Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Adam Szostkiewicz

US Open

US Open to oczywiście nazwa turnieju tenisowego, ale w dowcipach po aferze Clinton-Lewinsky oznacza też... rozporek prezydenta Stanów Zjednoczonych. Można pukać się po głowie i krzywić z niesmakiem. Należy ubolewać, że afera zajmuje prezydentowi czas potrzebny na co innego. Jednak jej skutki nie będą zgubne dla globalnej pozycji Stanów Zjednoczonych, ani dla systemu prezydenckiego, a nawet samej Partii Demokratycznej. Przeciwnie, na dłuższą metę afera - sposób jej "sprzedania" w polityce i mediach - może mieć wpływ ozdrowieńczy, bo już teraz pokazała i Amerykanom, i reszcie świata, że gdzieś trzeba się zatrzymać.
W tym szaleństwie jest jednak metoda.

W państwie, gdzie współistnieją ze sobą wszystkie chyba rasy, religie i kultury, nie ma innego wspólnego dla wszystkich obywateli układu odniesienia, jak tylko obowiązujące prawo. Kłopoty Clintona niekoniecznie ośmieszają demokrację w Ameryce. Dowodzą raczej zgubnych skutków wkraczania prawa w sferę seksu. Postawienie Clintona pod "globalnym pręgierzem elektronicznych mediów" było możliwe, bo prawo amerykańskie uznało "sexual harassment" za przestępstwo karane nawet więzieniem. Słusznie czy nie, ale uznało.

Jak do tego doszło?

Wskutek rosnącej popularności ruchów obrony praw obywatelskich, włącznie z organizacjami działającymi w obronie osób homoseksualnych. Na fali rewolucji obyczajowej, która ogarnęła Amerykę w latach 60., na porządku dziennym stanął problem prawnych gwarancji dla takich osób, mających je bronić przed szykanowaniem na tle orientacji seksualnej. Potężnym czynnikiem zmian prawnych okazał się też ruch feministyczny. To feministki żądały prawnej ochrony kobiet w miejscu pracy przed niechcianymi zalotami ze strony kolegów i szefów. W efekcie prawo zmieniono. Pojawiła się nowa kategoria karalnych przestępstw - sexual harassment.

Inicjatorom tych zmian nie śniło się zapewne w najczarniejszych koszmarach, że zwycięstwo feministek i gejów może uderzyć po latach w prezydenta-Demokratę, przedstawiciela pokolenia obyczajowego buntu. Ale tak musiało się stać. Ustawy kryminalizujące "molestowanie seksualne" w miejscu pracy oznaczały zgodę na ingerencję prawa w najprywatniejsze życie jednostki, włącznie z policyjnym i sędziowskim grzebaniem w życiu seksualnym obywateli.

Kłopoty Clintona jako osoby prywatnej - tak się złożyło, że jednocześnie głowy najpotężniejszego państwa świata - zaczęły się nie od ujawnienia romansu z Moniką Lewinsky, ale od oskarżenia go przez Paulę Jones właśnie o "sexual harassment". Oskarżenie dotyczyło okresu, gdy Clinton był jeszcze "tylko" gubernatorem stanu Arkansas. Był rok 1991. Paula Jones pracowała w recepcji hotelu w Little Rock, w którym gubernator miał wygłosić przemówienie. Po południu tegoż dnia przyszedł do niej ochroniarz Clintona i zaprosił ją w jego imieniu do apartamentu gubernatora. Uznała, że to zaszczyt, pomyślała, że może dostać lepszą posadę, więc się zgodziła. Na niespodziewane zaloty Clintona nie odpowiedziała, podkreślając, że ona "nie z tych dziewczyn". Clinton nie nalegał. Później wszystkiemu zaprzeczył.

Zła Paula, nijaka MoniCa, dobra Kathleen

Powyższa wersja wydarzeń, przedstawiona przez Paulę Jones, nie znalazła uznania sądu, który oddalił pozew przeciwko prezydentowi. Paula Jones nie znalazła też moralnego - a w konsekwencji politycznego - wsparcia ze strony organizacji feministycznych. To tłumaczyć można tylko polityką. Adwokatami Jones byli prawnicy związani z prawicą, koszty czynności prawnych związanych z jej pozwem przeciwko prezydentowi pokrywała konserwatywna organizacja prawników. To przesądziło na korzyść tezy, że Paula Jones jest marionetką w rękach Republikanów, nasłaną, by zdyskredytować prezydenta-Demokratę. O sednie sprawy (molestował czy nie, a jeśli molestował, jaką ma ponieść karę) - nie dyskutowano. Dyskusje zaczęły się naprawdę dopiero, gdy wybuchła afera z Moniką Lewinsky.

To, co Bill Clinton robił z Moniką Lewinsky w Oval (przemianowanym teraz w dowcipach na "Oral") Office, wyczerpuje wszelkie znamiona "sexual harassment": robił to w miejscu pracy, z pozycji szefa (ba, szefa wszystkich szefów!) podwładnej najniższego szczebla, mogło to mieć demoralizujący wpływ na inne podwładne. Za coś takiego każdy szef w Ameryce wyleciałby z posady w sekundę po wyroku sądu. (Co nie znaczy, że zawsze wylatuje, zwłaszcza jeśli jest szefem w jakimś świetnie prosperującym przedsiębiorstwie. W "International Herald Tribune" z 17 września można przeczytać o reakcjach świata biznesu na raport Starra i pokaz wideo. Wielu znawców przedmiotu twierdzi zgodnie, że w korporacjach do procesów o sexual harassment dochodzi rzadko, a już zwłaszcza zakończonych wyrokiem skazującym. Pewien prawnik z Louisville, który wniósł ponad sto pozwów z tego tytułu, stwierdza, że nie zna przypadku, aby w wyniku takiego procesu jakiś menadżer wysokiego szczebla stracił posadę. Słowem to, co uchodzi na sucho grubym rybom biznesu, może pogrążyć prezydenta. No tak, ale prezydent jest tylko jeden i - na swoje nieszczęście - jest właśnie "szefem wszystkich szefów".

Po drodze wyszła na jaw sprawa awansów Clintona wobec Kathleen Willey. Pani Willey nie można było zlekceważyć jak Pauli Jones - kobieta elegancka, mówiąca literacką angielszczyzną, a przede wszystkim zdeklarowana zwolenniczka Demokratów i Clintona. Wpływowe działaczki ruchu kobiecego tego już bagatelizować nie mogły. Król był nagi.

Przypominam o tym wszystkim nie po to, by ośmieszyć feministki, ale po to, by wskazać na prawdziwy początek kłopotów Clintona. Ma on źródło w obowiązującym prawie. Niech pamiętają o tym ci, którzy śmieją się z Ameryki. Śmieją się bowiem z praworządności. Możliwe, że kłopoty Clintona spowodują rewizję prawa o sexual harassment. Ameryka sama sobie zgotowała ten los i sama musi wyciągnąć wnioski moralne, prawne i polityczne z obyczajowych afer prezydenta. I w tym sensie sprawa Moniki i wszystkie jej konsekwencje mogą okazać się zbawienne.

Seksualne wyczyny prezydenta wywołują większą irytację w "klasie gadającej" (politycy, media) niż w szerokim społeczeństwie amerykańskim. Wielokrotnie podawano zaskakująco życzliwe dla Clintona wyniki sondaży, szczególnie po ogłoszeniu raportu prokuratora Starra i emisji taśmy wideo z przesłuchania prezydenta w obecności ławy przysięgłych. Choć trzeba i tu być ostrożnym: sondaż na zlecenie "New York Timesa" i CBS z końca września wykazuje, że w bardziej wyrobionym obywatelsko, regularnie głosującym elektoracie, notowania Clintona spadły wyraźnie i aż 50% respondentów w tej grupie chce, żeby Kongres wszczął procedurę impeachmentu, a tylko 22%, żeby udzielił reprymendy i na tym poprzestał (w całym społeczeństwie 53% pytanych nie miałoby nic przeciwko zaniechaniu jakichkolwiek dalszych działań wymierzonych w prezydenta).

Starr na własne życzenie Demokratów

Ci, którzy w prokuratorze Starrze widzą obyczajowego maccarthystę, też się mylą. Jako "niezależny prokurator" robi on po prostu swoje. Nie może nie wypytywać prezydenta o seksualne detale, bo by się wygłupił przedstawiając Kongresowi raport operujący ogólnikami. Taki raport roznieśliby na strzępy adwokaci Clintona. Właśnie nieszczęsne "momenty" nadają dokumentowi Starra walor argumentu prawnego. Wykazują, że Clinton miał intymne kontakty z Lewinsky w miejscu pracy, i że wobec tego kłamał, gdy temu wcześniej pod przysięgą zaprzeczał.

Działalność Starra jest też paradoksalnie efektem polityki Demokratów. Zwraca na to uwagę Denis Lacorne, dyrektor naukowy francuskiego think-tanku CERI ("Forum" nr 36): "Starr został mianowany przez specjalny sąd składający się z trzech sędziów, którzy wybrali go, ponieważ tak jak oni należy do skrajnej prawicy Partii Republikańskiej. W roku 1989, zanim Clinton znalazł się w centrum zainteresowania Starra, jeden tylko sędzia Sądu Najwyższego, Scalia, ostrzegł Amerykę przed »szaleństwem systemu śledztw sądowych pozbawionych norm. Co się stanie - mówił - jeśli ten prokurator będzie zaangażowany politycznie, jeśli nie podziela ideologii prezydenta i dysponuje wszelkimi prawami, pozwalającymi przebadać jego życie prywatne? Może to spowodować nieodwracalne szkody w naszych instytucjach«".

Lacorne przypomina historię instytucji "prokuratora niezależnego": "Jest to instytucja dość młoda, przegłosowana przez Kongres w roku 1978, po aferze Watergate, dla zapewnienia niezawisłości władzy sądowniczej. Za każdym razem, kiedy może istnieć konflikt interesów lub zmowa między ministerstwem sprawiedliwości a oskarżonym [prezydent Stanów Zjednoczonych jest szefem rządu federalnego, a więc zwierzchnikiem ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego - AS], prowadzi śledztwo prokurator specjalny, powołany przez niezależny zespół trzech sędziów, wybranych z kolei w sposób niezależny przez przewodniczącego Sądu Najwyższego. W roku 1992, potem w 1994, ustawa o prokuratorze specjalnym została ponownie rozpatrzona przez Kongres. Republikanie nie chcieli jej przedłużać. Ironia losu: to właśnie Demokraci narzucili ją, chcąc ją wykorzystywać wobec przeciwników, często wplątywanych w skandale polityczno-finansowe! Broń jest obosieczna i Demokraci gorzko tego dziś doświadczają... Prokurator specjalny jest szaloną lokomotywą, której nikt nie może zatrzymać: jego śledztwo nie zna granic czasowych ani finansowych. Starr wydał już 40 milionów dolarów i nie ma żadnego powodu, by się w tym punkcie zatrzymał. Jedna dziesiąta budżetu departamentu sprawiedliwości przydzielana jest prokuratorom specjalnym!" Starr może nie mieć powodu ani ochoty, by się zatrzymać, ale za dwa lata Kongres znów zbada ustawę. Po obecnych doświadczeniach może jej nie przedłużyć.

Nie muszą mieć też racji ci, którzy widzą w "Monicagate" przejaw faszyzacji amerykańskiego życia publicznego. Czy w państwie zagrożonym faszyzmem prezydent przyłapany na obyczajowej "nieczystości" mógłby liczyć na wielkoduszność Kościołów?

Cudzołóstwo nie jest zbrodnią stanu

W Europie nie zwrócono uwagi na reakcje amerykańskich przywódców religijnych na "Monicagate". To kolejny przykład niezrozumienia specyficznie amerykańskiego kontekstu sprawy. Clinton, baptysta, stał się celem wściekłych ataków innego baptysty, popularnego telekaznodziei o nastawieniu fundamentalistycznym Falwella, żądającego "oczyszczenia amerykańskiej Sodomy" i sanacji obyczajów zniszczonych przez rewolucję seksualną lat 60. Dopiero na tym tle nabiera wymowy publiczny akt skruchy prezydenta wobec żony, rodziny, wszystkich, którzy mu zaufali. Wymowne staje się też stanowisko na przykład ludzi amerykańskiego Kościoła katolickiego. Po pierwsze, unikają oni rozstrzygania, czy Clinton ma, czy nie ma odejść, starając się oddzielić płaszczyznę polityczno-konstytucyjną od kwestii przebaczenia konkretnej osobie. Przewodniczący Krajowej Konferencji Biskupów, bp Anthony Pilla, uważa, że jeśli Clinton szczerze żałuje swych czynów i szczerze prosi o modlitwę i duchowe wsparcie w procesie moralnej reintegracji, to "przebaczenie dla niego jako osoby jest właściwą odpowiedzią" (według biuletynu Catholic News Service z 22 września). Lisa Sowle Cahill, profesor teologii moralnej w Boston College, uznała, że choć etycy potępiając czyny Clintona akcentują raz wątek cudzołóstwa i niewierności, raz manipulowanie i wykorzystywanie kobiet - ani cudzołóstwo, ani dotyczące go kłamstwa nie są dostatecznym powodem, by usunąć prezydenta z Białego Domu. Podobnie uważa jezuita Robert Drinan, profesor prawa w Georgetown University, który w roku 1973 domagał się impeachmentu dla prezydenta Nixona za rozkaz bombardowania Kambodży. Występki Clintona nie są, zdaniem tego duchownego, przestępstwem przeciwko państwu, wymagającym wszczęcia procedury złożenia z urzędu. Nie brak też naturalnie opinii odmiennych - jedna z katolickich gazet wezwała Clintona do ustąpienia "dla dobra Ameryki". Ale przywódcy religijni nie zbojkotowali corocznego "śniadania modlitewnego" w Białym Domu z udziałem prezydenta. Clinton powiedział w ich obecności, że jest świadom, iż warunkiem przebaczenia zła, które wyrządził, jest autentyczny żal za grzechy, silna wola zmiany i naprawy szkód. Duchowni uznali natomiast, że smutek, skrucha i pragnienie pojednania, o których mówił do nich Clinton, były szczere.

Co stanie się dalej?

Jeśli Demokraci skonsolidują się wokół prezydenta i wystąpią przeciwko impeachmentowi, Clinton i pozycja jego partii będą uratowane. Jest to ciągle możliwe, bo na korzyść Demokratów działają trzy czynniki: raport Starra nie okazał się "wunderwaffe" Republikanów, przyjęto go raczej z obrzydzeniem; sympatia do prezydenta po publikacji raportu i emisji taśmy wideo nie zmalała, lecz wzrosła, po trzecie zaś - prezydent nie położył uszu po sobie i zapowiada, że nie ustąpi.

Najczarniejszy scenariusz polegałby na druzgocącym zwycięstwie twardej prawicy w nadchodzących wyborach do Kongresu. Dopiero wówczas równowaga w amerykańskiej polityce wewnętrznej zostałaby zachwiana, a w polityce zagranicznej do głosu mogłyby dojść siły izolacjonistyczne. Ameryka potrzebna jest światu "otwarta" - US Open - w najlepszym sensie tego zwrotu.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Ameryka etyka seks Clinton Stany Zjednoczone Lewinski Paula Jones cudzołóstwo niewierność Starr