Polskie cristiady

Przypominanie naszych małych cristiad jest naszym wkładem w budowanie tożsamości przyszłych pokoleń

"Idziemy" nr 27/2013

Ks. Henryk Zieliński

Polskie cristiady

Mamy jeszcze w pamięci obrazy z „Cristiady”. Mimo że film nie znalazł się w repertuarze największych sieci kinowych, obejrzało go już około 100 tys. widzów. Film ten pokazuje cenę, jaką trzeba nieraz zapłacić za swoją wiarę. Jest także ostrzeżeniem przed demokracją wyzutą z szacunku dla religii i wyższych wartości – dlatego łatwo przeradzającą się w „jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm” – o czym pisał Jan Paweł II w encyklice Veritatis Splendor. Siła oddziaływania Cristiady wynika między innymi stąd, że ukazuje ona autentyczne osoby i wydarzenia, które rozgrywały się w Meksyku po wprowadzeniu tam w roku 1926 antyreligijnych ustaw przez masoński rząd Plutarco Eliasa Callesa (zwanego przez przyjaciół i wrogów Antychrystem).

Ale nie tylko obrazy i wnioski pozostały nam z tego filmu. W Polsce rozpoczęła się właśnie peregrynacja relikwii jednego z najmłodszych uczestników Cristiady, bł. José Luisa Sáncheza. W chwili śmierci miał zaledwie 14 lat. Zanim został dobity strzałem w głowę, oprawcy przygotowali dla niego prawdziwą drogę krzyżową. Zdarli mu skórę ze stóp i tak okaleczonego pędzili w kajdanach przez miasto do wykopanego dla niego grobu. Przed śmiercią zawołał: „Niech żyje Chrystus Król!”. Postać tego męczennika szczególnie zasługuje na popularyzację wśród gimnazjalistów, licealistów i studentów. Specjalnie zaś wśród kandydatów do bierzmowania.

„Cristiada” stała się także dla nas inspiracją do podjęcia w tym roku wakacyjnego cyklu o polskich cristiadach. Z zachowaniem proporcji także w naszej historii, możemy przecież znaleźć przykłady, kiedy wierni stawali w obronie wiary i płacili za to cenę życia, cierpienia czy więzień. Wspomnijmy choćby męczenników podlaskich, którzy bronili swoich świątyń przed carskimi żołnierzami. Najmłodszy Anicet Hryciuk miał 19 lat, kiedy szedł własną piersią bronić kościoła. Przed wyjściem z domu założył najlepszą koszulę, bo przeczuwał, że tego dnia stanie przed Chrystusem w niebie.

W dawniejszej historii mieliśmy obrońców chrześcijaństwa przed islamem, począwszy od księcia Henryka Pobożnego i jego matki św. Jadwigi, aż po króla Jana III Sobieskiego, bez reszty oddanego Stolicy Apostolskiej. Był ojciec Augustyn Kordecki i kilkuset obrońców Jasnej Góry przed protestanckimi Szwedami. Były polskie dzieci we Wrześni bite przez Prusaków za odmawianie pacierza po polsku. A z nowszych czasów warto przypomnieć Cud nad Wisłą i ks. Ignacego Skorupkę, który z krzyżem w ręku podrywał warszawskich licealistów i studentów do obrony Ojczyzny i Kościoła. Trzeba pamiętać o męczennikach z „Kraju Warty” z czasów niemieckiej okupacji, o obrońcach krzyża w Nowej Hucie i o ludziach bitych i aresztowanych jeszcze za rządów Gierka z powodu udziału w budowie kościołów w Górkach Kampinoskich i kilkudziesięciu innych miejscach. Nie wolno nam wreszcie zapomnieć o młodzieży broniącej krzyży w szkole we Włoszczowej i w Miętnem – zaledwie przed trzydziestu laty. Jest to bowiem ważna część naszej historii i tożsamości. – Ojczyzna – jak mówił kard. Begroglio w wywiadzie „Jezuita” – to coś, co daje tożsamość. Ojczyzna jest spuścizną po ojcach otrzymywaną dziś, aby przekazywać jutro. Tę całą spuściznę trzeba przekazywać młodemu pokoleniu właśnie po to, aby nie utraciło swojej tożsamości.

Mam nadzieję, że nasza wakacyjna inicjatywa będzie impulsem dla rodziców, aby zabrać swoje dzieci do opisywanych przez nas miejsc i opowiedzieć im, co tam się kiedyś działo. Przypominanie naszych małych cristiad jest naszym wkładem w budowanie tożsamości przyszłych pokoleń.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama