Opoka - Portal katolicki
opoka.news
Pekao

Ks. Andrzej Draguła

Rozgrzeszenie z bankomatu

Zgrywa, sztuka krytyczna, pobożne hochsztaplerstwo, kasa zbijana na naiwności ludzi — czy też może nadeszła epoka Kościoła automatów?

Artystka Kamila Szejnoch chciała ostatnio wystawić w budynku Dworca Centralnego swoją Holy Machine — automat do usług duchowych. Po odmowie władz kolei „Święta Maszyna” ma stanąć w teatrze, a potem — jak donoszą media — przygarnie ją proboszcz z Sierpca, który chce zainstalować automat w kościele, a nawet poświęcić.

Z kolei pomysłowa kompania telefoniczna uruchomiła we Francji na okres Wielkiego Postu „Fil du Seigneur” (Linię Pana), która ma umożliwić „wyznanie grzechów” bez konieczności udawania się do księdza i czerwienienia się za kratkami konfesjonału — oczywiście o ile konfesjonały jeszcze pozostały.

Bez pośrednika

O „automatach” w świątyni Kościół wypowiedział się po raz pierwszy w roku 1895. Kongregacja Obrzędów z rezerwą odniosła się wówczas do wykorzystania energii elektrycznej w świątyni, zwracając uwagę, że elektryczność nie posiada tej samej naturalnej symboliki co wosk czy olej, które udzielają światła, jednocześnie się spalając. W 1912 r. Kongregacja Konsystorialna zabroniła używania w kościołach projektorów filmowych jako „nienaturalnych” urządzeń technicznych.

W dyskusji na temat możliwości spowiedzi przez telefon (ale z żywym księdzem!) także powoływano się na argument konieczności naturalnego charakteru środka przekazu. W 1938 r. H. Noldin i A. Schmitt w swojej „Sumie teologii moralnej” pisali, że Chrystus ustanowił sakramenty w ten sposób, że domagają się środków „ludzkich i naturalnych”. Rozmowa przez telefon jest zaś sztucznym sposobem rozmawiania, gdyż to nie naturalny głos mówiącego jest słyszalny, lecz dźwięk sztucznie wytwarzany przez głos i impuls elektryczny. Inni moraliści tego czasu — F. Diekamp, F. M. Capello, E. Doronzo — byli tego samego zdania. Podkreślali, że w telefonie nie słyszymy głosu, lecz jedynie jego mechaniczną reprodukcję, czyli głosową reprezentację mówiącego. Podobnego zdania był współczesny polski kanonista — ks. Marian Pastuszko, według którego tzw. praesentia phonica (obecność głosowa), z którą mamy do czynienia w przypadku rozmowy telefonicznej, to nie to samo co praesentia physica, czyli obecność fizyczna.

Przypuszczam, że obecność obrazowa — jak w komunikatorach internetowych czy wideofonie — niewiele tutaj zmienia. Wciąż mamy tylko czyjąś reprezentację — dźwiękową bądź obrazową, ale nie mamy fizycznego, materialnego, cielesnego człowieka z krwi i kości.

Intencje z paragonu

Autorka „Świętej Maszyny” na swojej stronie internetowej deklaruje: „Pomysł oparty jest na kombinacji dwóch pozornie wykluczających się rzeczywistości — religii i techniki: to uproszczony rytuał w wersji elektronicznej. Maszyna może być postrzegana jako karykatura racjonalnego, zmechanizowanego życia, ale także jako nowa forma religijności. Od podejścia i wiary zależy, czy jest traktowana poważnie, czy z przymrużeniem oka; oba podejścia się nie wykluczają”. W rozmowie z warszawskim duszpasterzem ks. Grzegorzem Ostrowskim, dodaje: „Moim punktem wyjścia były też zamknięte kościoły w Zachodniej Europie; zamknięte, lub przekształcone w coś innego. Skoro nie ma kościoła, zróbmy coś zamiast; gdy bank jest zamknięty, mamy bankomat”.

Więc gdy zamknięty jest kościół, mamy „kościołomat”. Logiczne.

Tak oto otrzymujemy alternatywne możliwości interpretacyjne tego samego dzieła: karykaturę tego, do czego może nas doprowadzić bezkrytyczny alians techniki i religii oraz propozycję nowej religijności — właściwą dla nowego, stechnicyzowanego społeczeństwa. Przypomnijmy, na czym polega projekt Kamili Szejnoch. „Święta Maszyna” przypomina w kształcie bankomat, zaopatrzona jest w ekran dotykowy, a poniżej znajduje się otwór, z którego wyjmujemy paragon — potwierdzenie usługi duchowej. W automacie można wybrać i sformułować intencję modlitewną, wyspowiadać się, czy raczej — jak precyzuje autorka — zwierzyć (bo to nie spowiedź sensu stricto), i poszukać rozwiązania jakiegoś problemu duchowego. Potem otrzymujesz paragon: z poradą, gdy zwracasz się z problemem, z pokutą, gdy wyznałeś maszynie grzech, i z potwierdzeniem intencji, gdy chciałeś ją zgłosić.

Twoje życie duchowe zostało zdeponowane w maszynie. Potwierdzenie otrzymujesz czarno na białym do ręki.

Automat do nowenny

Przyznaję, że taka artystyczno-krytyczna interpretacja modlitewnego automatu jest mi bliższa niż widzenie w nim instrumentu religijności nowej generacji. Rozumiem autorkę, gdy mówi: „Miałam zamiar pokazać karykaturę pewnej tendencji — mechanizację życia, zamienianie rytuałów społecznych w »fast food«”.

Dodajmy, że nie tylko rytuałów społecznych, ale wprost religijnych. Okazuje się jednak, że ten religijny „fast food” czy też — przepraszam za potworek językowy — „modlitwomat” znajduje swoich zwolenników także wśród osób duchownych. Księża wcale nie wypowiadają się z dystansem o religijnym sensie urządzenia. Gotowi są je nawet instalować w kościołach.

Owszem, wszystko jest w porządku, jeśli taki automat miałby jedynie zastąpić tradycyjne skrzynki z intencjami składanymi podczas nowenny do św. Antoniego czy Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ktoś te intencje wydrukuje, ktoś je zaniesie na ołtarz, przeczyta, zaprosi do modlitwy zgromadzoną wspólnotę. Przedstawi Panu Bogu. Tak rozumiany automat na intencje nie ma jednak żadnego samoistnego religijnego znaczenia. To tylko zmiana narzędzia z kartki papieru na ekran.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś uwierzy, że ten automat ma rzeczywistą, nadprzyrodzoną skuteczność. Pomijam tutaj absolutnie bezdyskusyjną kwestię niemożliwości wyspowiadania się w automacie czy — automatowi. Sama pomysłodawczyni odżegnuje się od takich zamiarów. Gorzej, jeśli ktoś da sobie wmówić, że maszyna rzeczywiście „wysłuchuje” modlitw i daje rzeczywiste „rozwiązanie” problemów. A przecież to tylko komputer, który przetwarza impuls generowany dotykiem na ekranie na szereg zerojedynkowy, a następnie na podstawie opracowanego algorytmu wypluwa z siebie zaplanowaną odpowiedź. Czysty matematyczny determinizm. I żadne poświęcenie przez żadnego księdza tego nie zmieni i bezpośredniego kontaktu z Panem Bogiem nie ustanowi.

Przyznam, że sam z ciekawością czekałbym na radę co do rozwiązania tego czy innego problemu, by zobaczyć, jak automat został zaprogramowany. Ale automat to nie Pan Bóg, to jedynie awatar Pana Boga. Nawet gdybyśmy go postawili na ołtarzu i uroczyście okadzili.

34 i 38, czyli Dieu

Twórcy „Linii Pana” — koncern Aabas Interactive, który specjalizuje się w serwisach głosowych — na swojej stronie internetowej przypominają, że „spowiedź” telefoniczna nie jest spowiedzią sakramentalną i nie pozwala na otrzymanie rozgrzeszenia. Jednocześnie jednak w materiałach reklamowych świadomie używają pojęcia spowiedzi. Autor pomysłu twierdzi, że zainspirowały go żona (praktykująca katoliczka) oraz matka, które ubolewały nad sytuacją osób samotnych czy niepełnosprawnych, które z powodu braku księży i trudności w poruszaniu się nie mogą przystąpić do spowiedzi.

Po wybraniu właściwego numeru, w którym wykorzystano kombinację cyfr 34 i 38, co na klawiaturze daje słowo „Dieu”, czyli Bóg, nagrany głos proponuje, by wybrać cyfrę 1 w celu wysłuchania instrukcji, 2 — w celu wyznania grzechów, 3 — w celu wysłuchania wyznań osób, które na to wyraziły zgodę. Jak donosi KAI, Camille Hautier, żona dyrektora przedsiębiorstwa, powiedziała, że jej zamiarem było jedynie stworzenie „pobożnej atmosfery”, która sprzyjałaby modlitwie. „Poprosiliśmy o opinię pewnego księdza, który uznał pomysł takiej »spowiedzi« za nietypowy, ale dopuszczalny” — stwierdziła pomysłodawczyni. No cóż, znów jakiś życzliwy kapłan na drodze do celu.

Dodajmy, że usługa jest płatna i kosztuje od 15 do 34 eurocentów za minutę, przy czym kompania obiecuje przekazanie 40 proc. od wyższej taryfy na cele dobroczynne. Nie dzwoniłem na „boską linię”, ale we francuskiej gazecie „La Nouvelle République” przeczytałem, że po wyznaniu grzechów lekkich (odpuszczenie tylko takich grzechów bowiem gwarantuje linia) głos w słuchawce nakazuje jako pokutę odmówienie dwa razy „Ave” („Zdrowaś Maryjo”) i trzy razy „Pater” („Ojcze nasz”).

A że mało kto dziś grzeszy ciężko, to zapewne po takim duchowym seansie odkładamy słuchawkę z o wiele lżejszym i czystszym sercem.

Substytut zaspokojenia

W ludziach świadomych swojej wiary żadne automaty i gorące linie do Pana Boga zapewne nie wywołają zamieszania. Kto ma świadomość, czym jest chrześcijaństwo, potrafi doskonale rozróżnić modlitwę od towaru modlitwopodobnego, a Pana Boga nie pomyli z maszyną. Problem jest głębszy. Na stronie „Linii Pana” jej pomysłodawcy pytają retorycznie: „Któż z nas nie marzy o duchowości w tym tak zmaterializowanym świecie?”.

Przedstawione tutaj projekty — jeśli brać je serio — dają właśnie namiastkę duchowości, ersatz modlitwy, surogat Pana Boga, substytut zaspokojenia. Znawcy współczesnych środków komunikacji są zgodni: im więcej techniki, tym mniej człowieka, im więcej kontaktów wirtualnych, tym mniej kontaktów rzeczywistych, im więcej wspólnot wirtualnych, tym mniej relacji międzyludzkich, im więcej środków zastępczych, tym mniej oryginału. Zasady te dotyczą także religii i Kościoła, który niezmiennie stoi przed tym samym dylematem: być propozycją alternatywną, zachowującą swoją inność — także w metodach działania — czy też nadążać za rozwojem technologicznym bez względu na możliwe konsekwencje przeniesienia tego, co — powiedzmy ogólnie — zrodzone w świecie stechnicyzowanym, do świata nadprzyrodzonego.

Technika wkracza małymi krokami do przestrzeni sakralnej. Najpierw — wbrew obawom watykańskich kongregacji — wkroczyła elektryczność. Dzisiaj tak dalece opanowała świątynie, że nie tylko zastępuje wieczne lampki, ale także lampki wotywne. Zgrozą przejmują zapalające się żarówki w zależności od ofiarności darczyńcy. Dziwię się, że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł instalacji automatycznych dyfuzorów kadzideł przy bocznych ołtarzach.

Marshall McLuhan powiedział, że prawdziwa rewolucja technologiczna w Kościele dokonała się dzięki mikrofonowi i głośnikom, bo odtąd wierni przestali słyszeć naturalny głos kapłana dochodzący z jednego, centralnego miejsca, a usłyszeli sztuczny głos w rozproszeniu, który dochodził zewsząd, czyli znikąd. Dzisiaj zdarza się, że nowocześni kapłani nie mówią już homilii, lecz pokazują prezentacje w PowerPoincie, a wierni w wielu kościołach oglądają Mszę nie z oddali ławki, ale z monitorów zawieszonych na filarach. Przecież tak widzi się lepiej!

I nieważne, że sztuczne zastępuje to, co naturalne.

***

Pośród powszechnej w Kościele fascynacji technologią jestem zapewne głosem wołającego na puszczy. Powiedzmy sobie jednak szczerze: możliwość zaistnienia takich projektów jak choćby „Linia Pana” nie bierze się znikąd. To ekstremum pewnego dokonującego się od lat procesu, którego istotnym elementem jest choćby transmitowanie Mszy św. w środkach masowego przekazu. Instalacja Kamili Szejnoch pokazuje, do jakiego można dojść absurdu w automatyzacji i mechanicyzacji wiary.

W 1955 r. Karl Rahner pisał: „Dla człowieka nadchodzącego stulecia będzie więc wielkim błogosławieństwem, jeśli będzie jeszcze takie miejsce, kościół właśnie, gdzie będzie on mógł zachować swoją naturalną ludzką miarę; gdzie nie będzie on odczuwał, że ze swoim ciałem jest czymś archaicznym, jakimś niezastępowalnym reliktem w świecie aparatów, którymi się otoczy i które miałyby go zastąpić; gdzie będzie miał miejsce, które będzie go wyzwalać z braku umiaru w dziedzinie techniki, będącej przecież jego zadaniem i losem”.

Niestety, Rahner się mylił. Żyjemy w epoce powszechnej inwazji aparatów i awatarów. Także w Kościele. 


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: konfesjonał wyznanie grzechów Holy Machine automat do usług duchowych Fil du Seigneur Linia Pana spowiedź prze telefon praesentia phonica obecność głosowa praesentia physica obecność fizyczna koncern Aabas Interactive
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W