Opoka - Portal katolicki
opoka.news
Pekao

Ks. Jacek Prusak SJ

Bez respiratora

Kościół otwarty to nie „Kościół w Kościele”, tylko Kościół soborowy.
I tak długo, jak pozostanie soborowy, tak długo będzie otwarty.

Kościół otwarty” nie ma dziś dobrej prasy. Ostatnio albo wystawia mu się nekrolog (Katarzyna Wiśniewska, „Śmierć Kościoła otwartego”, „Gazeta Wyborcza” z 12-13 listopada), albo odlicza się jego ostatnie godziny, gdyż „siła pewnej tradycji podtrzymuje mu nerwy twórcze, ale nie są one już życiodajne” (abp Józef Michalik „Raport o stanie wiary w Polsce”, Radom 2011). Czy rzeczywiście jest tak źle?

Ani za mało, ani za dużo

W debacie publicznej „Kościół otwarty” stał się synonimem środowisk zgrupowanych wokół „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”. Ta identyfikacja jest słuszna historycznie, bo te środowiska tworzyły w Polsce klimat pod reformy soborowe, starając się równocześnie je reprezentować.

Oczywiście w sensie socjologicznym sektor „katolików otwartych” jest znacznie szerszy. Ks. prof. Janusz Mariański szacuje, że obejmuje on ok. 15 proc. wiernych („Katolicyzm polski: ciągłość i zmiana”, Kraków 2011). Czy to dużo? Spójrzmy na panoramę: sektor zaangażowanych katolików obejmuje ok. 10 proc. ogółu członków Kościoła, sektor związanych „urzędowo” z Kościołem ok. 1 proc., sektor katolików tradycyjnych ok. 60 proc. (przy czym połowa z nich to katolicy „selektywni”), sektor katolików nominalnych wynosi ok. 10 proc. i sektor katolików „pogranicza” ok. 1 proc.

Jeżeli więc spojrzymy całościowo, to „Kościół otwarty” nie tylko się trzyma, ale ma przyszłość — ponieważ ma szansę przyciągnąć tych, którzy się wahają bądź są indyferentni. Pod jednym warunkiem: że nie stanie się progresywny, ale też nie zrezygnuje z bycia soborowym.

Inspirujące są prace amerykańskich socjologów religii, którzy opracowali ekonomiczną teorię nisz. Według Rogera Finke'a i Rodneya Starka różne rodzaje dóbr materialnych bądź duchowych sprawiają, że ich konsumentów można podzielić na kategorie (nisze) w zależności od preferencji i gustów.

Na „religijnym rynku” pojęcie niszy definiowane jest poprzez stosunek napięcia do kosztów. Napięcie to dysonans pomiędzy praktykami określonej grupy religijnej a stylem życia całego społeczeństwa. Stopień tego napięcia mierzy się według kryterium strictness, czyli ścisłości reguł przestrzeganych przez grupę w stosunku do przyjętych w społeczeństwie norm. Im większa ścisłość, tym większe napięcie. Ze względu na stopień odczuwanego „napięcia” na „rynku religijnym”, można wyróżnić pięć nisz: bardzo sztywną, dość sztywną, średnią, postępową oraz bardzo postępową.

Nisze nie mają takich samych zakresów, ponieważ społeczeństwo nie dzieli się po równo, gdy chodzi o upodobania jego członków. O tym trzeba pamiętać, patrząc na statystyki.

Egzotyczne wyspy i złote lata

Jak z kolei pokazują badania włoskiego socjologa religii Massima Introvignego, niszę ultraprogresywną cechują wartości w pełni harmonizujące z tymi powszechnie podzielanymi przez większość społeczeństwa nowoczesnego i ponowoczesnego. Choć najłatwiej jej o społeczną akceptację, obejmuje ona skrajnie niski procent „konsumentów” religijnych, co potwierdzają również badania w Polsce.

   Z kolei nisza „bardzo sztywna” odrzuca w całości wartości nowoczesnego społeczeństwa, starając się całkowicie odizolować od niego. Z tego też powodu jej członkowie cierpią najwyższy stopień napięcia, jak i napiętnowania ze strony innych. W Polsce tradycjonaliści to „egzotyczne wyspy”, a nie skonsolidowana schizmatycka wspólnota — więc ich obecność jest marginalna i nieznacząca dla kształtowania się obrazu Kościoła.

Trzecia nisza, zwana „postępową”, uznaje za konieczne „zaadoptowanie” wartości społeczeństwa nowoczesnego i ponowoczesnego. Procent jej zwolenników zazwyczaj pozostaje stały i ograniczony. Nisza „dość sztywna” odrzuca wartości otaczającego społeczeństwa, ale nie izoluje się, poszukując sposobów na jakieś dialektyczne współistnienie. Ostatnia z nich, nisza „średnia” (bądź „środkowa”), gromadzi osoby o średnim poziomie napięcia i napiętnowania. Łączą one w sobie postawę konfrontacji i krytyki wobec otaczającej rzeczywistości wraz z nastawieniem misyjnym w stosunku do innych ludzi. Zazwyczaj obejmuje ona najwyższy odsetek osób zainteresowanych religią.

Jeśli katolików otwartych utożsamimy z niszą „postępową”, „Rodzinę Radia Maryja” z niszą „dość sztywną”, a katolików tradycyjnych z niszą „średnią”, to wychodzi na to, że „Kościół otwarty” ma tylu zwolenników, ile może mieć, jeśli z jednej strony nie chce przestać być Kościołem, a z drugiej strony, w imię „przyrostu”, nie chce stać się parawanem dla pseudokatolików. Wszystkim przywołującym „złote lata” Kościoła otwartego warto przypominać, że jego liczebność nie była stanem realnym, gdyż stanowił on baldachim dla opozycji politycznej, będąc równocześnie „mostem” dla spotkania środowisk kościelnych ze świeckimi — w tym również z niewierzącymi. To zadanie, na tamtym etapie historii polskiego katolicyzmu, spełnił z wyróżnieniem, choć nie bez napięć i kosztów własnych.

Otwarty, a nie progresywny

Za błędne uważam oczekiwanie, że ten „sektor” Kościoła ma szansę być większy — nie, on z definicji musi pozostać elitarny — co nie znaczy: najlepszy. Można jednak zasadnie pytać, czy nie będzie się zmniejszać?

Abp Michalik uważa, że oprócz braku ciągłości pokoleniowej, środowisku katolików otwartych zaszkodził brak troski o „pełną eklezjalność i zaangażowanie się w fałszywą ocenę polskiej rzeczywistości”. Ta diagnoza jest słuszna jedynie po części. Nie przeczę, że ewolucję przeszły środowiska, które tradycyjnie reprezentowały Kościół otwarty. Musiały jednak ponieść koszta politycznej pluralizacji katolików i definiowania się Kościoła wobec państwa w nowej sytuacji. Nurt progresywny w polskim Kościele nie istnieje, bo reprezentują go pojedyncze osoby, najczęściej przebywające już na jego peryferiach. To nie demografia zadecydowała o tym, że nie ma „reprodukcji pokoleń” w Kościele otwartym, ale brak katechezy dorosłych, rozpad duszpasterstw akademickich i sieci Klubów Inteligencji Katolickiej.

W inteligencie Kościół dostrzegł wroga, skoro nie było już komunisty, a państwo nie mogło być teokratyczne. Wydaje mi się, że dopiero teraz nadchodzi czas na sprawdzian żywotności Kościoła otwartego, ale dużo tu zależy od postawy hierarchów i duchownych, i napięcia, jakie się wytworzy na linii Kościół—państwo. Wyniki wyborów pokazują, że Polacy nie cofną się przed modernizacją i nie chcą być traktowani jak „owce”, które zagania się do „kościelnego ogródka”.

Profetycznym zadaniem Kościoła otwartego pozostanie przypominanie, że „nie można być dobrym katolikiem, nie będąc dobrym obywatelem” — co ogłosili sami biskupi przed wyborami parlamentarnymi w 1993 r. Nie zapominając — o czym uczył Sobór — że „Kościół nie pokłada (...) swoich nadziei w przywilejach oferowanych mu przez władzę państwową; co więcej, wyrzeknie się korzystania z pewnych praw legalnie nabytych, skoro się okaże, że korzystanie z nich podważa szczerość jego świadectwa” (KDK 76).

Czy nie ma już młodych, których ta wizja Kościoła inspiruje? Bez względu na niż demograficzny Bóg ich jednak „odnajduje”, a oni nie uciekają z Kościoła. W tym miejscu warto wskazać na środowisko warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. To oni stanowią przyszłość Kościoła otwartego i jego „wizytówkę”. Oni — jako pokolenie młodych katolików, a nie zaplecze wąskiego środowiska.

Rachunek sumienia

Nie jest prawdą, że młodzi katolicy nie identyfikują się z Kościołem otwartym — oni to robią, nie nazywając tego w ten sposób. Młodzi „kikowcy” z „Kontaktu”, którzy w naturalny sposób odnaleźli się w ramach tradycji „katolicyzmu otwartego”, pokazują, gdzie leży problem do rozwiązania. Ich zdaniem „język, w którym niejednokrotnie artykułowali swoje poglądy autorzy »Więzi«, »Znaku« i »Tygodnika Powszechnego«, nie nadaje się (i nigdy się nie nadawał) do oddziaływania na szersze kręgi wierzących i niewierzących odbiorców. Teologiczna i filozoficzna formacja intelektualna czcigodnych Mistrzów odcisnęła na nim zbyt wyraźne piętno, by mógł on służyć czemuś innemu niż dialogowi intelektualistów katolickich z intelektualistami laickimi (...). Jednym z wyzwań, jakie przed nami stoją, jest więc wypracowanie języka, który nie tracąc zdolności do wyrażenia głębi, przestałby zarazem być językiem hermetycznym. Naszym celem jest bowiem budowanie możliwie szerokiego środowiska, nie zaś »elity opiniotwórczej«” (P. Cywiński, J. Mencwel, M. Tomaszewski, „Znak”, październik 2011 r.).

Trzymam ich za słowo, równocześnie robiąc rachunek sumienia, czy to, co właśnie piszę, nie służy wąsko rozumianemu dialogowi...

Czas próby

Tak więc Kościół otwarty to nie jest „Kościół w Kościele” ani jego jeden charakterystyczny „segment” skupiony wokół określonych środowisk bądź „skolonizowany” przez przychylne mu świeckie media. Kościół otwarty to Kościół soborowy. Jak długo pozostanie soborowy, tak długo będzie otwarty, i ma przed sobą przyszłość. Ponieważ nie jest to żaden „typ idealny”, musi się oczyszczać i brać pod uwagę straty.

Eklezjalnym sprawdzianem tożsamości Kościoła otwartego będzie rezygnacja z bycia opiniotwórczym na rzecz pozostania soborowym. Jeśli ten egzamin przejdzie, wspomniany na początku nekrolog dotyczyć będzie jedynie progresistów, błędnie uznanych za jego „ikony”. Jeśli jednak młodzi ludzie Kościoła otwartego zostaną zepchnięci na margines wspólnoty eklezjalnej, bo nie mają procy w ręce albo się nie „wykrwawiają” w „wojnach kulturowych” — to nie będzie to przegrana takiego czy innego środowiska, ale Kościoła. Jak dotąd Kościół otwarty żyje bez konieczności podłączenia do eklezjalnego respiratora. Zbyt wcześnie na wystawianie mu nekrologu. 

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Tygodnik Powszechny znak tożsamość Kościoła więź kościół otwarty Rodzina Radia Maryja
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W