Ks. Leszek Kryża: Nie zapominajmy o Ukrainie!

„Wszyscy żyją nadzieją, że wojna się rychło skończy. Oczywiście nikt nie wie kiedy, ale się skończy. Ważne jest to, że nie są sami” – mówi dyrektor Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie KEP.

„Wszyscy żyją nadzieją, że wojna się rychło skończy. Oczywiście nikt nie wie kiedy, ale się skończy. Ważne jest to, że nie są sami. Dominuje nastawienie, że wszystko wróci do normy. Jeżeli będziemy z nimi, będziemy im pomagali, będą mieli pracę, będzie elektryczność, będzie ogrzewanie to oni przetrzymają te trudne warunki. Dlatego nie zapominajmy o Ukrainie. Ważne jest to, że obecnie kierowana pomoc jest strukturalna i celowa, dociera tam gdzie powinna dotrzeć” – mówi ks. Leszek Kryża SChr, dyrektor Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie Konferencji Episkopatu Polski.

W rozmowie z KAI zaznacza, że przed zbliżającą się zimą najbardziej potrzebne w Ukrainie są generatory prądu, tzw. piece-kozy i płyty paździerzowe do zabudowy otworów okiennych i dlatego trzeba zwiększyć pomoc finansową, nie tylko przywozić rzeczy, ale też przekazywać gotówkę, na konkretne celowe zakupy.

***

Krzysztof Tomasik (KAI): W drugą niedzielę Adwentu, 11 grudnia, będziemy obchodzić Dzień Modlitwy za Kościół na Wschodzie. Na pierwszym miejscu oczywiście będziemy modlili się za Ukrainę, ale nie tylko. Niedawno Ksiądz odwiedził Naddniestrze.

Ks. Leszek Kryża: Oczywiście Ukraina jest na pierwszym miejscu, ale nie zapominamy o Kościele w innych krajach Wschodu. Udało mi się dotrzeć (tym razem z ekipą programu Wschód TV Polonia) po raz pierwszy do Naddniestrza, nieuznawanego przez wspólnotę międzynarodową państwa, które istnieje dopiero 30 lat. Pierwotnie jest to część Mołdawii, na terenie której stacjonują wojska rosyjskie. Dla mnie najciekawsze było to, jak żyje tam Kościół, który ma sześć parafii i którymi opiekują się księża sercanie oraz siostry zakonne. Co ciekawe, że ta mała wspólnota działa dynamicznie i dobrze funkcjonuje. Bardzo przeżyliśmy międzyreligijną modlitwę przy okazji ekshumacji ofiar stalinizmu w stolicy Naddniestrza, Tyraspolu. Liczbę zamordowanych szacuje się na dziesiątki tysięcy. Wśród nich są także Polacy i dlatego zaproszono kapłanów rzymskokatolickich z Polski. Znajdują się tam ruiny fortu jeszcze z czasów pierwszej Rzeczpospolitej. W nim znajdowało się więzienie i tam dokonywano masowych egzekucji. Kilkanaście tysięcy zamordowanych wrzucano do dołów. Przez dziesiątki lat nikt się tym nie zajmował. Teraz zaczęto ekshumację i na podstawie DNA zaczęto identyfikować ofiary. Władze chcą przywrócić pamięć o nich. Był to oficjalny, państwowy pochówek z wszystkimi honorami na cmentarzu przy wykopanych mogiłach. Na wspólnej modlitwie spotkali się katolicy, prawosławni, ewangelicy, wyznawcy islamu i żydzi. Powitano nas bardzo serdecznie.

KAI: Jak liczna jest Polonia w Naddniestrzu?

- Naddniestrze ma bliskie historyczne związki z Polską. Część jego terytorium to dawne tereny Pierwszej Rzeczypospolitej. W każdej większej miejscowości można znaleźć polskie ślady. W północnej jego części znajdują się dwie oddalone od siebie o kilka kilometrów wioski, Raszków i Swoboda Raszków. Obecnie w obu tych miejscowościach funkcjonują najbardziej żywe i aktywne grupy Polonusów w całym Naddniestrzu. Działają tam organizacje polonijne, w szkołach już od czasów pierestrojki odbywają się lekcje z języka polskiego, jako drugiego języka obcego. W Naddniestrzu żyje pewnie około 2 tysięcy naszych rodaków. Pytani o korzenie odpowiadają, że żyją tam od czasów Wołodyjowskiego i pewnie tak jest. Niestety problemem jest to, że wiele młodych ludzi opuszcza te tereny. Ci co mają polskie korzenie wyjeżdżają na studia w Polsce i zazwyczaj w niej zostają. Czasami odwiedzają rodzinne strony. Zjawisko to odbija się też na życiu każdej parafii, w której systematycznie ubywa wiernych. Bardzo przeżyłem moment, gdy stanąłem na dawnej granicy między pierwszą Rzeczpospolitą a Imperium Osmańskim.

KAI: Z czym pojechaliście do nich?

- Pojechaliśmy z konkretna pomocą materialną. Większość ludzi żyje bardzo skromnie, zwłaszcza starsi ludzie. Spotkałem 90-letnie osoby mówiące a szczególnie modlące się nadal po polsku i było to wzruszające. Ich wspomnienia, historie, dzieje parafii widziane ich oczami – są bezcenne. Niestety większość z nich rzadko wychodzi już z domu. Jedynym wsparciem jest rodzina i to co może dać im miejscowa parafia. Mimo biedy ludzie ci są bardzo otwarci i gościnni. Staraliśmy się szczególnie dotrzeć do osób starszych i samotnych. W sumie dla nich pomoc materialna była czymś wtórnym. Najważniejsze było to, że przyjechał ktoś z Polski. Niektórzy byli tym bardzo zdziwieni, ale i szczęśliwi, że Polska o nich pamięta, że Kościół w Polsce o nich pamięta poprzez polskich duszpasterzy, którzy tam ofiarnie służą.

KAI: Na ile obecna jest tam wojna w Ukrainie?

- Tam nikomu nie zależy na tym, aby wojna w Ukrainie dotknęła Naddniestrze. Jedynymi symptomami wojny są posterunki wojskowe oraz to, że granica z Ukrainą jest całkowicie zamknięta. Przy granicy widać okopy, a ci co mieszkają blisko granicy słyszą czasami wybuchy dronów i rakiet. Na każdej Mszy św. i podczas każdego nabożeństwa wypowiadana jest modlitwa o pokój na Ukrainie.

KAI: Kolejnym celem podróży była Ukraina. Gdzie byliście?

- Celem kolejnej wyprawy był Charków. Po drodze zatrzymaliśmy się w Łucku. Tam mieliśmy spotkanie z biskupem Witalijem Skomarowskim i zostawiliśmy trochę pomocy materialnej, gdyż miasto przyjęło dużą liczbę wewnętrznych uchodźców. Do parafii katedralnej po pomoc przychodzi około trzystu rodzin. Potem przez Kijów pojechaliśmy, trochę z duszą na ramieniu, do Charkowa, mimo że ks. Wojciech Stasiewicz z Caritas Spes Charków i biskup charkowsko-zaporoski Paweł Honczaruk zapewniali nas, że jest spokojnie i nie mamy się czego obawiać. Dojechaliśmy bez żadnych kłopotów. Na każdym woskowym posterunku obchodzono się z nami bardzo grzecznie i miło. Czasami pytali nas, czy mamy generator prądotwórczy, ponieważ bardzo by się im przydał. Wszędzie dziękowano nam za pomoc jaką otrzymują z Polski.

W Charkowie zamieszkaliśmy na terenie kurii charkowsko-zaporoskiej. Naszym celem było poznanie sytuacji w mieście i przekazanie konkretnej pomocy. Po rozładunku pojechaliśmy na jedno z osiedli mieszkaniowych. W centrum Charkowa w tym czasie prawie nie widać było wojny, sklepy i urzędy są otwarte, funkcjonuje komunikacja, jedynie gdzie nie gdzie było widać zrujnowane bombami domy a w bardzo wielu budynkach również administracji, były okna bez szyb – zabezpieczone płytami. Ale są dzielnice jak z innego, koszmarnego świata przypominające Warszawę po Postaniu Warszawskim. Do tych właśnie dzielnic pojechaliśmy odwiedzić ludzi i rozprowadzić paczki żywnościowe. Widzieliśmy kilka zburzonych 16. piętrowych bloków. W jednym z nich mieszkańcy górnych pięter żyją w piwnicy, całe rodziny, w sumie 96 osób. Aby zapewnić sobie minimum intymności porobiono kotary. Za kotarami mają materace do spania i trochę rzeczy codziennych. Ujmująca i budująca jest solidarność między tymi ludźmi. Wspierają się nawzajem w niedoli. Przekazaliśmy im żywność a także trochę pieniędzy, aby mogli na miejscu kupić to, co jest najważniejsze przed zimą, m. in. tzw. piece-kozy i płyty do zabezpieczenia okien. Sami ofiarowaliśmy kilka pieców następne będą sukcesywnie kupowane na miejscu. Radość i wdzięczność była ogromna. Również o. Łukasz Bovio, ze zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Pocieszenia, przekazał na ten cel środki otrzymane od ofiarodawców z Włoch i Kanady. Zakupione zostaną także paździerzowe płyty, które będą przykręcane do otworów okiennych, co też trochę zabezpieczy przed zimnem.

KAI: W jakiej skali potrzebna jest pomoc dla Charkowa?

- Dam przykład, kiedy wspólnie z ks. Wojciechem rozdawaliśmy żywność na zrujnowanym osiedlu. Po dary Caritasu ustawiła się kolejka ok. 3 tysięcy ludzi. W paczce było na osobę 2 kg makaronu, kilka konserw mięsnych i trochę słodyczy dla dzieci. 3 tys. ludzi stojących po kilka godzin robi niezwykłe wrażenie. Z niektórymi z kolejki rozmawiałem. Bynajmniej nie byli to bezdomni, ale na przykład dyrektorka przedszkola, która powiedziała mi, że to nie jest tak, iż ludzie czekają tylko na pomoc. Sami chcieliby sobie kupować podstawowe do życia rzeczy, które można dostać w sklepach, ale nie mają pracy, ponieważ miejsca pracy są zrujnowane i tym samym nie mają pieniędzy żeby cokolwiek kupić. Pani dyrektor wyznała, że trochę ją to kosztuje, musi przełamać swoją dumę i godność, aby stanąć w tej kolejce, ale nie ma innego wyjścia. Żyje nadzieją, że wojna się szybko zakończy i wszystko wróci do normy. Oczywiście na każdym kroku wszyscy dziękowali Polakom za pomoc.

KAI: Czy wyjeżdżaliście poza Charków?

- Biskup Paweł zawiózł nas poza Charków ok. 20 km od granicy z Rosją, do wioski, która leżała na pierwszej linii frontu. Wiele domów jest zburzonych. Przed wojną wioska liczyła 3 tys. mieszkańców, większość uciekła, ale ludzie powoli do niej wracają. Gdy stanęliśmy na centralnym palcu wioski, ludzie zaczęli wychodzić z różnych zakątków. Przyszedł wójt wioski i powiedział nam, że już ok. 500 ludzi wróciło. On przy pomocy państwa i Kościoła próbuje stworzyć tym ludziom jakieś warunki do życia, m. in. remontując dachy i zabezpieczając okna.

Ujmujące było to, że z zrujnowanej szkoły, która była nieopodal, wyszła do nas pani dyrektor i opowiadała nam o tym, co zrobiła wojna z dobrej szkoły. Powiedziała, że najbardziej brakuje jej dzieci i pragnie, aby jak najszybciej powróciły. Jednak do normalności jeszcze daleko, choćby ze względu na zaminowanie, wszędzie napotkać można tabliczki ostrzegawcze. Niestety dochodziło do wypadków, gdy naprawiający linie elektryczne ginęli na minach. Stąd wielkie zapotrzebowanie na saperów.

KAI: Jak wygląda współpraca z innymi organizacjami pomocowymi?

- My głównie współpracujemy z tamtejszą Caritasem działającym przy parafii katedralnej a ten współpracuje z innymi instytucjami i organizacjami. Pomocą spływającą do Caritasu zajmuje ks. Wojciech z grupą wolontariuszy i przebiega ona bardzo sprawnie. Po rozmowach z bp. Pawłem doszliśmy do wniosku, że trzeba zwiększyć pomoc finansową, nie tylko przywozić rzeczy, ale też przekazywać gotówkę, na konkretne celowe zakupy, jak chociażby wspomniane wcześniej piece czy płyty. Takie działanie daje ludziom pracę i choć trochę napędza ukraińską gospodarkę. Na miejscu wiele rzeczy już można kupić. Na przykład wytwórca pieców zatrudnia ludzi do ich produkcji, daje im pracę i zarobek, a dzięki temu oni mniej potrzebują pomocy materialnej.

Przed zimą jest duże zapotrzebowanie na generatory prądu. Na przykład w Kijowie są długie przerwy w dostawie prądu. Takiego generatora potrzebuje m. in. kościół św. Mikołaja, którym opiekują się księża oblaci. Świątynia jest położona w centrum miasta i w jej podziemiach ma być urządzona ogrzewalnia. Przy okazji ludzie będą mogli otrzymać ciepły posiłek.

KAI: Wojna trwa dziesiąty miesiąc i ludzie gdzieś się przyzwyczaili to takiego stanu. Jak Ksiądz ocenia nastroje społeczne?

- Nastroje ludzi żyjących na przykład w piwnicach nie są takie złe. Trudna sytuacja wewnętrznie mobilizuje ludzi do przetrwania i daje jakąś niebywałą energię. Jest wiele osób, które złapały „wiatr w żagle” do pomagania innym. Robią, co mogą. Są solidarni i zmobilizowani. Wszyscy żyją nadzieją, że wojna się rychło skończy. Oczywiście nikt nie wie kiedy, ale się skończy. Ważne jest to, że nie są sami. Dominuje nastawienie, że wszystko wróci do normy. Jeżeli będziemy z nimi, będziemy im pomagali, będą mieli pracę, będzie elektryczność, będzie ogrzewanie to oni przetrzymają te trudne warunki. Dlatego nie zapominajmy o Ukrainie. Ważne jest to, że obecnie kierowana pomoc jest strukturalna i celowa, dociera tam gdzie powinna dotrzeć.

KAI: Nie ma obaw, że z powodu zimy do Polski trafi kolejna fala uchodźców?

- Z powodu zimy raczej nie powinno być większej fali uchodźców. Zwróćmy uwagę, że wiele ludzi, mimo zbliżającej się zimy, wraca do swoich domów, nawet będących w ruinie. Ludzie chcą być, żyć u siebie i nie można się temu dziwić.

Rozmawiał Krzysztof Tomasik

Krzysztof Tomasik (KAI) / Warszawa

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama