Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Ks. Michał Czajkowski

MY WSZYSCY Z NIEGO

40 lat temu Jan XXIII zapowiedział Sobór

Kiedy broniłem się przed artykułem o Janie XXIII, Redaktor nie tylko przypomniał (vel wypomniał) mi, że przecież na tych łamach przybliżałem tę postać con amore za życia, z okazji pogrzebu, po pogrzebie i w 5-lecie śmierci, ale też powiedział, że on i bardzo wielu Czytelników urodziło się już po śmierci "Dobrego Papieża" - i trzeba się z nimi z tej rocznicowej okazji jakimś osobistym słowem podzielić. A przecież wystarczy sobie uświadomić - to już moja refleksja - że Sobór, że Jan Paweł II, że nasza formacja, świeckich i duchownych czytelników "Tygodnika Powszechnego", to wszystko z niego: my wszyscy z niego. Wiem, że mówiono to już o Adamie Mickiewiczu i Jerzym Turowiczu, ale te słowa uparcie mi się narzucają. My wszyscy z tego Papieża i jego Soboru, cała generacja, która już odchodzi. Dawno już umarł mój młodszy przyjaciel Zdzisław, z którym dzieliłem rzymską fascynację i polskie cierpienie, i z którym napisaliśmy do książki rozdział pt. "Co zawdzięczam papieżowi Janowi".

JAKIŚ RONCALLI

Nie było mnie jeszcze we Włoszech, kiedy 28 października 1958 roku ogłoszono wybór patriarchy weneckiego na biskupa rzymskiego. Byłem oleśnickim wikarym, w kościele (od końca grudnia bazylice) odbywało się nabożeństwo różańcowe, a ja jako najmłodszy z duchowieństwa miałem przywilej siedzieć na plebanii przy radioodbiorniku marki "Stolica" i czekać na wiadomość z Rzymu. Usłyszałem ją - i pobiegłem do zakrystii przekazać księżom niezbyt wesołą nowinę: jakiś Roncalli... jaki on stary... głos mu się trzęsie... Po Piusie XII każdy następca był u mnie z góry przegrany. Potem słyszałem nieraz odtwarzane tamto pierwsze błogosławieństwo nowego papieża i zawsze uderzała mnie moc i młodość tego głosu... A jednak zaraz zaczęto pisać z rozczarowaniem i pobłażaniem o "papieżu przejściowym" (77-latek!), co się okazało prawdą w zupełnie innym znaczeniu (pisał o tym wtedy Jerzy Turowicz): dokonał on przejścia do nowej epoki Kościoła.

Nie było mnie też w Rzymie, gdy 25 stycznia 1959 roku, na zakończenie Tygodnia Powszechnej Modlitwy o Jedność Chrześcijan (święto Nawrócenia św. Pawła), w bazylice św. Pawła za Murami, Jan XXIII zapowiadał "il Consilio Ecumenico" - Sobór Watykański II. Zdumienie z powodu tej niespodziewanej i zaskakującej decyzji trwało jeszcze w świecie, a także w samym Rzymie, kiedy w rok później zawitałem do niego, by kontynuować studia biblijne. Nie tylko zdziwienie: także sceptycyzm i wręcz niechęć. Od ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieskiej przez Vaticanum I - argumentowano - Sobór nie jest już potrzebny. Sam Papież wyznał potem, że idea zwołania Soboru "nie dojrzewała we mnie jako owoc długich rozmyślań, przeciwnie - była jak kwiat, który nagle zawita podczas nieoczekiwanej wiosny" i - kiedy indziej - że było to sprzeczne "z wszystkimi moimi dotychczasowymi poglądami i wyobrażeniami". Zastosował swoją zasadę: ufnie, posłusznie poddawać się natchnieniom Bożym; z tego posłuszeństwa rodził się w nim pokój, tym pokojem obdarzał innych ("oboedientia et pax").

Z niezwykłą energią zabrał się stary Papież do realizacji tej idei, a czasu było niewiele. Przecież jego pontyfikat trwał zaledwie cztery i pół roku; śmierć zabrała go już podczas pierwszej sesji soborowej (rok 1963). Niektórzy przyjęli tę śmierć z ulgą, wielu nie podzielało entuzjazmu Papieża. Chodziło zresztą nie tylko o Sobór. Pamiętam złośliwy artykuł w prawicowym piśmie "Il Borghese" po audiencji zięcia Chruszczowa u Jana XXIII: "Doczekasz się, Giovanni, że kozacy będą defilowali na placu św. Piotra!" Złośliwości budziła też wydana krótko przed śmiercią pokojowa encyklika "Pacem in terris" (przekręcając słowa, nawiązywano do sierpa i młota). W Watykanie mówiono żartobliwie, że Papież wkrótce zmieni wyznanie wiary: "wstąpił na niebiosa, siedzi po lewicy Boga Ojca Wszechmogącego". Tę rzekomą lewicowość próbowały wygrać władze PRL, przeciwstawiając dobrego Papieża złemu Episkopatowi.

NIE JESTEŚCIE JUŻ OBCYMI...

Propaganda komunistyczna mogła się opierać na jego autentycznej słabości (żeby nie powiedzieć: miłości) do Polski i Polaków. Miałem w Instytucie Polskim w Rzymie przyjaciela, już nie pomnę z jakiego kraju afrykańskiego (ale pamiętam, jak się nazywał: ks. Emmanuel Kibirige). Nazwa jego ojczyzny nic mi nie mówiła, podobnie jak jemu nazwa mojej: mimo że jako student rzymski mieszkał z Polakami, o Polsce nic nie wiedział i absolutnie się nią nie interesował. Toteż byłem ogromnie zdziwiony, kiedy któregoś dnia zaczął mnie o nią wypytywać. Okazało się, że tego dnia jego biskup, przybyły do Rzymu z wizytą ad limina, zabrał go na audiencję do Papieża, a ten zapytał Emmanuela, z jakiego jest kolegium. Usłyszawszy, że z Instytutu Polskiego, powiedział, że był w młodości dwa razy w Polsce, ale czarnych Polaków na oczy nie widział, i zamiast słuchać relacji biskupa, zrobił im długi wykład z polskiej historii i literatury (Sienkiewicza znał prawie w całości - oczywiście w przekładzie).

Nie zapomnę nigdy jednej audiencji: właśnie dla nas, dla polskiej kolonii w Rzymie (a może dla kolonii słowiańskiej?). Jan XXIII rozpoczął przemówienie od słów św. Pawła: "Nie jesteście już obcymi i przybyszami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga" (Ef 2,19). Słowa te odnosiły się do pogan, którzy przyjmując wiarę w Jezusa wchodzili do Ludu Bożego, ale intencja papieska była dla nas oczywista: w Rzymie, u Papieża, my, nieliczni Polacy, miejscowi i zza żelaznej kurtyny, nie jesteśmy obcy i przybysze, ale współobywatele na pełnych prawach... Nikt z nas nie mógł przeczuć, że po piętnastu latach, dzięki drugiemu cudowi nad Wisłą a pierwszemu nad Tybrem, Rzym stanie się tak bardzo polski (choć Polska wciąż za mało rzymska i katolicka...), a Słowianie będą witani przez Papieża w ich ojczystych językach (także kozacy, ale jako goście, a nie jako zdobywcy Rzymu dla sierpa i młota).

DWÓCH BISKUPÓW

"Niełatwo dać słyszeć światu dzisiejszemu głos Kościoła. Zbyt wiele hałasów przytłumia ten głos, zbyt wiele trzasków zagłusza fale transmitujące Dobrą Nowinę. Pomimo wszelkich przeszkód Jan XXIII dał się słyszeć: przebił się przez szum. Jego głos wzbudził echo. Ludzie uznali ten głos, głos, który mówił im o Bogu, ale także o braterstwie ludzkim, o sprawiedliwości społecznej, którą trzeba przywrócić, o pokoju, który trzeba zaprowadzić na skalę światową. Usłyszeli wezwanie zwrócone do tego, co w nich najlepsze, i podnieśli oczy ku temu człowiekowi, którego dobroć dawała im przeczucie Boga. Albowiem, wiedząc o tym czy nie, ludzie zawsze tropią Boga, i właśnie odblasku Bożego szukali na twarzy tego starca, który ich kochał miłością samego Chrystusa". Gdyby wyjąć z tego tekstu imię Papieża Jana i wyjąć te słowa (które spisałem sobie w roku 1963 z przemówienia metropolity mechlińskiego, kard. Suenensa, w bazylice św. Piotra, kiedy w obecności nowego papieża Pawła VI Sobór wznawiał obrady) z niniejszego kontekstu, większość Czytelników sądziłaby zapewne, że chodzi o Jana Pawła II.

Nie dlatego, że to stereotypy dobre na każdą papieską okazję; przecież każdy z ostatnich czterech papieży był indywidualnością i wszyscy oni przybliżali światu swoich czasów miłość Boga, w którym ugruntowane jest nasze braterstwo... Kiedy czytam, że Jan Paweł II, człowiek autentycznego dialogu, w przedmowie do nowego wydania wielkiej encykliki Pawła VI poświęconej dialogowi ("Ecclesiam suam") przypomina, że to Jan XXIII podjął w Kościele temat dialogu, to nie mogę nie widzieć tej ciągłości nauczania i postępowania kolejnych papieży mego księżowskiego żywota. Ale następcom Jana XXIII było o wiele łatwiej przebić się z głosem Kościoła do świata, dać mu usłyszeć Ewangelię, odkąd ten mur obcości między klerykalnym Kościołem a świeckim światem przebił głosem swojej miłości "Papież Dobry". Chodzi rzeczywiście o jego dobroć i pokorę, o zaufanie Bogu i rodzącą się z niego odwagę, o intuicję profetyczną dzięki poddaniu się kierownictwu Ducha Świętego, a nie o akty i dokumenty, których wcale nie było tak wiele.

Denerwuje mnie lub śmieszy, kiedy w niektórych kołach zachodnich przeciwstawia się "konserwatywnego" Jana Pawła II "postępowemu" Janowi XXIII (tak jak w innych kręgach czyni się z tego ostatniego dobrotliwego, a gadatliwego staruszka, lubującego się w anegdotach, spaghetti i szkodliwej dla jego zdrowia mortadeli, nieświadomego, że Soborem otwiera w Kościele nieszczęsną puszkę Pandory). Gdyby już upierać się przy tej terminologii, to trzeba by wręcz odwrotnie przypiąć etykiety. Papież Jan nie był jednak ani postępowcem, ani konserwatystą. Był tradycjonalistą, który pchnął Kościół w nowoczesność. Jak tradycjonalista mógł być człowiekiem tak otwartym na świat i czas? Mógł być, wręcz musiał być otwarty, dlatego właśnie, że był tak silnie zakorzeniony w najlepszej, najautentyczniejszej tradycji Kościoła. Jak tradycjonalista mógł być prorokiem, nie tym, który przepowiada przyszłość, lecz tym, który ją przygotowuje? Ten, kto potrafi czerpać z tradycji przeszłości to, co najcenniejsze, potrafi też tymi bogactwami budować przyszłość.

Sobór nie zrodził się w umyśle i sercu Jana XXIII z potrzeby definicji teologicznych czy z konieczności obrony przed błędami i wrogami, lecz z tej praktycznej intuicji, że w sercu XX wieku chrześcijaństwo może znaleźć sposób na to, żeby być bardziej wierne Ewangelii, bardziej przejrzyste i wiarygodne. Ale zanim nastąpiła zmiana struktur, potrzebna była zmiana mentalności, a o to zawsze najtrudniej. Nie każdy ma Janowy optymizm, zaufanie do ludzi i pokorę, umiejętność odróżniania rzeczy istotnych od nieistotnych i przekonanie, że inni mogą nas czegoś nauczyć. Sekret Papieża Jana tkwi w tym, kim, jakim po prostu był. Konkretny dorobek jego krótkiego pontyfikatu - dokumenty i decyzje, podróże i spotkania... - jest skromny, w porównaniu do dwóch następnych pontyfikatów, Pawła VI i (zwłaszcza) Jana Pawła II, który nie tylko krytykami jest darzony: kard. Sodano prorokuje, że historia obdarzy go mianem Wielkiego, co zdają się potwierdzać opinie niewierzących, chrześcijan innych wyznań, a zwłaszcza Żydów.

Przykład pierwszy z brzegu, właśnie żydowski: Papież Roncalli przejeżdżając koło rzymskiej synagogi kazał zatrzymać auto i pobłogosławił wychodzących z niej Żydów, Papież Wojtyła wszedł do niej, aby z Żydami wspólnie się modlić. Ale może by nie wszedł - a może w ogóle nie byłoby "Papieża z dalekiego kraju" - gdyby nie krótki pontyfikat Jana XXIII? Żaden mit, "antywojtyłowy" czy inny, nie jest tamtemu Papieżowi potrzebny, jego wielkość obywa się bez mitologizacji czy ideologizacji. Jest to wielkość mierzona jego świadomym aktem poddania się Duchowi Bożemu, kilku ważnymi tekstami, profetycznymi gestami i powiedzeniami, ogromnym dorobkiem jego następców i Soboru Watykańskiego II (jego Soboru!), który nas wszystkich ciągle kształtuje i długo jeszcze będzie odnawiał oblicze Kościoła.

Zapewne nie w pełni jestem świadomy, jak odnowił życie moje, moją posługę, moje patrzenie na świat. Trudno o tym wszystkim pisać... Nie mam jednak wątpliwości, że Sobór wpłynął i wpływa na mnie i moją pracę przede wszystkim dzięki dwóm biskupom Rzymu, których osoby są najlepszymi interpretatorami dokumentów: temu, któremu "zachciało się Soboru" i mnie do niego zapalił, i temu, który go konsekwentnie od 20 lat realizuje, stanowiąc dla mnie wzór, bodziec, oparcie.

Ks. Michał Czajkowski


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jan XXIII ekumenizm Sobór Watykański II Vaticanum II