Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 23/2009


Marek Zając


Głosowanie na ambonie




Nasz Kościół ma się w UE dobrze – jako sprzymierzeniec integracji, beneficjent, a nawet krytyk.


"Święty Andrzeju Bobolo, patronie Polski, przed masońską Unią Europejską obroń nas” – przed kilkoma laty transparent z takim hasłem obwożono po całym kraju. Można go było zobaczyć w sierpniu 2002 r. podczas papieskiej Mszy na Błoniach, w marcu następnego roku podczas pikiety w trakcie Zjazdu Gnieźnieńskiego i przed siedzibą Episkopatu, gdy w marcu 2004 r. biskupi wybierali nowego przewodniczącego.

Ale potem transparent zniknął. Bo, logicznie rzecz biorąc, jak tu się bronić przed samym sobą? Jak zrezygnować z głosowania w wyborach do europarlamentu, gdy o mandat walczą Anna Sobecka i Bogdan Pęk? Jak obrazić się na Brukselę, skoro nawet szkoła o. Tadeusza Rydzyka starała się o europejskie dotacje? Na Unię można się zżymać, ale od pięciu lat ciężko byłoby ją bojkotować.

Biskupi eurosceptycyzm

Dziś, gdy Unia Polakom spowszedniała i wtopiła się także w kościelną codzienność, można łatwo zapomnieć, jak wyboista droga prowadziła do celu.

Przecież w połowie lat 90. w Episkopacie przeważała daleko posunięta ostrożność, o ile nie niechęć wobec akcesji. Za punkt zwrotny zwykło się uważać wizytę polskich biskupów w Brukseli w listopadzie 1997 r. Ale w rzeczywistości był to zaledwie początek kruszenia lodów. W czerwcu następnego roku, podczas posiedzenia Episkopatu w Pelplinie, eurosceptyczni hierarchowie wytupali poświęcony Unii referat, który w imieniu chorego bp. Tadeusza Pieronka odczytał abp Tadeusz Gocłowski. Sprawa wyszła zresztą na jaw dopiero po latach: tuż po obradach, pytany o dyskusję wokół referatu, abp Gocłowski dyplomatycznie oświadczył, że „Kościół popiera budowę jedności europejskiej, jednak nie wypowiada się na temat konkretnych rozwiązań strukturalnych czy politycznych”. Opór zatem trwał, choć w czerwcu 1999 r. Jan Paweł II podkreślił w parlamencie: „Integracja Polski z UE jest od samego początku wspierana przez Stolicę Apostolską”.

Na trzy miesiące przed unijnym referendum, w marcu 2003 r., bp Edward Frankowski, sufragan sandomierski, przekonywał przybyłych na Jasną Górę rolników: „Nie! Dla bezbożności w Unii Europejskiej. Nie oddać ziemi w obce ręce! Nie poddamy się naszym krzywdzicielom, tym, którzy nam szkodzą. Naszym zadaniem jest pójść do czerwcowego referendum. Skoro nie ma w Unii miejsca dla Boga, tym samym nie może tam być miejsca dla mnie”. Kiedy przed tamtym głosowaniem „Tygodnik” przeprowadzał wśród ordynariuszy ankietę, czy popierają wejście do UE, jeden z biskupów poradził dziennikarzowi, aby pojechał do bazyliki w Łagiewnikach i błagał o łaskę nawrócenia.

Nic więc dziwnego, że z projektu przedreferendalnego listu Episkopatu wykreślono sformułowania jednoznacznie przychylne wobec akcesji, a nad niektórymi zdaniami trzeba było wręcz zarządzić głosowanie. Do przesady zachowawczy tekst blado wypadł w porównaniu np. z listem biskupów litewskich, w którym napisano: „Nie mamy dziś innego wyboru, jak tylko stać się częścią zjednoczonej Europy”.

Biskupi pragmatyzm

Prawdziwym point of no return było dopiero zwycięstwo zwolenników akcesji w ogólnokrajowym referendum. W nowych okolicznościach biskupi, także ci eurosceptyczni, zareagowali pragmatycznie i postanowili skorzystać z nowych możliwości. Przykład: na posiedzeniu Episkopatu, które wypadło w dniu wejścia do struktur europejskich, od razu zaapelowali do premiera Irlandii, która przewodniczyła wtedy UE, aby w Traktacie Konstytucyjnym znalazły się invocatio Dei i nawiązanie do chrześcijańskich korzeni kontynentu.

Jeszcze przed akcesją diecezje, np. łomżyńska, namawiały proboszczów, by przygotowali wnioski o dopłaty bezpośrednie do parafialnych gruntów. To z punktu widzenia kościelnych finansów rzecz niebagatelna, skoro wiejskich parafii mamy w Polsce ok. 7 tys., a Kościół – po Skarbie Państwa – to największy w kraju właściciel ziemski. I nawet jeżeli większość gruntów dzierżawi, to i tak po wliczeniu dopłat można było podnieść czynsze. Diecezje, parafie i zakony nauczyły się również sięgać po brukselskie fundusze na konserwację i zabezpieczenie zabytków, na budowę domów opieki, na szkolnictwo, szpitale czy aktywizację bezrobotnych.

Nie tylko w wymiernych zyskach należy szukać przyczyn tego, że w kościelnych kręgach właściwie ucichła krytyka Unii jako narzędzia bezbożników. Po prostu trudno dziś kogokolwiek przekonać, że Unia odgórnie narzuci Polakom laicyzm i obce obyczaje. Oczywiście opór niektórych katolików budzą zalecenia i rezolucje Parlamentu Europejskiego, by wspomnieć dokument „Homofobia w Europie” sprzed dwóch lat. Jednak praktyka potwierdziła, że Bruksela nie narzuca krajom członkowskim czegokolwiek w kwestiach moralności, jedynie sugerując określone działania. Nie nastąpił też gwałtowny odpływ wiernych, przeciwnie – polscy emigranci ożywili obumierające wspólnoty katolickie na Zachodzie. Powtórzmy: choć biskupi nieraz krytykują zjednoczoną Europę za relatywizm, niechęć do obrony życia, biurokratyczne przerosty czy narodowe egoizmy, o odrzuceniu nie ma już mowy. Hierarchowie dobrze wiedzą, o ile skuteczniej jest krytykować jako członek Wspólnoty, niż występować jako petent przed zatrzaśniętymi drzwiami.

Przez minione pięć lat oszczędzona została nam druga wojna światopoglądowa o Unię, w którą bez wątpienia zaangażowałoby się wielu duchownych i świeckich, gdyby Francuzi i Holendrzy nie storpedowali eurokonstytucji. Gdyby w Polsce ruszyła procedura jej ratyfikacji, wielu biskupów zapewne wróciłoby na dawne stanowiska.

Eurowybory bez emocji

Z kościelnego punktu widzenia kampania przed wyborami do europarlamentu przebiega zatem bez wstrząsów. Na początku maja Rada Stała wraz ze zgromadzonymi w Częstochowie biskupami diecezjalnymi wezwała „wszystkich wiernych, by w tych wyborach wskazywali osoby w pełni reprezentujące stanowisko Kościoła katolickiego w sprawach etycznych oraz społecznych, szczególnie w kwestii ochrony życia ludzkiego oraz troski o małżeństwo i rodzinę”. W tym stwierdzeniu nie ma nic nadzwyczajnego, niemal identyczne apele wystosowały m.in. Episkopaty Węgier i Francji.

Nihil novi sub sole – także gdy chodzi o udzielne księstwo Radia Maryja. Toruńska rozgłośnia jak w poprzednich kampaniach nie unika imiennego wskazywania kandydatów, których należy wybrać. O. Rydzyk przekonywał, by np. w Warszawie nie głosować na Michała Kamińskiego, otwierającego stołeczną listę PiS, ale na posła Arkadiusza Mularczyka. Z kolei Jerzy Robert Nowak w „Euroleksykonie” regularnie obrzydza słuchaczom Radia i czytelnikom „Naszego Dziennika” kandydatów PO i lewicy. Z góry wiadomo, że pod tym względem nic się nie zmieni, bo powołana przez biskupów Rada Programowa Radia nie zareaguje.

Także politycy idą utartą ścieżką. Kwestie moralne i obyczajowe odgrywają w programach wyborczych i spotach rolę drugorzędną, bo poprzednie wybory wykazały, że większość obywateli za kryterium rozstrzygające rzadko przyjmuje stosunek kandydata np. do aborcji czy legalizacji związków homoseksualnych. To zresztą z perspektywy kształtowania sumień wierzących powinno być dla Kościoła konstatacją niepokojącą. Jedynym ugrupowaniem, które z moralności i obyczajów uczyniło koło zamachowe kampanii, jest Prawica Rzeczypospolitej: Marek Jurek konsekwentnie buduje wizerunek w oparciu o bezkompromisową postawę w sprawach ochrony życia. Jednak były marszałek Sejmu nie zyskał szerokiego poparcia ani w społeczeństwie, ani nawet w Kościele.

I kiedy dziś Kościół w Polsce bez większych emocji spogląda na eurowybory, trudno nie postawić pytania, czy przed kilkoma laty naprawdę warto było psuć sobie tyle krwi.


tygodnik.onet.pl


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Europa Kościół wybory głosowanie Europarlament
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W