Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

"Tygodnik Powszechny" nr 15/2009


Gdzież jest, o śmierci, twój oścień





Ks. Alfons Skowronek, teolog:
Cała treść orędzia o zmartwychwstaniu streszcza się w przekonaniu, że miłość jest możliwa, także fragmentarycznie, w różnych etapach naszego życia, i że ma w sobie niepohamowaną siłę, która przezwycięża śmierć. Miłość do drugiego jest zdarzeniem Bożym.


ARTUR SPORNIAK: Niedługo przed śmiercią prof. Zbigniew Religa przyznał, że nie interesuje go „ucieczka do Boga na koniec”. Po co nam wiara, jeśli można życie pięknie przeżyć i umierać pogodzonym ze śmiercią?

KS. ALFONS SKOWRONEK: Pan profesor Religa to wielki chirurg, który sam siebie przedstawia jako zdeklarowanego ateistę suwerennie spoglądającego w oczy własnej śmierci, bez trwożliwego uciekania się do Boga na ostatniej prostej swego życia (miejsca na Boga nie ma też oczywiście w całości jego życia, pięknie i radośnie przeżywanego bez Niego). Taka postawa zasługuje na szacunek. Nie mniejszy respekt budzi spokojne, nieemocjonalne prezentowanie osobistego dystansowania się od Boga. Profesor nie był ateistą wojującym; daleki był od propagowania niewiary.

Jeśli wolno wtrącić szczyptę własnego wyznania: imponują mi, a czasem zawstydzają indywidualności negujące wiarę w Boga i prowadzące nienaganne życie etyczne w skali, której częstokroć trudno dopatrzyć się u wierzących. Zmarły w 1984 r. Karl Rahner, jeden z najprzedniejszych katolickich teologów naszych dni, nazywa ateistów o wysokich standardach moralnych anonimowymi chrześcijanami. Nie kryje się w tym jakakolwiek intencja zaanektowania ich pod skrzydła Kościoła. Jest to raczej żarliwe wyznanie wiary w działanie Ducha Świętego, który tchnie, kędy chce. Tenże Rahner mówi z drugiej strony o fenomenie tzw. zakłopotanego ateizmu (bekümmerter Atheismus). Jest to zatrwożenie ogarniające ateistę z powodu nieobecności Boga w świecie, uczucie niemożności realizowania Bożej rzeczywistości w świecie, przerażenie z powodu milczenia Boga, zamykania się Boga w granicach Jego własnej niedostępności, ubolewanie nad postępującym laicyzowaniem się świata... Rodzi się pytanie, czy tak mówi ateista z prawdziwego zdarzenia, czy raczej dochodzi tu już do głosu „ateizm” gorącego chrześcijańskiego serca.

Simone Weil zauważyła, że „religia jako źródło pociechy jest przeszkodą do prawdziwej wiary: w tym sensie ateizm jest oczyszczeniem”.

Tu nie chodzi o prostą pociechę, tylko o swoistą terapię. W dzisiejszych poszukiwaniach istoty chrześcijaństwa obiecująca byłaby rozmowa z prof. Religą, już świętej pamięci, o terapeutycznych właściwościach religii. Eugen Biser, blisko stuletni renomowany teolog niemiecki, określa chrześcijaństwo właśnie jako religię wybitnie terapeutyczną i mistyczną, która wyróżnia się tym wśród innych wielkich religii świata: od buddyzmu, który kładzie nacisk na ascetyczną stronę życia i pogrążenie się w medytacji nad samym sobą aż do przeżycia nirwany/nicości, i od islamu, który stawia na prawo. W chrześcijaństwie centralny akcent spoczywa na miłości Jezusa, który podchodzi do każdego człowieka tak, jakby dla tej Jego miłości istniał na całym świecie on sam jedyny, i z tego objęcia Pan już go więcej nie wypuszcza.

Pierwotnym aktem miłości jest zaś nadzieja. Wymaga ona jednak swej fundamentalnej aktywacji, gdy chodzi o wyrwanie człowieka z niewoli śmierci. W tym miejscu przyznać trzeba bez ogródek, że w gruncie rzeczy śmierć jest jedynym zarzutem wycelowanym przeciwko Bogu, ostatnią nierozwiązaną zagadką świata. Tej najbardziej hardej spośród wszystkich do pomyślenia obiekcji nie sposób przełamać przez odwoływanie się do wiary w dalsze życie po śmierci, a to z tej racji, że owa wiara pozostaje bezsilna tak długo, dopóki nieubłagane prawo śmierci nie zostaje obezwładnione.

I właśnie ten moment stanowi kamień węgielny chrześcijańskiej wiary, która w swej najgłębszej istocie jest jednocześnie wiarą w zmartwychwstanie Chrystusa. Wyznając zmartwychwstanie Chrystusa, otwiera drzwi dla nadziei dokładnie w tym punkcie, w którym człowiek – świadom nieuniknionego losu swej śmierci – musiałby właściwie popaść w bezsilną rezygnację. I oto: terapeutyczną jest teologia wtedy i na tyle, na ile potrafi w pełnym świetle wyeksponować ten wielki artykuł wiary.

Chrześcijanin staje także z podziwem wobec otwartej postawy prof. Religi w perspektywie jego własnej śmierci, która w nieprzekraczalnym terminie dosięgnie każdego z nas. Skąd bierze się lęk, a nawet paniczny strach przed śmiercią, i to właśnie u wierzących? Przecież chrześcijaństwo przejęło od pogańskiego antyku szlachetny program ars moriendi (sztuka umierania) i pogłębiło go w swej eschatologii. W osobie Profesora żegnamy wielkiego terapeutę ponad wszelkie zróżnicowania światopoglądowe. Żałować należy, że nad jego mogiłą nie stanęli biskupi. Ich obecność byłaby wymownym symbolem gotowości do dialogu z niewierzącymi, do którego zachęcał i zobowiązywał Drugi Sobór Watykański.

Czy lęk przed śmiercią, mimo wszystko zrozumiały, nie kieruje naszego myślenia o wierze w jakąś fałszywą stronę?

Jeżeli możliwe jest myślenie o wierze sterujące „w jakąś fałszywą stronę”, wtedy gehennę samozadręczania się przerwać może tylko radykalna zmiana marszruty, czyli zwrócenie się ku prawdzie. Właśnie, a gdyby zadane wyżej pytanie odwrócić i spytać za Augustynem i jego matką Moniką: czy dzisiaj my sami – zamiast filozofować i zamartwiać się fobiami przed śmiercią – żywimy się i żyjemy tęsknotą za niebem, za życiem wiecznym, albowiem tylko tam ostatecznie i na zawsze znajdziemy nasz dom?

W dziewiątej księdze „Wyznań” św. Augustyn opowiada o rozmowie, jaką prowadził ze swą matką, a której przedmiotem była egzystencjalna tęsknota Moniki za życiem wiecznym, za dotarciem do przystani, w której będzie mogła się poczuć jak w domowym zaciszu. Wokół perspektywy owego błogostanu i w zasadzie ostatniej tajemnicy istoty człowieka snuć można refleksje w formie nader powściągliwych pytań. Czy mogę cieszyć się wizją życia wiecznego? Czy wolno mi za nim tęsknić, czy będzie to ucieczka od świata, wykradanie się spod odpowiedzialności? Czy o życiu wiecznym mogę myśleć bez popadania w kompleksy? Czy nie muszę się obawiać, że kiedyś dla mnie wybije godzina rozliczenia? Gdy pomyślę, że będę musiał sporządzić bilans mego życia, po której stronie będę musiał stanąć? Czyż Pan nie mówił jasno o tym, że nastąpi ostry przedział: jedni po prawicy, a drudzy po lewicy, jedni do życia, a drudzy na potępienie (Mt 25, 31-46)? A zatem, z jednej strony pytanie: czy wolno mi z całego serca tęsknić i wyczekiwać życia wiecznego? Z drugiej strony pytanie: czy z celem mego życia mogę się rozminąć?

I jaka jest odpowiedź?

Stajemy oko w oko z mroczną tajemnicą. Ale od epoki Oświecenia funkcjonuje podejrzenie, że czarny scenariusz tej tajemnicy jest sprawą klerykalnego zastraszania ludu, grożenie piekłem (misje ludowe, kaznodziejstwo) dla napędzenia wiernym strachu, aby zachowywali się poprawnie i przyzwoicie. Dzisiaj natomiast rozpanoszyła się swoista euforia, że koniec końców my wszyscy dostaniemy się do nieba, ponieważ jesteśmy ludźmi statecznymi, ułożonymi. A jednocześnie wielu z nas nurtuje przeczucie, że nasze ziemskie sprawy nie mogą się toczyć bez miecza sprawiedliwości. Nie może być przecież tak, że dobro i zło nie będzie pociągało za sobą konsekwencji, że na tym ziemskim padole w końcowym efekcie wszystko wyjdzie na jedno i jest sprawą obojętną, jak żyję i co robię. Czy w świecie nie zapanowałby wtedy chaos rozpasanej dowolności? Czy sprawiedliwość nie traci swej wysokiej wartości, kiedy na Sądzie Bożym sprawiedliwi i niesprawiedliwi potraktowani zostaną na równi?

Inną wizją, jaką dziś się szerzy, jest przeświadczenie o nieistnieniu żadnego Sądu Bożego nad nami. Stawia się tu raczej na sprawne funkcjonowanie niekończącego się „samosądu” w formie reinkarnacji człowieka. Nowe narodzenia służą temu, ażeby w wielu życiach, któreśmy już przeżyli lub jeszcze przeżyjemy, móc zadeptać w sobie złoża karmy zła. Niektórzy widzą w tym procesie jeszcze jednego życia szansę dla naprawienia wszystkiego, co człowiek w swym doczesnym bytowaniu zepsuł.

Tymczasem wiara mówi jednoznacznie, że istnieje tylko jedno ziemskie niepowtarzalne życie. Dla inkarnacji nie znajdziemy w Biblii żadnych odniesień. Nasza wiara uczy też, że istnieje możliwość oczyszczenia: że ze śmiercią kończy się wprawdzie definitywnie ziemska droga naszego pielgrzymowania, lecz że możemy mimo to wzajemnie za siebie się wstawiać, aby po śmierci dokonywał się proces zaleczania ran zadanych przez grzech. Wielowiekowa praktyka Kościoła pokazuje, że modlitwa za zmarłych może im pomagać.

Każdy lęk – tym bardziej lęk przed piekłem – paraliżuje i zniewala. Nie wierzę zatem, by mógł nas czynić lepszymi i prowadzić do nieba. Dzięki psychologii coraz lepiej zdajemy sobie sprawę, że na nasze czyny ma wpływ wiele czynników, których nawet sobie nie uświadamiamy: zranień, obaw, przesądów... Nasza wola nigdy w tym życiu nie będzie w pełni wolna – może być: coraz bardziej wolna. Wiarę rozumiem więc jako otwarcie na pomoc „z góry”, która czyni nas coraz bardziej wolnymi. Czy zatem przy naszej kruchej kondycji możemy w tym życiu dokonać wyborów, które miałyby ostateczny wymiar i wobec których miłość Boża byłaby bezsilna? Czy Ksiądz pomyślał kiedyś o cierpieniu matki „złego łotra”? Jeśli Ewangelia nie byłaby w stanie pocieszyć tej kobiety, nie byłaby do końca Dobrą Nowiną.

Owszem, pomyślałem w tym sensie, że z tą kobietą rad bym na te tematy porozmawiać. Były one zresztą przedmiotem błyskawicznego a elektryzującego dyskursu z wysokości krzyżów Golgoty. Obie metafory – nieba i piekła – definiują symbolicznie finalne stadium człowieka i dziejów ludzkości. Dużą część nagromadzonych wśród wiernych nieporozumień i niepokojów mógłby usunąć pozytywny opis owych dwu eschatycznych rzeczywistości.

Zacznijmy od myśli o piekle, która dzisiejszemu człowiekowi zdaje się szczególnie doskwierać.

Nauczycielski Urząd Kościoła zdefiniował wprawdzie istnienie piekła, nigdzie natomiast nie napotykamy na wypowiedź, że w piekle ktoś przebywa. Ewangelicki teolog Karl Barth formułuje kategoryczny sąd, że piekło istnieje, ale jest puste. Myślenie Kościoła dopuszcza jednak możliwość owej aż tak skrajnie wyobcowanej egzystencji. W Nowym Testamencie obraz piekła (opowiadanie o Łazarzu) ilustruje li tylko powagę podjętej przez jednostkę życiowej decyzji. Do symbolu piekła sięgamy także tam, gdzie na ludzi spadają straszliwe katastrofy. Piekłem może być Stalingrad, Hiroszima, Holokaust i kataklizm World Trade Center, a więc gehenny rozpalone ludzkimi rękami. Piekłem stać się może również małżeństwo.

Wniosek z tego może być jeden: funkcja symbolu wiecznego piekła sprowadzać się może tylko do tego, że „piekielne” sytuacje w życiu ludzkim zostaną zlikwidowane w nadziei, iż przezwyciężone będą dzięki szeroko zakrojonym działaniom pozytywnym, a każdy człowiek stanie się podmiotem własnych doświadczeń Boga.

W sumie możemy powiedzieć, że w kwestii piekła znane są dwie przeciwstawne sobie pozycje. W i e d z ą c y – przykładowo św. Augustyn, ale także dzisiejsze kręgi fundamentalistyczne – tłumaczą biblijne teksty dosłownie, mówiąc o ogromnej masie potępionych na wieki. Druga grupa to t e o l o g o w i e n a d z i e i, na czele z Orygenesem i jego apokatastazą, czyli poglądem o powszechnym zbawieniu wszystkich ludzi (zbawiony będzie nawet sam szatan). Od wczesnego średniowiecza po nasze czasy wzbogacano skąpe świadectwa biblijne o pełne fantazji opowiadania wizjonerek i wizjonerów o ich rzekomych podróżach w zaświaty z otwartym wglądem w męczarnie i katusze ludzi przez Boga potępionych. Z tymi wyobrażeniami stowarzyszyła się po części systematyczna teologia ze swymi spekulacjami o miłosierdziu Bożym w stosunku do najcięższej kategorii grzeszników, którym łaska Boża stwarzała szansę nawrócenia tylko do momentu śmierci; potem rządzi już tylko bezkompromisowa i bezlitosna sprawiedliwość.

Czy nie takie jest właśnie nauczanie Kościoła?

Źródła kościelne mówią o istnieniu piekła natychmiast po śmierci, a nie dopiero przy zmartwychwstaniu ciał. Wymowne w tej kwestii są deklaracje dwu soborów. Sobór Florencki (1442 r.) orzeka, że nikt nie może dostąpić życia wiecznego poza Kościołem katolickim, ani „poganie”, ani Żydzi, ani niewierzący, ani ci, którzy oderwali się od więzi z papieżem – wszyscy oni padną ofiarą ognia piekielnego. Drugi Sobór Watykański ten werdykt po prostu wycofuje (por. wspaniały passus Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen gentium” nr 15). Przez wiele pokoleń wierni byli zastraszani albo od Kościoła wręcz odsuwani katechezą o piekle. Ciężkie obciążenie stanowiła okoliczność, że teoretycznie możliwego „nie” ciskanego Bogu Kościół nie głosił z całym radykalizmem, lecz mówił tylko o licznych „grzechach śmiertelnych”. Według dzisiaj jednogłośnej opinii teologów, biblijne teksty nie mogą być rozumiane jako informacje, jako „antycypujące reportaże”, tylko pragną kierować nasz wzrok na powagę każdorazowej ludzkiej sytuacji i podejmowanych w niej decyzji. Przestrzegają przed lekkomyślnością i stanowią wezwanie do refleksji.

Kościelne teksty mogą wprawdzie być pojmowane w sensie wypowiedzi o wiecznym (przeklinającym) „nie” rzuconym przez Boga grzechowi; w jakim wymiarze zostaje ugodzony nim grzesznik, tego nie sposób odczytać z Objawienia i z tego też powodu również Nauczycielski Urząd Kościoła nie posiada kompetencji do wypowiadania się w tej kwestii.

Pora, by skierować uwagę na niebo.

Zerwać należy najpierw z alternatywą: niebo albo piekło. Teraźniejszość i przyszłość znajdują się do siebie w stosunku dialektycznym: wzajemnie się warunkują. W teraźniejszości przyszłość już się zaczęła i ten, kto swoim postępowaniem nie realizuje piekła już tu i teraz, ten nigdy się do niego nie dostanie, chyba że zmieni swą opcję fundamentalną. Piekło nie jest zastawioną w tamtym świecie na człowieka pułapką. Niebo i piekło nie są też aktami Boga w tym sensie, że Boża miłość stworzyła piekło – powołuje je do istnienia brak miłości i tym samym bezbożność, czyli nasze życie bez Boga.

Nasze myślenie o tzw. rzeczach ostatecznych chciałoby mieć pod ręką jasną odpowiedź, której w rzeczywistości nie posiadamy, gdyż oznaczałoby to, że człowiek mógłby być zobiektywizowany, tzn. bezwzględnie przyporządkowany dobru lub złu. Każdy tymczasem ma wady i zalety. Czarno-białe malarstwo jest jednak próbą uczynienia z jednego podmiotu dwu i w ten sposób może oddzielić człowieka od człowieka. Taki eksperyment się nie uda. Rodzaj ludzki jest jeden i może być tylko jeden.

Oczywiście, wymienioną jedność starano się zachować. Piekło jest konieczne ze względu na powszechną sprawiedliwość. Jest to myślenie w kategoriach ius talionis (prawa odwetu). Na ziemi nie ma rzeczywistej sprawiedliwości, a ponieważ nieprawość nie może pozostać nieprawością, musi istnieć sprawiedliwość wyrównawcza. Jeśli nie tu na ziemi, wtedy tam, w życiu przyszłym. Jest to rozumowanie na wskroś „ludzkie”, jako swego rodzaju tęsknota za „uczłowieczoną” egzystencją, i ma krzesać w nas bodźce do ukonstytuowania w świecie sprawiedliwości. A jednak: jako rzeczywistość obiektywna staje się mitem. Jezus go przezwycięża żądając, aby zło pokonywać dobrem (Mt 5, 38).

Przede wszystkim zaś – co każdy z nas wyczuwa intuicyjnie – nie ma człowieka bez grzechu, jak i jednostki, która byłaby uosobieniem zła. Tylko w taki sposób pokonuje się piekło, sprawiedliwość zaś jest konstytuowana przez miłość (miłość nieprzyjaciół, Mt 5, 44).

Co najmniej od czasów św. Augustyna Kościół karmił się jednak myśleniem, które ziemską miłość zamieniało na „niebiański” sadyzm. O. Hryniewicz cytuje słowa Honoriusza z Autun z XII w., przez długi czas przypisywane św. Anzelmowi: „Po sądzie dobrzy będą zawsze widzieć złych w mękach, zaś źli nigdy już nie ujrzą dobrych. Czy sprawiedliwi nie będą odczuwać bólu, widząc ich w takiej męce? Nie! Choćby ojciec widział syna albo syn ojca w męce, albo córka matkę lub matka córkę tam ujrzała, albo mąż żonę lub żona męża – nie tylko nie odczuwają bólu, lecz widok ten tak jest dla nich ucieszny, jak dla nas, gdy widzimy ryby igrające w odmętach”. Skąd to się brało?

Średniowieczni teologowie utrzymywali, że radość ocalonych staje się pełna, gdy mogą patrzeć na piekło drugich. Natomiast współcześni autorzy (np. Sartre) są zdania, że nie ma większej hardości serca niż radość nad potępionymi w piekle i cierpiącymi na ziemi. Oba wyobrażenia są zobiektywizowanymi obrazami, które w symbolach nieba i ziemi widzą dwie oddzielne, obiektywne rzeczywistości. Pojmowanie nieba i piekła „dla innych” może oznaczać dla nas pozytywnie podwójną rzeczywistość i w tym sensie weryfikować wypowiedź Sartre’a: „Piekło to ci drudzy”, jednocześnie uzupełnioną myślą Gabriela Marcela: „Niebo to ci drudzy”. Na wskroś konstruktywny jest wniosek, który jasno wynika z tego przeciwstawienia: Ja osobiście jestem jednym i drugim i mogę tym być także dla innych.

Obydwa obrazy (nieba i piekła) znakomicie ilustrują naszą sytuację – jeden i drugi tkwi „w nas” i jest jednocześnie „przed nami”. Żyjemy w świecie, w którym panuje Bóg i bezbożność („diabeł”). Nadzieję jako wierzący i miłujący mamy pokładać w oczekiwaniu, że piekło będzie puste i będzie pustoszało oraz że ludzkość coraz bardziej będzie się orientowała na „niebo”, tzn. ku dobru, tak że wówczas rzeczywiście „Bóg będzie we wszystkim”, a ostatnie słowo wypisane nad naszymi głowami będzie głosiło: Amor omnia – Miłość jest wszystkim.

Wybitny protestancki teolog Jürgen Molt¬mann głosi, że „ucieleśnienie jest kresem wszelkich Bożych dzieł”. Zgadza się to z centralną prawdą naszej wiary, o której Ksiądz Profesor już wspominał, głoszącą bardzo realistycznie nasze przyszłe zmartwychwstanie. Jak o zmartwychwstaniu myśleć realnie, skoro wiemy, że życie na Ziemi będzie miało kres z powodu procesów zachodzących na Słońcu. Ten wszechświat nie nadaje się na „nową ziemię i nowe niebo”. Gdzie zatem zmartwychwstaniemy?

W pytaniu kryje się zalążek odpowiedzi, choć zawiera ją w pewnym napięciu. Niezupełnie jasny jest najpierw sens słowa „kres” w wyodrębnionym z kontekstu fragmencie Moltmanna. Należałoby bowiem zapytać: czy termin „kres” oznacza ziemski koniec („Bożych dzieł”), czy też wskazuje raczej na pozadoczesny cel tych działań, czyli na życie w przyszłym świecie? Druga opcja miałaby za sobą klarowną wypowiedź Dietricha Bonhoeffera, również ewangelickiego teologa: „Tylko wtedy, kiedy życie i ziemię pozostawimy taką, że z nią wszystko zdaje się ginąć i kończyć, wolno nam wierzyć w zmartwychwstanie ciał i nowy świat”. Rozjemcę w tym dwugłosie upatrywać by można w osobie katolika Rahnera, który nie bez racji mówi tak: nawet ten, kto utrzymuje, że ze śmiercią wszystko się kończy, ale przy tym afirmuje swój bezkompromisowy respekt dla godności człowieka, ten czynami swego życia potwierdza to, czemu teoretycznie zaprzecza, właśnie zmartwychwstanie ludzkiej osoby.

Nie powinno zrodzić się tu wrażenie, jakoby triumwirat znakomitych teologów autorytatywnie miał rozstrzygać o kwestii zbawienia człowieka. Ponieważ nauczanie Kościoła tych spraw w pełni nie rozstrzyga, teologowie mają większą swobodę własnych dociekań.

Że „ten wszechświat nie nadaje się na nową ziemię i nowe niebo”, jak pyta pan redaktor? Można się spierać, czy tak pesymistyczną wizję świata podziela Bóg. „Albowiem Bóg”, jak pisze św. Jan Ewangelista, „nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony” (3, 17).

Tak więc w oczach wierzącego życie i śmierć Jezusa jawi się inaczej. Kategoria „życie zmartwychwstałe” rzuca nowe światło na nasze życie, wzbogacając je o nowy wymiar sensu, który zwiemy miłością. Ona otwiera „zamknięte drzwi”, a pośród nas żyje Jezus Chrystus. Cała treść orędzia o zmartwychwstaniu streszcza się w przekonaniu wiary, że miłość jest możliwa, także fragmentarycznie, w różnych etapach naszego życia i że nawet ma w sobie niepohamowaną siłę, która przezwycięża śmierć. „Bo jak śmierć potężna jest miłość” (PnP 8, 6). Jest to szczytowe sformułowanie i interpretacja symbolu zmartwychwstania. Zmartwychwstanie jest najwyższą metaforą najszczytniejszego wyrazu miłości. Miłość do drugiego jest zdarzeniem Bożym. Nic więc dziwnego, że Biblia definiuje Boga przez kategorię miłości.

Czasem mam wrażenie, że zbyt łatwo nam się mówi: kochaj!

W historii napotykamy tylko na nieliczne obrazy wiary, które wyzwalałyby tak potężną dynamikę społeczną, jak żywa wiara w zmartwychwstanie.

W oczekiwaniu wskrzeszenia umarłych męczennice i męczennicy szli na szafot z podniesioną głową. Podobną rolę odgrywa zmartwychwstanie w teologiach wyzwolenia. Uderza tu znamienna okoliczność, że jądro tych niezliczonych ruchów nie jest zakotwiczone w ortodoksji (prawowiernym nauczaniu), lecz w ortopraksji (w zrywie do właściwego zadziałania).

Wznieśmy się o jeszcze jeden szczebel naszej wiary i powiedzmy, że zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa jest prawdziwe tylko wtedy, kiedy miłość traktowana jest w historii poważnie i gdy przyczynia się do zmiany wszystkich istniejących porządków.

Wskrzeszenie umarłych nie jest zatem wyizolowanym wydarzeniem, które dokonało się tylko na Osobie Jezusa, lecz decyduje jednocześnie o przemianie człowieka; umożliwia i zapoczątkowuje nowe życie w samym epicentrum starego świata. Tak brzmi wielkanocne przesłanie także na Rok Pański 2009.

rozmawiał: Artur Sporniak


KS. ALFONS JÓZEF SKOWRONEK (ur. 1928) jest profesorem teologii, wybitnym ekumenistą, członkiem międzynarodowej redakcji teologicznego periodyku „Concilium”, duszpasterzem gminy niemieckojęzycznej w Polsce. Opublikował ponad 500 prac. Ostatnio nakładem Więzi ukazały się jego książki „Aniołowie są wśród nas” (2001) oraz „Kościół w burzliwych czasach” (2007).


tygodnik.onet.pl


opr. aś/aś



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć zmartwychwstanie życie wiara miłość Jezus zwycięstwo siła