugodzić w Kościół i są katolicy popychający naprzód nigdy niespełnioną rewolucję: zniesienie celibatu, święcenia kapłańskie kobiet, umniejszenie władzy biskupów (wywiad w „La Stampa”, 4 kwietnia 2010).

Jest to osąd, który można podzielać, również kiedy Weigel mówi, że nie ma w tym intrygi w ścisłym sensie. Jeśli jednak nie ma spisku jako takiego, zbieżne interesy różnych grup wskazanych przez amerykańskiego pisarza dały wszelako początek pewnemu planowi. Niemal na pewno nieuzgodnionemu, ale niemniej skutecznemu w zajadłości względem Kościoła, a zwłaszcza względem obecnego papieża Benedykta XVI. Wrażenie jest zatem takie, jakby celem był właśnie Joseph Ratzinger.

Skandale, o których się mówi, sięgają okresu, kiedy nie był on głową Kościoła katolickiego, a jednak wyciąga się je dopiero teraz. I za każdym razem, czy chodzi o Europę, czy o Oceanię, czy o Stany Zjednoczone, widać staranie, aby za wszelką cenę wplątać Ratzingera, przypisując mu jakąś odpowiedzialność, czy to jako arcybiskupowi Monachium, czy to jako prefektowi Kongregacji Nauki Wiary.

Postawmy sprawę jasno: żadną miarą nie pragniemy odwrócić uwagi od problemu samego w sobie. Gdyby wyszedł na jaw jeszcze jeden przypadek pedofilii wśród kapłanów i zakonników, byłby o jeden przypadek za dużo, skandal o niezmiernym znaczeniu, za który należy się nieskończenie wstydzić i który powinien być bodźcem do głębokiego rachunku sumienia oraz nowego początku z odnowioną wiernością wobec Chrystusowej Ewangelii w duchu oczyszczenia. Z drugiej strony taka właśnie była reakcja Benedykta XVI, którą z wielką wyrazistością widzimy, od kiedy pojawiły się pierwsze złe wiadomości. On nigdy nie ukrywał grzechów, win i odpowiedzialności Kościoła w jego różnych strukturach i formach wyrazu. Wobec narastającej fali antypapieskiej kampanii nie wydaje się jednak, żeby chodziło tylko o deklaracje. Jest tylko wola zadawania ciosów. I tu powraca pytanie: dlaczego?

Obecny Papież sprawia przykrości niejednemu i to z licznych powodów. Z dwóch zaś przede wszystkim. Papież mianowicie mówi, że prawda istnieje, a nadto apeluje o sprawiedliwość społeczną. Pierwszy front ma charakter filozoficzny, a drugi — gospodarczo-społeczny. Oba nurty wszakże zbiegają się we wskazywaniu Papieża jako punktu odniesienia, który przeszkadza w zabiegach tych ludzi, którzy kładą nacisk na relatywizm moralny i niesprawiedliwość społeczną. Stąd ataki na niego.

George Weigel zauważa w przytoczonym wywiadzie:

Kościół katolicki jest ostatnim instytucjonalnym obrońcą idei, iż w świecie są jakieś prawdy moralne. Na Zachodzie istnieją potężne siły, które zaprzeczają ich egzystencji, które nas skłaniają do wiary w to, że ludzkość jest plastyczna i poddaje się obróbce; że małżeństwo można zdefiniować ustawami; że seks jest formą sportu; że nienarodzone istoty ludzkie, ludzie ciężko chorzy lub upośledzeni nie liczą się; oraz że państwowe środki przymusu mogą i muszą narzucać to, co kardynał Ratzinger określa jako dyktaturę relatywizmu. Siły te widzą okazję do zniszczenia nauki Kościoła, gdy wychodzą na jaw niedostatki niektórych synów i córek Kościoła i błędy popełnione przez niektóre władze kościelne.

Powie ktoś: ależ to ocena godna katolika w „starym stylu”, tęskniącego za „moralną cywilizacją”, a tej już się nie da odzyskać. Nie zgadzam się. A w każdym razie, jeśli ktoś chce posłuchać głosu z innej parafii, oto ocena zaprezentowana przez kardynała Carlo Marię Martiniego, który w „Corriere della Sera” z 25 kwietnia 2010 roku — odpowiadając czytelnikowi w sprawie skandalu pedofilskiego — powiada:

Osobiście nie jestem kompetentny w sprawach statystyki i mam uczulenie na teorie typu „coś się za tym kryje”. W całym tym tumulcie nie widziałbym sprzysiężenia uknutego przy stoliku przeciwko Kościołowi i przeciwko Papieżowi. Prawdą jest, że ten, kto wrogo się odnosi do Kościoła katolickiego (a nie po prostu komunista czy laicysta), może się raduje z tego skupienia sił, które upokarza całe duchowieństwo i nie dba o fakt, iż większość przypadków nadużyć seksualnych oraz pedofilii dokonuje się w środowisku rodzinnym, czyli tam, gdzie są pierwsi wychowawcy dziecka. Papież był bardzo jednoznaczny i dobitny w tej kwestii, a ja też go z mocą bronię. Osobiście razi mnie, że społeczeństwo, które obaliło wszelkie tamy seksualności (i które psuje także małoletnich, zważywszy aluzje seksualne w reklamie) zwraca się przeciwko nielicznej grupce osób.

A więc deklarując uczulenie na szukanie ukrytych sprężyn i teorie spiskowe, Martini przyznaje, że ten, kto odnosi się wrogo do Kościoła, „raduje się” z ostatnich wydarzeń. Przyznaje, że nie jest rzeczą sprawiedliwą brać na muszkę tylko Kościół, gdy chodzi o zjawisko dotyczące całej kultury i całego społeczeństwa. Dodałbym, że oburzające jest, kiedy niektóre organy prasowe, niekiedy swobodnie traktujące (tak to łagodnie nazwijmy) wykorzystywanie seksu w reklamie, nagle stają się zajadłymi obrońcami zasad moralnych i małoletnich, gdy tylko należy zaatakować Kościół. Ale nie tą drogą zamierzamy posuwać się dalej. Także dlatego, że — jeśli zaczniemy porównywać, kto się gorzej zachowuje — nie dojdziemy do żadnego wyniku, a przede wszystkim nie przyczynimy się konstruktywnie do poprawy sytuacji. To, co chcemy tu uwypuklić, to zakres agresji wobec Kościoła i Papieża, jej kulturalna i duchowa treść i to, co kryje się za nią w kategoriach projektu dotyczącego człowieka i życia.

Ataki na papieży zdarzały się naturalnie od zawsze, ale są szczególnie zajadłe w tym momencie, ponieważ Joseph Ratzinger — chociaż bez rozgłosu, jak to jest w jego zwyczaju — był i jest szczególnie skuteczny w organizowaniu szyków do walki z kulturą libertynizmu zrodzoną przez relatywizm moralny oraz ze sprawcami niesprawiedliwości społecznej, którzy bogacą się na drodze wyzysku człowieka przez człowieka (jak można sprawdzić, czytając encyklikę Caritas in veritate o integralnym rozwoju ludzkim, promulgowaną 29 czerwca 2009 roku, to znaczy w pełni światowego kryzysu gospodarczego).

Byłoby odpowiednie, gdyby Kościół konsekwentnie reagował, ale zachodzi niezwykle trudna przeszkoda, ponieważ Kościół i Papież mają przeciwko sobie potentatów dysponujących wielkimi środkami i znaczną częścią globalnej machiny komunikacyjnej. I dlatego także, iż — należy to powiedzieć — Kościół nie jest w rzeczywistości zjednoczony w odpieraniu ataku, a nawet wewnątrz niego są tacy, co kolaborują z oblegającymi.

Aby zdać sobie sprawę z oblężenia, jakiemu poddany jest Kościół oraz z gwałtowności agresji, nie trzeba prowadzić wielkich badań. Wystarczy na przykład wejść do dowolnej księgarni. Wprawia w zmieszanie mnogość tytułów atakujących Watykan i Papieża. Były takie książki także w dawniejszych czasach, były zawsze, ale nie było ich tyle i nie były tak jadowite. Kościół często jest odmalowywany jako organizacja przestępcza, Watykan opisywany jako przytulisko dla potępieńców, a Papież — jako nikczemny administrator imperium półświatka i wydrwigroszy.

Dobry i zły Kościół

Nie trzeba podawać przykładów, bo mamy ich dosyć, chcę zatem oszczędzić na swoim małym poletku dodatkowej reklamy dziełom, które już z niej korzystają w szerokim zakresie. Wolę raczej zauważyć to, co staje się motywem przewodnim owej narracji, a jest to idea, że narasta rozziew między Kościołem „dobrym”, odłączonym od hierarchii eklezjalnej, złożonym z dzielnych kapłanów i świeckich działających na ulicach i wśród ubogich, a Kościołem „złym”, pełnym hipokryzji i brudnych spraw, reprezentowanym przez hierarchię. Jest to uproszczenie ordynarne, a przede wszystkim błędne. Kościół jest jeden. Oczywiście objawia w różnych artykulacjach, wręcz w sprzecznościach, ale jest jeden, i od stuleci zajmuje się wyznawaniem swej jedynej wiary. Lecz ta właśnie jedność, reprezentowana przez Papieża, wywołuje oburzenie, a ten i ów chciałby poddać ją dyskusji.

Niektórzy obrońcy Kościoła dołów czy też Kościoła bazowego, w opozycji do Kościoła hierarchicznego czy też Kościoła szczytów, niemożliwego rzekomo do połączenia z tym pierwszym, usilnie pracują nad tym, aby uwierzono, że pod kopułą Świętego Piotra jest sama zgnilizna. Ale operacja ta, często przyodziana w szaty szlachetności i miłości do prawdy, skrywa w sobie również często tylko chęć zburzenia kopuły Świętego Piotra wraz ze wszystkim, co ona reprezentuje. Kiedy — jak mi się niedawno zdarzyło — czytam, że „niezależnie od Watykanu istnieje jeszcze Kościół ewangeliczny, Kościół mówiący o Chrystusie, Kościół, który nie ogranicza się do osądzania, lecz jest gotów rozpostrzeć ramiona w stronę najbardziej nieszczęśliwych”, odczuwam odór spalenizny. Dokładniej zaś — czuję smród siarki. Diabeł (z greckiego diaballo, co znaczy dzielę, rzucając coś w środek) nigdy nie odpoczywa, a starania o rozpowszechnienie idei, iż istnieją dwa Kościoły, a dla zasłużenia na miano dzielnych chrześcijan należy działać „niezależnie od Watykanu” — to jeden z jego najbardziej wypoczętych i najsprawniejszych rumaków bojowych. W środek, aby podzielić, rzuca się podejrzenie i sekciarskiego ducha.

To bycie Kościołem „niezależnie od Watykanu” przypomina „wiarę bez przynależności”, która — jako rozpowszechniona teoria socjologiczna — wyróżnia postawę religijną przeważającą na Zachodzie. Wierzy się w Boga bez poczucia, że jest się częścią jakiegoś Kościoła; mówi się, że się wierzy, ale nie odczuwa się potrzeby przestrzegania nakazów wskazanych przez instytucję kościelną. Pozbawienie Kościoła legitymacji to nic więcej jak wzmocnienie tej tendencji służącej projektowi stworzonemu przez tego, kto — starając się zademonstrować, że istnieje „Kościół faktyczny” znacznie bliższy ludowi i jego potrzebom niż „Kościół-instytucja”, w praktyce pracuje nad zniszczeniem Kościoła jako takiego.

Rozróżnienie polegać by miało na stopniu autentycznej duchowości wyrażanego przez oba Kościoły, a również to odwołanie do ducha nie jest z pewnością niczym nowym. Benedykt XVI bardzo dobrze wyjaśnił, na czym polega pułapka.

Jako naukowiec i badacz św. Bonawentury, autentycznego interpretatora pierwotnego ducha franciszkańskiego, Joseph Ratzinger wie, w czym rzecz. Już w czasach Bonawentury, osiem wieków temu, pewien nurt wśród braci mniejszych, nie przypadkiem zwany „spirytuałami”, utrzymywał, iż wraz ze św. Franciszkiem narodziła się zupełnie nowa faza historii, charakteryzująca się objawieniem Ewangelii wiecznej, która miała zastąpić Nowy Testament. Ci „spirytuałowie” mówili, że Kościół już wyczerpał swoje dziejowe zadanie i że wreszcie nadeszła chwila, by dać miejsce charyzmatycznej wspólnocie osób naprawdę wolnych, kierowanych we wnętrzu przez ducha. Nie trzeba tłumaczyć, że w interpretacji spirytuałów tymi wolnymi ludźmi byli oni sami. U początków tego kierunku był już Joachim z Fiore ze swoją teorią Ducha Świętego jako wieku pojednania i pokoju. Ale to, że nieporozumienie jest historycznie zrozumiałe, nie czyni go mniej niebezpiecznym. Jak Bonawentura zrozumiał poprzez swoje studia, a Papież dziś podkreśla, aktualizując problem, pozostawienie franciszkanów w rękach spirytuałów byłoby doprowadziło zakon do anarchii, a sam Kościół do destrukcji.

Święty Franciszek istotnie był ubogim wśród ubogich (dziś nazwano by to „opcją preferencyjną” na rzecz ubogich), ale nigdy nie był przeciwko Kościołowi. Przy szczególnej sposobności (na audiencji generalnej 27 stycznia 2010 roku) Benedykt XVI wytłumaczył: tak jak w przeszłości (zwłaszcza w wiekach XIX i XX) niektórzy historycy próbowali stworzyć Jezusa historycznego w opozycji do Jezusa z Ewangelii, tej samej operacji podjęto się wobec Franciszka, dochodząc do wniosku, że nie był człowiekiem Kościoła, lecz człowiekiem związanym tylko z Chrystusem, i że w związku z tym pragnął odnowić lud Boży, usuwając wszelką formę kanoniczną i wszelką hierarchię. Jest to interpretacja sugestywna, lecz fałszywa. W rzeczywistości bowiem biedaczyna z Asyżu „wiedział, że Chrystus nigdy nie jest mój, lecz zawsze jest nasz, że Chrystusa nie mogę mieć ja”, i wiedział, że nie da się zbudować na nowo ja chrześcijanina w opozycji do Kościoła, ponieważ „tylko w komunii z Kościołem wzniesionym na fundamencie sukcesji apostolskiej odnawia się także posłuszeństwo wobec słowa Bożego”. Tak więc w tym „budowaniu ja chrześcijanina w opozycji do Kościoła” tkwi zagrożenie. Realizuje się ona z zewnątrz albo wewnątrz samego Kościoła.

Dziś stanąć po stronie Kościoła i Papieża jest potwornie out, po prostu nie wypada tak zrobić, a spolegliwe zwracanie uwagi na ryzyko wtórnego spirytualizmu umieszcza autora automatycznie na liście doktrynerów.

Nic nowego! Jezus kiedyś już to powiedział: „Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe o was”. Męczennicy wczorajsi i dzisiejsi wiedzą o tym dobrze. Lecz w jakim stopniu są tego świadomi katolicy, którzy żyją w świecie zdominowanym przez zglobalizowaną komunikację? W jakim stopniu świadom jest tego świat eklezjalny?

Czasami odnosi się wrażenie, że u katolików i w Kościele ujawnia się rodzaj „syndromu sztokholmskiego”. Zamiast użyć rozumu w celu demaskacji i neutralizacji wroga przy pomocy prawdy, wytwarza się wobec niego uczucie admiracji, by nie rzec — miłości. Z początku jest to mieszanka ignorancji i niedostatecznej świadomości własnego dziedzictwa, która rozwija się w zabójczy kompleks niższości. I tak zamiast zbroić się do odparcia wroga i uwydatnienia własnych argumentów, katolicy wolą rzucić mu się w ramiona.

Przeciwieństwem syndromu sztokholmskiego jest syndrom oblężenia, który popycha niektórych katolików do usztywnienia i nietolerancyjnego zachowania, do denuncjowania wszędzie jakichś złych, których należy unicestwić bez litości i bez miłosierdzia. Efektem tej drugiej postawy jest integryzm w najgorszym tego słowa znaczeniu, nie jako przylgnięcie do wiary w jej integralności, lecz jako fanatyzm. Może nawet w sojuszu z tymi, których profesor Rémi Brague określił jako „chrystianistów”, chrześcijan z ideologii, chrześcijan bez Chrystusa, którzy używają chrześcijaństwa na sposób instrumentalny, głównie w celu sztucznego wzmocnienia schyłkowej tożsamości, ale bez szczerej wiary w sercu.

Niebezpieczny świadek

I wreszcie jest też postawa przylgnięcia do Ewangelii. Tak po prostu, czysto, bez zakrętów. Żeby ją opisać, nie potrzeba przymiotników, a tym mniej „izmów”, bo w niej przemawia sam przykład dostarczany przez osoby, które nią żyją na co dzień. Ten przykład powinien pochodzić przede wszystkim od tych, którzy swoje własne życie poświęcili Panu i Jego Kościołowi. Zwracając się do kapłanów 25 kwietnia 2010 roku w Światowym Dniu Modlitwy o Powołania, Benedykt XVI wystosował jasne orędzie:

W tym dniu specjalnej modlitwy o powołania napominam szczególnie wyświęconych kapłanów, aby — pobudzeni rokiem kapłańskim — poczuli się zaangażowani w mocniejsze i bardziej zdecydowane świadectwo ewangeliczne w dzisiejszym świecie. Niech pamiętają, że kapłan kontynuuje dzieło Odkupienia na ziemi; niech umieją chętnie zatrzymywać się przed tabernakulum; niech całkowicie oddadzą się swojemu powołaniu i misji poprzez surową ascezę; niech okażą gotowość do słuchania i wybaczania; niech po chrześcijańsku formują powierzony im lud; niech z troską kultywują kapłańskie braterstwo” (słowa wygłoszone przed modlitwą Regina Caeli).

Tak, Benedykt XVI jako świadek Ewangelii, jako obrońca i symbol Kościoła i jego jedności, jest człowiekiem niebezpiecznym dla tych, którzy pragną świata bez Ewangelii i bez Kościoła, w takim bowiem świecie łatwiej jest promować kłamstwo i budować swoją władzę na fałszywej wolności.

Papież Benedykt XVI stał się niebezpieczny od pierwszego dnia, 19 kwietnia 2005 roku, kiedy go wybrano. Pamiętacie jego pierwsze słowa, wygłoszone z centralnego balkonu Bazyliki Watykańskiej: „Po wielkim papieżu Janie Pawle II, dostojni kardynałowie wybrali mnie, prostego i pokornego pracownika winnicy Pańskiej”. Wyznanie skromności, ale i programowe przesłanie: w winnicy jest wiele do zrobienia, ale jest to winnica Pana, a nie nasza. A potem, 24 kwietnia, na Mszy inaugurującej jego posługę Piotrową, pojawiła się ta prośba, która dziś przyprawia o dreszcze, kiedy tylko zestawimy ją z traktowaniem, jakiego doznaje Benedykt XVI: „Módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu w obliczu wilków”. Nowy Papież dobrze wiedział, jakim wyzwaniom wychodzi naprzeciw.

Wśród najmocniejszych fragmentów tej przemowy jest i ten, w którym Papież — mówiąc, że świadom jest ludzkich pustyń i wewnętrznych otchłani — wskazuje palcem także wroga:

Istnieje pustynia, gdzie Bóg jest ukryty. Gdzie dusze pozbawione są świadomości, czym jest godność i droga człowieka. Takie zewnętrzne pustynie mnożą się w świecie, ponieważ tak rozległe stały się pustynie wewnętrzne. Dlatego skarby ziemi nie służą już budowie Bożego ogrodu, w którym wszyscy mogliby żyć, lecz zaprzężono je do rydwanu potęg wyzysku i zniszczenia.

Te właśnie potęgi z miejsca dostrzegły w Benedykcie XVI przeszkodę na swojej drodze.

„Wątła łódka myślenia wielu chrześcijan — rzekł kardynał Ratzinger w dzień przez wyborem, na missa pro eligendo pontifice — znajduje się pośrodku groźnych fal, a niebezpieczeństwo jej rozbicia jest realne, ponieważ tworzy się dyktatura relatywizmu, który niczego nie uznaje za definitywne i który jako ostateczną miarę pozostawia tylko własne ja i jego pożądania”.

O ile ekstrawertyczny Jan Paweł II wybrany w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat kładł nacisk na podróże i wielkie symboliczne gesty, nieśmiały Benedykt XVI, wybrany w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat, położył nacisk na myśl. I właśnie w charakterze pokornego pracownika winnicy zabrał się za wzmacnianie fundamentów wiary i Kościoła.

Pierwszy wkład wniósł, wyjaśniając, że Sobór Watykański II nie był momentem zerwania z przeszłością, ponieważ w Kościele nie da się zastąpić starej konstytucji nową. W tym stanowisku ktoś widział wyparcie się ducha soborowego, lecz Joseph Ratzinger, który przeżył Sobór bezpośrednio jako młody teolog, zaufany kardynała Fringsa, sprecyzował (22 grudnia 2005 roku w przemówieniu do kurii rzymskiej), że ani Jan XXIII, ani Paweł VI nigdy nie podważali depositum fidei: doktryna pozostaje „niewzruszona i niezmienna” i nie może w tym zakresie zachodzić nieciągłość. Ważne jest, aby wyrażać w nowy sposób określoną prawdę, ale równie ważne jest, aby wiedzieć, że nowe sposoby obowiązują tylko wtedy, kiedy rodzą się ze „świadomego rozumienia samej prawdy”.

Oto słowo-klucz jego magisterium. Prawda. Ratzinger niestrudzenie to słowo powtarza. Prawda istnieje, a człowiek jest sobą, jeśli jej szuka i uznaje ją. Sprzeczność z nasiąkłą relatywizmem myślą współczesną jest totalna i dramatyczna, lecz skromny teolog za uprzejmymi for­mami skrywa hart wojownika.

Pomyślmy o pierwszych słowach encykliki Caritas in veritate (29 czerwca 2009 roku): „Miłość w prawdzie, której Jezus Chrystus dał świadectwo swoim życiem ziemskim, a zwłaszcza swoją śmiercią i zmartwychwstaniem, stanowi zasadniczą siłę napędową prawdziwego rozwoju każdego człowieka i całej ludzkości”. Dla Benedykta XVI miłość chrześcijańska jest niczym, jeśli nie jest zakorzeniona w prawdzie.

Tak więc odtąd podjął pracę na różnych frontach. Próbuje wyeliminować nadużycia i błędy liturgiczne zrodzone z nazbyt swobodnej lektury Soboru, podejmuje wszelkie możliwe wysiłki, aby sprowadzić do owczarni tradycjonalistów lefebrystowskich, przyjął anglikanów pragnących powrócić do komunii z Rzymem i kontynuuje dialog ze światem prawosławnym. Ponadto, biorąc się za konfrontację z innymi religiami, dał do zrozumienia, że świadomość własnej tożsamości nie jest przeszkodą w dialogu, lecz jego przesłanką.

Trudnych momentów nie brakuje. Dość wspomnieć tarcia na styku ze światem żydowskim z powodu odblokowania sprawy beatyfikacyjnej Piusa XII i odwołania ekskomuniki ciążącej na czterech biskupach lefebrystowskich (a wśród nich na negacjoniście Williamsonie), polemiki z najbardziej nieprzejednanymi odłamami islamu w następstwie wykładu w Ratyzbonie 12 września 2006 roku (kiedy — cytując bizantyńskiego cesarza — Papież powiedział, że Mahomet wprowadził tylko „rzeczy złe i nieludzkie”), wizytę na uniwersytecie La Sapienza w  Rzymie odwołaną z powodu sprzeciwu mniejszości pracowników dydaktycznych i studentów, ciosy otrzymane z racji papieskiego nie wobec prezerwatywy jako środka użytecznego dla zapobiegania AIDS. Oto epizody i wydarzenia, którymi się zajmiemy na tych stronicach, demaskując ukrytą za nimi strategię, mającą na celu pozbawienie Papieża prawomocności przez podważenie jego wiarygodności.

Są jednak również bezdyskusyjne sukcesy, jak podróż do Turcji, wyciągnięta dłoń przyjęta za sprawą listu 138 muzułmańskich intelektualistów, wizyta w rzymskiej synagodze. I znamienne jest, że sukcesy wzięły się często właśnie z tych okoliczności i tych słów, które obserwatorzy wrodzy i uprzedzeni do Papieża przedstawiali jako szkodliwe.

Ratzinger czyni światu współczesnemu i jego kulturze propozycję, tyleż prostą, co rewolucyjną, sprowadzającą się do jednej recepty: rozszerzyć przestrzeń rozumu. Nie jest prawdą, jakoby racjonalne było tylko to, co można poddać eksperymentowi naukowemu. Racjonalne jest wszystko, co należy do ludzkiej natury, nie wyłączając tych rzeczy, których nie zdołamy udowodnić wzorami matematycznymi albo doświadczeniami laboratoryjnymi. Racjonalna jest wiara w jednego Boga, który z miłości stwarza człowieka na swój obraz i podobieństwo.

Stąd zaś druga propozycja, skierowana do niewierzących, aby żyli veluti si Deus daretur, jak gdyby Bóg był. W epoce oświecenia człowiek starał się skodyfikować jakieś fundamentalne normy moralne etsi Deus non daretur, wychodząc zatem od idei, że Bóg nie istnieje. Ludzkość wycieńczona wojnami religijnymi i politycznym użytkiem czynionym z wiary próbowała oderwać się od hipotezy Boga w imię ducha wolności. Dziś jednak, w epoce, w której przekraczanie wartości chrześcijańskich wystawia człowieka na ryzyko autodestrukcji, perspektywa podlega odwróceniu. Także ten, kto nie potrafi pojmować poszukiwania Boga jako czegoś racjonalnego, niech żyje, jak gdyby istniała jednostka najwyższa i regulująca. Nad tą propozycją powinno się debatować na odnowionym „dziedzińcu pogan”.

Mnisi, którzy w średniowieczu doprowadzili do wybudowania Europy (o tym Papież przypomniał w Paryżu 12 września 2008 roku) w tamtej pełnej zamętu epoce zdołali wypracować nową kulturę, bo łaknęli absolutu i dlatego szukali Boga. Jest to lekcja ważna także i dziś, ponieważ w każdym czasie kultura powstaje za sprawą poszukiwania Boga i za sprawą gotowości do słuchania Go.

Przywrócenie ładu i posprzątanie Kościoła jest innym wielkim zadaniem, którego podjął się Benedykt XVI (począwszy od oskarżenia wysuniętego w czasie drogi krzyżowej w roku 2005, kiedy powiedział o „brudzie”, który jest w Kościele). W tym celu wysłał jasne sygnały, jak tego dowodzi jednoznaczne potępienie nadużyć seksualnych popełnionych przez kapłanów i zakonników, ponawiane wypowiedzi przeciwko nieprzyjaźni i karierowiczostwu oraz dochodzenie przeciwko Legionistom Chrystusa, które pozwoliło wydobyć na światło dzienne „niezwykle poważne i obiektywnie niemoralne postępki” założyciela, ojca Marciala Maciela Degollado.

Gardzący okazałymi formami i pełen rezerwy z charakteru, ten pokorny pracownik winnicy Pańskiej nie oszczędzał się. Czynił tak w imię prawdy. W ten jednak sposób obrał kurs na kolizję z tymi, którzy nie chcą jednoczyć, lecz raczej dzielić i nie chcą nieść światła, lecz raczej mrok.


opr. ab/ab


 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: tradycja media moralność papież pontyfikat Joseph Ratzinger agresja Watykan popularność Benedykt XVI Caritas in veritate skandale pedofilskie