Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Misza Tomaszewski

Nie ma się czym chwalić

Kiedy ktoś mnie pyta o wyznanie, zwykle odpowiadam: „katol otwarty”, nie chcąc dopuścić, by choćby przez sekundę podejrzewano mnie o zbyt duże przywiązanie do instytucji, z którą — bądź co bądź — się identyfikuję.

Ciepły, jesienny dzień. Róg ulic Freta i Mostowej na warszawskim Nowym Mieście. Spod kościoła paulinów dobiega radosny śpiew sporej grupy ludzi, zgromadzonych — jak by powiedział ks. Tomáš Halík — w ramach zorganizowanej akcji „entuzjazm młodzieży dla Chrystusa”. Przechadzam się w gronie znajomych, niczego nie przeczuwając. Atak następuje w najmniej spodziewanym momencie.

— Cześć, jestem Ania — mówi szeroko uśmiechnięta dziewczyna. — Możemy ci zająć chwilę?

— Ależ naturalnie — odpowiadam uprzejmie, spoglądając lodowato na Anię i jej kompana.

— Jak może zauważyłeś, prowadzimy tu taką uliczną akcję...

— Byłoby dziwne, gdybym nie zauważył.

— Jeśli nie masz nic przeciw, chcielibyśmy cię zapytać o twój stosunek do wiary.

W tym momencie coś we mnie pęka.

— Wyznam szczerze — cedzę z perwersyjną przyjemnością — że jestem chrześcijaninem o sympatiach deistycznych.

Im bardziej ty, tym mniej ja

Powyższa historia ma oczywiście ciąg dalszy, ale w tej chwili to nieistotne. Istotne jest to, że przyznałem się do deizmu, z którym nie mam nic wspólnego. Równie dobrze mogłem powiedzieć, że jestem anabaptystą. W gruncie rzeczy chodziło tylko o to, by nadać komunikat: „Jestem kimś innym niż ty, nie identyfikuję się z tobą. Im bardziej ty ze swoją krzykliwą wiarą należysz do Kościoła, tym mniej należę do niego ja”. Każde pojęcie, które ten brak identyfikacji podkreślało, było w tamtej chwili dobre.

Kiedy ktoś mnie pyta o wyznanie, zwykle odpowiadam: „katol otwarty”, nie chcąc dopuścić, by choćby przez sekundę podejrzewano mnie o zbyt duże przywiązanie do instytucji, z którą — bądź co bądź — się identyfikuję.

W gruncie rzeczy to zrozumiały odruch, jako że jestem członkiem wspólnoty wciąż — dzięki Bogu — mocno niejednolitej. Co innego jednak twierdzić, że pewne sposoby wyrazu wiary to nie moja bajka, co innego zaś — relatywizować swoją przynależność do Kościoła z uwagi na towarzystwo, w jakim przychodzi mi w tym Kościele przebywać.

Ten pierwszy symptom antyklerykalizmu zaobserwowałem u siebie, kolejnych postanowiłem poszukać wśród znajomych.

Ani ziębi, ani grzeje

Z Zosią, socjolożką, spotykamy się przy skwerku u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej. Znamy się od dzieciństwa, z sekcji młodzieżowej warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Później nasze losy potoczyły się inaczej — ja się na KIK-u zatrzymałem, a Zosia została feministyczną aktywistką. O ile pamiętam, nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o wierze ani o Kościele.

— Gdy byłam w drugiej klasie liceum, zaczęłam dostrzegać w Kościele ogromne pokłady hipokryzji. Te wszystkie przypadki molestowania seksualnego, ta niemoc lub niechęć radzenia sobie z nimi...

Zosia o sprawach osobistych mówi z dużą łatwością. Jakiś czas po zwątpieniu w Kościół przyszło zwątpienie w Boga. Ostatnio postanowiła dokonać aktu apostazji. Tę decyzję traktuje jako manifestację sprzeciwu wobec sytuacji, w której łamana jest demokratyczna zasada rozdziału sfer świeckiej i religijnej.

Choć próbowała cztery razy, wciąż widnieje w kościelnych „słupkach” — tu czyni wyraźną aluzję do tzw. „argumentu 95 procent”. Za każdym razem wynajdywano nowe problemy. A to kuria, a to parafia, a to wreszcie, że jednym ze świadków apostazji powinien być rodzic. „Jeśli nie ma go w kraju, proszę się nie spieszyć, zapraszamy za pół roku...”.

— Najgorsze jest to, że nikt nie zapytał, co mnie do apostazji skłoniło — mówi Zosia. — Moje motywy w ogóle ich nie interesują.

Siostra Zosi zaczyna właśnie pisać doktorat z teologii na katolickiej uczelni. Wpadła na pomysł, by zająć się osobą szerzej w Polsce nieznanej, a już nielubianej teolożki feministycznej. Życzliwa osoba ze świata nauki doradziła jej jednak, by wstrzymać się z tematem do czasu, gdy będzie już miała stopień naukowy. Kobieta bez doktoratu pisząca o feministce może wzbudzić w Polsce niechęć. Doświadczenie to pozwoliło siostrze lepiej zrozumieć poglądy Zosi.

Zosia uważa się za osobę o przekonaniach antyklerykalnych. W jaki sposób te przekonania przekładają się na działanie? — Nie spluwam, mijając kościoły — żartuje. — Ani mnie Kościół ziębi, ani grzeje. Przejmowałam się nim wtedy, kiedy wierzyłam, kiedy zależało mi na tym, żeby był autentyczny. Dziś budzi we mnie raczej niewielkie emocje.

W wypowiedziach Zosi niewiele jest śladów wojującego antyklerykalizmu. Ona sama często rozmawia o Kościele z innymi — przedstawia swoje poglądy, dyskutuje. To jednak wyraz nie tyle niechęci do katolicyzmu, ile troski o uchronienie mniejszości przed przemocą symboliczną ze strony przedstawicieli zbiurokratyzowanej i zdehumanizowanej instytucji, za jaką uważa Kościół. Żadnych inwektyw, rękoczynów, krzyży z puszek.

Co ja tutaj robię?

Kajtka, przyjaciela ze studiów, udaje mi się złapać po wieczornym seminarium. Spacerujemy w okolicach Biblioteki Uniwersyteckiej. Kajtek nie uważa się za antyklerykała, a hasło „antyklerykalizm” kojarzy mu się ze stoma tysiącami innych poglądów, opartych na prostych generalizacjach. Uważa się natomiast za „antyepiskopatczyka”.

— Czy byłeś kiedyś dumny z naszego episkopatu? Ja nie pamiętam, żebym był. Nigdy chyba nie pomyślałem sobie: „To mój episkopat! Ale się chłopcy spisali!”.

Kajtek ewidentnie jest pod wpływem tekstu Michela Foucaulta, który omawiali na seminarium. Opowiada o otaczającym nas kościelnym monolicie, nieznoszącym sprzeciwu i unikającym refleksji, od wieków zarządzanym w sposób wojskowy.

— Patrzysz na to i zadajesz sobie pytanie, czy to się może zmienić. Odpowiedź jest prosta: nie. W tym momencie pojawia się wątpliwość: „Co ja tu właściwie robię?”. I wtedy masz szansę dostrzec to, co w Kościele najważniejsze.

Tym zaś, co najważniejsze, są według Kajtka małe wspólnoty, takie jak parafia. Spotkania ze zwykłymi księżmi, niekoniecznie nadzwyczaj mądrymi, ale po prostu ludzkimi, są przyczyną wystarczającą, by powstrzymywać się od trzaśnięcia drzwiami na wieść o kolejnym skandalu pedofilskim czy na widok arcypasterskich, wypasionych brzuchów (Kajtek darzy sympatią Palikota).

Gdy opowiedziałem Kajtkowi o perypetiach Zosi, zdziwiło go tylko moje zdziwienie tą sytuacją. Fakt: wydawało mi się, że historie dotyczące kościelnej biurokracji są czymś w rodzaju bajki o żelaznym wilku. Gdy mu się do tego przyznałem, zapytał swoim zwyczajem: „Przepraszam, czy byłeś kiedyś w Polsce?”.

Z ciekawości

Z Pawłem znamy się z tego samego środowiska, w którym wyrośliśmy z Zosią. Nie bez ironii mówi o sobie, że jest przedsiębiorcą. Podjeżdża po mnie czerwonym porsche i zawozi do restauracji. Księża, spośród których z wieloma zetknął się „w pracy”, przypominają mu powiązanych ze sobą układami i interesami mafiosów. Katolików uważa za ludzi zakłamanych, po powrocie z niedzielnej Mszy okładających pięściami żony i tłumaczących to grzeszną naturą ludzką. Mimo to do antyklerykalizmu Paweł się nie przyznaje.

— Ja nie mam księżom za złe, że są tacy, jacy są. Bo czy mogą być inni? Oni są trybikiem w wielkim polityczno-gospodarczym układzie. Próbują sobie radzić i robią tylko tyle, na ile im się pozwala. Jak każdy.

Kumplowi Pawła ksiądz sprzedał samochód po mocno zawyżonej cenie. Przez wajchę od kierunkowskazu zostawił przewieszony różaniec. Ale księża są różni. Kiedy patrzy na nich jak na ludzi, a nie jak na urzędników reprezentujących skorumpowaną instytucję, niektórzy budzą nawet jego sympatię. Przez wzgląd na nich Paweł nie uważa się za antyklerykała.

Zapytany o krzyż stojący do niedawna przed Pałacem Namiestnikowskim, parska śmiechem. Wspomina, że poszedł tam w pierwszych dniach po katastrofie z czystej ciekawości, aby zaobserwować zjawisko popkulturowe. To, co działo się tam później, przyprawia go o niesmak: — Postawili dwie deski na krzyż i krzyczą. Czy im się nudzi? Czy nie mają nic do roboty?

Paweł ludzi spod Pałacu nie lubi, ale nie czuje do nich nienawiści. Trochę mu szkoda starszych pań, spędzających zimne noce na Krakowskim Przedmieściu. W ich wysiłku dostrzega próbę realizacji marzenia o wspólnym działaniu i o zogniskowaniu na sobie społecznej uwagi. Większy dystans zachowuje do uczestników Akcji Krzyż, którą komentuje w dwóch słowach: „zadyma i prostactwo”.

Kiedy pytam o kogoś, kto miałby poglądy bardziej wyraziste od niego, wspomina o swojej przyjaciółce: — Ona wszystkich księży uważa za złodziei, gwałcicieli i pasibrzuchów. Na ich widok dostaje dreszczy. Podziały na katolików takich i siakich są dla niej kompletną abstrakcją. Ale nie będzie chciała z tobą gadać.

***

Ks. Tomáš Halík powtarza, że pewne formy ateizmu rodzą się w konsekwencji odrzucenia przez ludzi idoli — fałszywych obrazów Boga. Myślę, że warto pod podobnym kątem spojrzeć na antyklerykalizm. Antyklerykałowie zazwyczaj nie odrzucają Kościoła jako takiego, lecz tylko pewne jego oblicze, pewien aspekt jego funkcjonowania w świecie. Poziom antykościelnej polemiki może nam wiele powiedzieć o poziomie kościelnej apologii. Manifestacja pod krzyżem z puszek po piwie powinna dać nam do myślenia na temat krzyża, względem którego tamten stanowił kontrpropozycję. Warto się zastanowić, czy niechęci do Kościoła nie jesteśmy winni my sami. 

Misza Tomaszewski

Misza Tomaszewski (ur. 1986) jest doktorantem w Instytucie Filozofii UW i redaktorem naczelnym czasopisma „Kontakt” (www.kontakt.kik.waw.pl).



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: hierarchia Episkopat stereotyp biskupi antyklerykalizm poglądy opinie pedofilia krytyka Kościoła skandale obyczajowe
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W